Leśni rycerze

Niekulawy język oraz zdjęcia mile widziane!

Moderator: RedScorpion

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
wind_sower
Masakrator
Posty: 2293

Leśni rycerze

Post autor: wind_sower »

Drogie użytkowniczki/Drodzy użytkownicy,

wspaniałe bretońskie szarże literackie Gniewka sprowokowały mnie jak błędnego rycerza na ruskim koksie, by ukazać światu swój pierwszy poważny płód literacki. Opowiadanie pod tytułem "Leśni rycerze" to fluff wymyślony dla mojego oddziału rycerzy, których konwertowałem i malowałem przez prawie półtora roku. Opowiadanie jest nieskończone, ale nie wiem czy dalej w to brnąć gdyż obiektywnych ocen brak. Wyzywam Cię więc internecie zalej mnie swoją falą hejtu niczym hordy zielonoskórych ziemie Imperium i sprawdź mnie czy zdzierżę.

--------------------------------

-Konni!-krzyknął giermek Sir Meridarda, przebijając się swym chłopięcym głosem przez kakofonię tymczasowego obozowiska sił zgromadzoną pod chorągwią czarnego smoka, należącą do rodu Wardy’ch.
-Konni!-potwierdził giermek Sir Gustava Obern’a.
Coraz więcej głów zwracało się w stronę wskazywanych przez chłopców. Ze wschodu nadciągał oddział konnych łuczników wzbijając tumany kurzu. Po niespełna modlitwie zwiadowcy zdawali raport Sir Adamowi Wardy, siedzącemu na karym bojowym koniu.
-Ciągną na wschód Panie, dyrdają prędko jakby im kto żagiew pod kuper podstawił. Ledwom my nadążym, a konie mielim dobre, świeże.- powiedział nieznośnie zaciągając chłop w burym kapturze.
-Ilu?-zapytał Sir Adam
-Siła Panie, nie moglim zliczyć a Pan Saberton, mówił, że jeszcze wincyj.
-Saberton zaczyna mi działać na nerwy-pomyślał Wardy-Może się pysznić i nosić jak paw za pieniądze, które zarobił na handlu jego syn, ale nie będzie sobie kpił ze swojego seniora przysyłając mu najgłupszego chama w okolicy.
-Ilu? Gdzie list od Sabertona? Miał posłać wiadomość.-zapytał ostro rycerz
-Nie ma listu Panie. Pan Saberton powiedział, że perkamin mu zmókł i wysyła swojego najlepszego człowieka, by służył dzielnemu…-oratorski popis chłopa przerwał celnie wymierzony cios Sir Meridarda w szczękę mówcy. Chłop przekręcił się w siodle jak szmaciana lala i wylądował by na ziemi, gdyby nie trzymały go strzemiona.
-Mógł sciągnąć chociaż pancerną rękawicę-pomyślał Sir Adam
-Słuchaj synku-powiedział przyciagając spowrotem do pionu łucznika, Sir Meridard- byłeś kiedyś na jarmarku w Czarnym Zamku?
Najlepszy człowiek Sir Sabertona, błądząc oczami po zgromadzonych rycerzach, potwierdził kiwaniem głowy. Prawdopodobnie na pewien czas stracił umiejętność posługiwania się innymi formami komunikacji.
-Dobrze synku. Widzę, że nauczyłeś się już, że jak Szlachcic Cię o coś pyta to odpowiadasz szybko i bez zbędnego paplania.
Chłop ponownie potwierdził kiwając głową, nie będąc pewny czy było to pytanie czy stwierdzenie.
-Dużo ludzi przychodzi na jarmark?-kontynuował Sir Meridard
Łucznik potwierdził kiwaniem głowy.
-Kozojebców, których widziałeś było więcej?
Ponowne kiwanie na potwierdzenie.
-No widzisz, nawet takie łajno jak Ty może się do czegoś nadać.-zakończył rozmowę sir Meridard Beloy.
-Zawsze podziwiałem Twoje umiejętności dyplomatyczne Sir Meridardzie.-podsumował Wardy.
-Za godzinę chcę widzieć równe szeregi jadące na wschód Sir Gustavie.-zwrócił się Sir Adam do dowódcy zbrojnych.
-Wedle rozkazu Panie.


Sir Adama Wardy ze spokojem przyglądał się zbrojnej kolumnie, która na jego rozkaz od czterech dni zmierza na wschód w pogoni za hordą zwierzoludzi. Księżyc temu bestie splądrowały kilka wiosek na południu, wycinając mieszkańców. Lokalni seniorzy często borykali się z takimi problemami i nic nie wskazywało by ta sytuacja była wyjątkowa. Do czasu. Problem przestał być lokalny, gdy padły Czerwone Słupy. Spory gród z gęstym ostrokołem i kamienną basztą. Czerwone Słupy z łatwością można było bronić przez dwa księżyce, wytrzymując napór trzystu kóz. Tymczasem gród został zdobyty w dwa dni. Sir Adam dobrze pamiętał lekcje rachunków i wiedział, że szarża dobrze wyszkolonej chorągwi podparta wcześniejszym ostrzałem z długich łuków, mogła by rozwiązać problem jego wasali i jego podatków, które przestały spływać do kiesy Sir Adama. Ale jedna rzecz, nie dawała mu spokoju.
Dwie kobiety, które ocalały z rzezi po zdobyciu Czerwonych Słupów wspominały o taranie, który wyważył bramę. Wardy nie dawał wiary tym opowieściom. Kozły są znane ze swego okrucieństwa, nie ze swojej pomysłowości. Znał Czerwone Słupy. Do grodu prowadziły dwie bramy. Każda otoczona palisadą z dwóch stron, umożliwiająca zasypywanie szturmujących gradem strzał, kamieni i gorącej oliwy. Kozły nie znały sztuki oblężniczej. Nie znały trebuszu, skorpionów, nie budowały taranów. Sir Adam uznał, że bestiom towarzyszył szaman, który magią mógł wyważyć jedną z bram, a później ilość i szał agresorów załatwił resztę. Gród strawił ogień zacierając ślady, które mogły by potwierdzić słowa ocalałych kobiet.
Kolejną sprawą, która nie dawała spokoju władcy Czarnego Zamku to Złota Dąbrowa i Rudek. Dwa bardzo dochodowe miejsca. W Złotej Dąbrowie znajdowały się tartaki, które przynosiły znaczący dochód w budżecie rodu Wardy’ch. Podobnie Rudek, gdzie wydobywano rudę żelaza i srebra. W oby dwóch osadach doszczętnie spłonęła infrastruktura umożliwiająca wydobycie surowca. Przypadek, zabłąkana żagiew zajęła stodołę a później kolejne budynki? Kozły rzadko paliły osady, które plądrowały, jeszcze rzadziej paliły dymiarki, żurawie i kuźnie, które dla zwierzoludzi nie przedstawiały żadnej wartości i nie można było w nich zamknąć osadników, by płonęli żywcem.
Problem narastał a rody wrogie Wardy’m zaczęły szeptać na dworach, że Czarny Zamek nie potrafi poradzić sobie z garstką Bestii. Ród Sabertonów ze Złotego Jelca, który, odkąd wzbogacił się na handlu z górskimi klanami krasnoludów, chciał zająć miejsce Wardych, rozpaczał jakoby nieudolność jego seniora, źle wpływała na jego interesy. Saberton wykorzystywał sytuację, by odroczyć zapłacenie podatków oraz podburzał innych wasali Sir Adama. Pan na Złotym Jelcu dobrze wiedział, że ta wojna nie przyniesie łupów, ziemi ani chwał, tylko wydatki. Saberton liczył, że czarny smok przyjdzie do niego po pożyczkę.
Czarny Zamek wysłał wici i zwołał swoich wasali. Saberton początkowo wykpił się przysyłając cztery tuziny piechurów i tuzin konnych łuczników, tłumacząc, że jego rycerze ochraniają kupieckie karawany krasnoludów i potrzebuje dwóch tygodni na mobilizację swoich sił. Samemu siedząc wygodnie w Zlotym Jelcu z dala od Kozłów i ich hordy.
Sir Adam postanowił pośpieszyć swojego wasala wysyłając dwudziestu ludzi w koźlich skórach, by spaliły Stare Buki i Białe Skałki, dwie dochodowe osady Sabertonów, gdzie znajdowały się tartaki i wydobywano wapień. Sir Henry Saberton, Pan Złotego Jelca zadeklarował swoją gotowość bojową za trzy poranki w umówionym miejscu.
-Panie?- rozmyślania Pana Czarnego Zamku przerwał sir Meridard-Sabertonowie przed nami.

Ogromny namiot Henry’ego Sabertona rzucał cień na przybyłych. Ze środka słychać było odgłosy dobrej hulanki. Ze środka wyłonił się gospodarz wznoszący ręce w powitalnym geście.
-Witajcie, szanowni rycerze. Niezmiernie miło mi powitać naszego Pana Dobrodzieja. Nie mamy tutaj wygód Czarnego Zamku, ale znajdzie się wino i jagnięcina, a ja sam jak zawsze uniżenie służę rodowi Wardy’ch.- rycerz pokłonił się. Nie zbyt nisko, gdyż jego brzuch skutecznie mu to utrudniał. Wyprostował się i ponownie ukazał jeźdźcom swoją nalaną twarz, o małych czarnych oczkach. Ubrany był w strój dworski bogato zdobiony złotą nicią. Na piersi ozdobnego wamsu wyszyty był złoty miecz, herb rodu. Jeszcze 10 lat temu nikt nie dałby wiary historii, że ród Sabertonów stanie się tak ważny w okolicy. Jeszcze pięć wiosen temu mówiono „na piersi złoty miecz, w kieszeni zwykły kmieć”. Sabertonowie nie mieli pokaźnych ziem, nie mieli dostępu do rzek, a ich siedziba rodowa nie leżała na ważnym szlaku handlowym. Nie przeszkodziło to Igorowi Sabertonowi , drugiemu synowi Henry’ego, odmienić losów swojego rodu. Chłopak od dziecka miał smykałkę do robienia interesów. Na początku wynajmował swoich nielicznych zbrojnych do eskortowania krasnoludzkich karawan. Gdy Zielonoskórzy zajęli Jastrzębi Mur, który bronił północnego traktu, krasnoludy musiały albo nadrabiać drogi południowym traktem, który przechodził obok Złotego Jelca albo wynajmować dodatkową ochronę na wypadek ataku goblinów. Igor i tak zarabiał. Wymyślił nowy rodzaj podatku, przeprawa była darmo, a jeśli chciałeś sprzedać lub kupić swoje towary w Złotym Jelcu Sabertonowie mieli prawo pierwokupu dziesiątej części towaru za trzy ćwiartki ceny. Igor tak umiejętnie żonglował towarami, które kupował za bezcen, że postanowił wspomóc rodzinę Soly’ch w odbiciu Jastrzębiego Muru, ich rodowej siedziby. Oczywiście, nic nie odbyło się za darmo. O tej pory ród Soly siedział głęboko w kieszeni Sabertonów, nawet jakiś kuzyn Igora wziął sobie za żonę dziedziczkę rodu z Muru, dziesięć wiosen temu taki mariaż byłby przyjęty jako potwarz lub co najwyżej dobry żart, najważniejsze jednak było, że Sabertonowie mieli opanowane dwa szlaki kupieckie. Później poszło szybciej i łatwiej, Igor wykupywał manufaktury, młyny i tartaki i sprzedawał swoje wyroby w Złotym Jelcu, który faktycznie stał się złoty, gdy strzechy zastąpiła żółta dachówka.
-Nie przybyliśmy tutaj ucztować, lecz walczyć Sir Henry.-przemówił Adam Wardy-jutro o tej porze chcę liczyć głowy kóz na bretońskich kopiach.
-Obawiam się, że możemy nie zdążyć Panie. Według moich zwiadowców Kozy ruszyły w stronę Loren.
-Więc i my tak uczynimy. Jutro przed świtem wymarsz.-Sir Adam zsiadł z konia.
-Wedle rozkazu - odrzekł Saberton po chwili zawahania – Tymczasem zapraszam do stołu.
Rycerze weszli do namiotu, by oddać się przyjemności picia wina i smakowania jagnięciny, która faktycznie była wyborna. Namiot był wystarczająco duży by pomieścić w nim stoły dla 30 osób. Sir Henry i Sir Adam siedzieli obok siebie przy stole, który pozwalał przyglądać się wszystkim zgromadzonym.
-Panowie rycerze!-krzyknął Sir Henry wstając z krzesła- Wznieśmy toast na cześć naszego Seniora, Pana na Czarnym Zamku, Sir Adama Wardy’ego. – Pozostali rycerze również wstali i wznosząc radosne okrzyki, które bardziej były pokierowane winem niż miłością do swojego seniora, jak oceniał Adam. Biesiadnicy stukali się kielichami rozlewając wino po stołach, bądź wlewali je wprost w siebie.
-Panowie, ponieważ okazja jest niebywała i wszystkie znamienite rody służące Czarnemu Zamkowi spotkały się razem, pragnę oznajmić, iż mój najstarszy syn Edgar zaręczył się Ivonne Farderick!
-Brawo! Niech żyje młoda para! –rozległy się okrzyki, ale Sir Adam o mało nie zakrztusił się winem. Farderickowie byli starym i znaczącym rodem, Wardy nie przypominał sobie imienia Ivonne, może była daleko w kolejce dziedziczenia, ale mimo wszystko, taki mariaż parę lat temu uznany byłby za mezalians.
-Notowania Sabertonów za szybko rosną-pomyślał rycerz czarnego smoka.
-Panowie rycerze! Panownie Rycerze! Dajcie dojść do słowa!-krzyczał Saberton, próbując przebić się przez wesołość pozostałych ucztujących. – Jak dobrze wiemy na naszych ziemiach istnieje Tradycja Przyzwolenia. Zaślubiny nie były by uroczyste, wesele nie byłoby huczne, a moje przyszłe wnuki nie byłyby na tyle silne by utrzymać tarcze, gdybym nie zapytał swojego seniora o zgodę na ten mariaż.
-Tradycja Przyzwolenia.-pomyślał Adam- mógłbym nie zgodzić się na małżeństwo lub oddalić je w czasie wymyślając jakiś głupi powód. Wysłał bym chłopaka na nauki do stolicy udzielając mu stypendium lub przyjąć na giermka i stwierdzić, że chłopak musi najpierw zmężnieć i poznać wojnę nim się ożeni. W czasie służby chłopak miał wystaraczająco dużo okazji by zginąć, a jeżeli z żadnej by nie skorzystał, zawsze mogłem mu jednej udzielić osobiście.
-Jednak każda prośba musi być okupiona prezentem. Okazja jest niebywała, prezent również jest niebywały-kontynuował Henry Saberton-Panie-zwrócił się do swojego seniora-Proszę Cię o pozwolenie na małżeństwo mojego syna Edgar’a z rodu Saberton z Ivonne Farderick oraz przyjmij ten dar w imię szacunku dla Twoich decyzji oraz miłości młodych potomków tej ziemi.
Saberton przekazał podarek podany mu przez służbę. Sir Adam wstał. Podarkiem okazał się miecz, lecz nie byle jaki miecz. Świetnie wyważony, niezwykle lekki, wykuty z czarnej stali.
-Czarna stal dla Czarnego Smoka-rzekł Sir Henry-wykuty przez krasnoludy i niewątpliwie magiczny. Zakupiłem go z myślą o Tobie panie od jednej z krasnoludzkich gildii. Nie chcieli tanio sprzedać tego skarbu.
Po sali przeszedł szmer, a ludzie podnosili się z zydli i ław by lepiej przyjrzeć się orężu trzymanego przez Sir Adama.
-Dobrze to wszystko wykombinowałeś-pomyślał Sir Adam-wszystkie rody są tu obecne, dałeś mi wspaniały podarek, panuje ogólna wesołość i jak myślisz jaką dam Ci odpowiedź.
Adam Wardy wstał trzymając w ręce czarny miecz.
-Wspaniała to nowina Sir Henry i oczywiście udzielam zgody na ślub- na Sali rozległy się krzyki i wiwaty-Ale! Ale, jak dobrze wiemy ród Fardericków słynie ze wspaniałych rycerzy i odważnych wojowników. Nietaktem byłoby posyłać krew tej ziemi do zaślubin bez rycerskich ostróg. Niech chłopak, więc pokaże swoją prawdziwą wartość w boju i na ostrogi zarobi. Niech pokaże na co go stać będąc moich giermkiem, będę traktował go jak syna a później iście ojcowski podarunek otrzyma ode mnie z okazji ożenku.
Saberton nie miał okazji odpowiedzieć, gdyż uczynili to za niego biesiadnicy.
-Słowa godne króla-krzyczeli- Mądre słowa Panie, niech Farderickowe wiedzą, że ze Spalonych Ziem nie byle chuchra są!
-Zaiste, zacne to słowa Panie – powiedział Saberton siląc się na uprzejmość - Zatem postanowione. Zdrowie Króla! Zdrowie rodu Wardy’ch!

-Panie? – Edgar Saberton, 19-letni dziedzic Złotego Jelca, stał przed Adamem Wardy gotowy do wymarszu. Towarzyszył mu jego przyjaciel Patrick Gorton zwany Pip’em oraz pachołek Garry.
-Przybyłem pełnić służbę dla Ciebie i Twego rodu. Pozwól spełniać mi Twoje rozkazy w imię honoru naszych rodów oraz…
-Dobra, dobra – przerwał, krasomówczy wywód młodzika, Sir Meridard – ładnie Cię tatuś wszystkiego nauczył. Teraz wsiadaj na koń z Pip’ą, którą przyprowadziłeś ze sobą i trzymaj się mnie. Będziesz w gwardii sztandaru. Broniłeś kiedyś sztandaru Synku?
-Nie… raz tylko…
-No to teraz będziesz miał okazję – kontynuował Sir Meridard, dając do zrozumienia, że to pytanie nie wymagało odpowiedzi – Twoim jedynym zadaniem, będzie trzymanie swojej złotej dupy blisko sztandaru i? – spojrzał pytająco na chłopaka, tym razem dając mu czas na odpowiedź.
-i nie dać się zabić?
-Hah, patrzcie go! – zaśmiał się Meridard – Nie, Złotodupcu. Masz nie dopuścić by sztandar upadł, jak upadnie, to już jesteś martwy. Jak nie usieczą Cię kozy to ja osobiście to zrobię. Pamiętaj synku, póki sztandar przysłania Ci słoneczko w walce, to Twoi kompanioni będę Cię osłaniać. Jak sztandar padnie, to nikt nie będzie się zastanawiał czy w bitewnym kurzu i gównie szuka go między nogami koni jakiś młody Złotodupiec tylko dadzą dyla. Pojąłeś?
-Tak- odpowiedział chłopak, starając się nie myśleć o tym, że Sir Meridard przed chwilą między słowami nazwał wszystkich rycerzy tchórzami, którzy walczą dopóki widzą sztandar.
-Świetnie, możesz odejść.
-Już nie mogę się doczekać, gdy Twoi synowie będą starsi i będziesz im ojcował Mer – powiedział Sir Adam, gdy młody Saberton się oddalił.
-Odrobina dyscypliny i dobrego ojcowskiego słowa jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
-Miałeś inne zdanie jak Twój ojciec grzmotnął się trzonkiem od buzdyganu jak przyłapał Cię na depilowaniu brwi Twojej siostry.
-Z perspektywy czasu wiem, że robienie tego pochodnią nie było najlepszym pomysłem.
-Ile miała wtedy lat? Pięć?
-Trzy, pamiętam ojciec sprał mnie tak, że się porzygałem. Jak Twój nowy miecz?-Zmienił temat Sir Meridard
-To najlepsze co spotkało mnie od Sabertonów muszę przyznać – powiedział Adam wyciągając miecz z pochwy.
-Wstrzymał bym się z takimi ocenami do chwili, gdy nie pęknie po pierwszym uderzeniu.
-To czarna stal, Mer. Nawet stary Nagan potwierdził jej autentyczność.
-I tak bym zostawił ten miecz w domu, a najlepiej w jakimś polu. Nie wiadomo jakie licho z niego może wyjść. Raz babinka opowiadała mi o takiej magicznej zbroi co miał jej wuj czy stryjek.
-Mer, daj spokój. Przyszły jakieś listy?
-Nie, czas ruszać jak mamy zdążyć do Loren przed zmrokiem.
-Masz jakiś pomysł czemu Loren?
-Ja wiem? - Zamyślił się Boley – Kozy nie błyszczą intelektem, to kupa mięśni.
-Hmmm... - przytaknął Wardy – Lepiej byśmy po tej wyprawie nie musieli zmieniać poglądów.


-Leroy! Leroy! - krzyczał Meridard Boley za swoim giermkiem – gdzie do psiego łajna jest ten chłopak
-Tutaj! Tutaj Panie! – zbryzgany krwią młodzieniec podjechał do rycerza
-Nareszcie! Podjedź do taborów, jakaś Kozia Dupa pokiereszowała mi naramiennik. I tarcze też weź, z tej już nic będzie. - powiedział Mer wskazując wzrokiem na na swoje ramię.
-Nie ma na to czasu-wtrącił się do rozmowy sir Gustav Obern- Czarny Smok trąbi do pościgu
-Przecie pierzchli do Loren! Sam widziałem
-Więc widocznie pogoń wejdzie do Loren.
-Co? - niedowierzał dalej Boley
-Leroy, znajdź młodego Sabertona i sprawdź czy żyje. Widziałeś chorągiew?
-Ostatni raz w boju, była po naszej prawej stronie.
Rycerz nie odpowiedział młodzieńcowi i ruszył w stronę, którą wskazał. Siły Czarnego Smoka złapały Zwierzoludzi tuż po słońcu w zenicie. Było ich więcej niż się spodziewali. Tysiąc kóz obozowało na obrzeżach Loren, popaliło okoliczne wsie i zżerało zapasy. Były zupełnie zaskoczone. Meridard pierwszy raz coś takiego widział. Kóz nie da się ot tak zaskoczyć. Mają zwiadowców, świetnie poruszaja się po lesie, mają świetny węch. Te, z którymi walczyli przed chwilą leżały na środku otwartej przestrzeni, skubiac trawkę i wygrzewając się w słoneczku. Sir Adam,długo się nie zastanawiając, wydał rozkaz do frontalnej szarży. Opłaciło się. Większość kóz uciekło do Loren, a resztę konie wgniotły w ziemię. Pięćdziesięciu ludzi ze straży przedniej i chorągiew Czarnego Smoka rozpędziła 1000 dzikusów, nie ponosząc prawie żadnych strat.
-Sir Adamie! - krzyknął do swojego seniora
-Mer! Dobrze, że jesteś, nie ma czasu do stracenia. Ruszamy w pogoń! Kóz jest podobno dwa razy tyle
-Dwa tysiące? Gdzie taka liczba miała szansę się uchować
-Dokładnie takie samo jest moje zdanie – wtrącił się Saberton – Nie podejmował bym pochopnych decyzji. Należy wysłać zwiadowców lub porzucić sprawę. Mówimy o Loren, tam nikt nie przywita nas z otwartymi ramionami.
-Adamie zastanów się. Kozy w Loren nie mają szans, pewnie już teraz liczą szypy w swoich kuprach.
-Sir Tarick'u – zwrócił się do Trębacza Czarnego Zamku – Graj do wymarszu!
Sir Tarick Heutmann – znakomienity lutniarz i trębacz, niepodważalnie pierwszy bard i poeta na Czarnym zamku – pocałował swój instrument, nadął policzki i uwolnił dźwięki oznajmiające wszystkim, że Sir Adam Wardy rozkazuje zrobić to czego ludzie ze Spalonych Ziem nie robili od 150 lat.
Przekroczyć granicę Loren.

Awatar użytkownika
Szczwaniak
Chuck Norris
Posty: 435
Lokalizacja: Legion Kraków

Post autor: Szczwaniak »

Kupiłeś mnie, z niecierpliwością czekam na więcej, najchętniej właśnie o rycerzu czarnego smoka :D
Kiedyś cierpieliśmy z powodu plag społecznych, dziś cierpimy z powodu lekarstw na nie. - Friedrich August von Hayek

Awatar użytkownika
Gniewko
Masakrator
Posty: 2319
Lokalizacja: czasem Bielitz, czasem Breslau

Post autor: Gniewko »

Bardzo przyjemne, chociaż w początkowej części tekstu wkradło Ci się sporo błędów gramatycznych i kilka ortograficznych. Drobna korekta i będzie bardzo ok:)
Lepiej doma iść za pługiem, niż na wojnie szlakiem długiem.

Awatar użytkownika
wind_sower
Masakrator
Posty: 2293

Post autor: wind_sower »

Dzięki :D

@Szczwaniak nie zabraknie atrakcji dla Ciebie.

@Gniewko Twój grammar nazi > mój grammar nazi ;) Staram się czytać po kilka razy to co wypłodziłem, ale z tymi błędami orto to chyba przesadziłeś :). Interpunkcja, gramatyka napewno kuleje. Obiecuję dzielnie walczyć :)

Awatar użytkownika
aksolotl
Warzywo
Posty: 17

Post autor: aksolotl »

Spodobało mi się. Proszę o więcej.

Awatar użytkownika
Gniewko
Masakrator
Posty: 2319
Lokalizacja: czasem Bielitz, czasem Breslau

Post autor: Gniewko »

Sru, po kolei :D

- [...] kakofonię tymczasowego obozowiska sił zgromadzoną pod chorągwią [...] - kakofonia była zgromadzona? ;)

- Coraz więcej głów zwracało się w stronę wskazywanych przez chłopców. - wskazywanych czego? nie ma dopełnienia

- błędy w pisowni dotyczą zapisu nazwisk obcojęzycznych z apostrofem i bez (użyty jest często zupełnie niepotrzebnie, stosuje się go jedynie gdy końcówka przypadku, np. dopełniacza, nie zgrywa się ładnie z zapisem nazwiska. Oto kilka przykładów w mianowniku i dopełniaczu gdzie apostrof powinien być, a gdzie nie:

Saberton - Sabertona
Obern - Oberna
Wardy - Wardy'ego (ale Wardych - tu wymowa pokrywa się z pisownią!)

- niekiedy nazwisk nie odmieniłeś wcale, choć było to konieczne (np. w zdaniu "[...] zdawali raport Sir Adamowi Wardy [...]" powinno być Sir Adamowi Wardy'emu

- wylądowałby piszemy łącznie

- pisownia zaimków osobowych (Ty, Wam, Tobie itp.) wielką literą jest zupełnie niepotrzebna w tym tekście - to nie oficjalna korespondencja, tylko opowiadanie; pisownia taka byłaby ok, gdyby tekst zawierał przytoczony fragment listu jednego szlachcica do drugiego

- niezgodność czasów w zdaniu "Sir Adam przyglądał się kolumnie, która na jego rozkaz od czterech dni zmierza na wschód [...]." - powinno być "zmierzała", bo zarówno zdanie, jak i cały kontekst jest prowadzony w narracji przeszłej

- baszta jest elementem muru obronnego i najczęściej od strony wnętrza fortecy jest otwarta, w tekście zapewne chodziło Ci o wieżę mieszkalną / stołp;

- zły przypadek w zdaniu o obronie Czerwonych Słupów - broni się czegoś, a nie coś (dopełniacz vs. biernik), więc powinno być "Czerwonych Słupów z łatwością można było bronić [...]";

- obydwóch piszemy łącznie;

- do wytopu żelaza służyły dymarki, nie dymiarki;

- chwała to rzeczownik niepoliczalny, nie ma liczby mnogiej;

- "[...] wysyłając dwudziestu ludzi [...], by spaliły [...]" - to były same kobiety? ;)

- niezbyt piszemy łącznie;

Plus pierdyliard źle postawionych przecinków, ale o tym sam już wspomniałeś.

Dawaj więcej, bom ciekawy :D
Lepiej doma iść za pługiem, niż na wojnie szlakiem długiem.

Awatar użytkownika
GrimgorIronhide
Masakrator
Posty: 2724
Lokalizacja: "Zad Trolla" Koszalin

Post autor: GrimgorIronhide »

Zacnie, zacnie choć w momencie, gdy rycerze szarżują na zwierzoludzi to taki szczątkowy opis. Są nagromadzone emocje to jakieś dokładniejsze ujęcia z (krwawej) walki powinny się w dobrym guście pojawić.

Pamiętaj, że Czarny Zamek figuruje też jako twierdza Inwizycji w Imperium, ale że rzecz dzieje się w Bretonni to jest to kwestia drugorzędna.

PS, też krystalizuje mi się dłuższe opowiadanie albo ich mały cykl, za kilka dni pojawi się jakaś zajawka na forum :)

Awatar użytkownika
wind_sower
Masakrator
Posty: 2293

Post autor: wind_sower »

Dzięki Gniewko! Najdalej jutro wrzucę kolejną część. Jest już gotowa, ale moja luba podjęła się straceńczej misji zredagowania jej.

@Grimgor Kwawe opisy też będą. Obiecuję. W dalszej części tekstu będzie wyjaśnione dlaczego Czarny zamek, chociaż większość z was już się pewnie domyśla. Przyznaję, że historię Starego świata znam raczej pobieżnie, dlatego też w tekście bardziej skupiam się na bohaterach i akcji, a w opisie świata pozostawiam wiele niedopowiedzeń.

Awatar użytkownika
Gniewko
Masakrator
Posty: 2319
Lokalizacja: czasem Bielitz, czasem Breslau

Post autor: Gniewko »

Stary Świat jest na tyle pojemnym uniwersum, że spokojnie można w nim umieszczać swoje wymyślone lokacje i postaci bez obaw o gwałcenie "oficjalnego" fluffu.

Swoją drogą teraz to my tworzymy fluff Warhammera. Oficjalnie świat ten przestał istnieć, a my wskrzesiliśmy go i ciągniemy dalej w swoich historiach. Król Filip trzyma w garści już pół Imperium, a o żadnym Nagashu nikt nic nie słyszał ;)
Lepiej doma iść za pługiem, niż na wojnie szlakiem długiem.

Awatar użytkownika
Naviedzony
Wielki Nieczysty Spamer
Posty: 6328

Post autor: Naviedzony »

Podoba mi się. Nieprzegięte i całkiem ciekawe.

Mam tylko jedno pytanie: dlaczego wszyscy piszą o Bretończykach? :)

Awatar użytkownika
Gniewko
Masakrator
Posty: 2319
Lokalizacja: czasem Bielitz, czasem Breslau

Post autor: Gniewko »

Dwie osoby to wszyscy? Ja piszę o Imperium w równym stopniu co o Bretonnii, a niedługo pójdę w pełną poprawność polityczną i będą przedstawiciele innych ras i kultur ;)
Lepiej doma iść za pługiem, niż na wojnie szlakiem długiem.

Awatar użytkownika
Dziad
Chuck Norris
Posty: 662
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: Dziad »

Naprawdę dobry tekst , widzę że na forum przybędzie nam trochę opowiadań i klimatycznych raportów :)

Awatar użytkownika
Naviedzony
Wielki Nieczysty Spamer
Posty: 6328

Post autor: Naviedzony »

Gniewko pisze:Dwie osoby to wszyscy?
Wcześniej była jedna i dla mnie to też byli wszyscy. :D Ale rozumiem, że klimat bretoński może odpowiadać takim klimatycznym tekścikom.

Awatar użytkownika
GrimgorIronhide
Masakrator
Posty: 2724
Lokalizacja: "Zad Trolla" Koszalin

Post autor: GrimgorIronhide »

Damn, moje opowiadanie też zaczyna się w Bretonni... ale na usprawiedliwienie powiem, że fabuła powstała przed publikacją powyższej :P

Naviedzony, ja Cię proszę zmień wreszcie ten podpis >.<

Awatar użytkownika
wind_sower
Masakrator
Posty: 2293

Post autor: wind_sower »

Jak nic zabłądziliśmy – pomyślał Tarick Heutmann.
Już miał na końcu języka tytuł wspaniałej ballady na cześć Sir Adama Wardy, lorda Spalonych ziem, który niósł braterską pomoc elfom z wielkiego lasu. Bard chwytał rymy i kiełznał strofy do czasu, aż uświadomił sobie, że są w ciemnym lesie. Na terenie najlepszych łuczników Starego Świata, których groty strzał przebijają pancerz jak koszulę z lnu i podobno rozszczepiają się na malutkie kawałeczki. Raz trafionemu takim grotem, nie pomoże nawet królewski cyrulik. Oczywiście, królestwo z elfami z Loren łączył pakt stary jak Zjednoczenie, ale im dłużej muzyk błądził po lesie, tym sojusz wydawał się bardziej wątły i niczym niepodparty. Od godziny kluczyli pomiędzy ogromnymi dąbrowami bezskutecznie szukając Zwierzoludzi. Sir Tarick zaczął czuć, że się poci. Każdy ruch liścia na drzewie wydawał mu się zabłąkaną strzałą pędzącą w kierunku jego serca lub innego organu, do którego był bardzo przywiązany. Wysłani zwiadowcy, nawet jeśli się czegoś dowiedzieli, zapewne nie odnajdą ich w leśnej gęstwinie. Prawie dwustu jeźdźców wjechało za Sir Adamem do Wielkiego Lasu. Początkowo jechali dwójkami lub trójkami w rzędzie, ale po dwóch modlitwach kasztany i buki ustąpiły miejsca ogromnym dębom, które ze swoich gałęzi tworzyły zielone sklepienie skutecznie izolując poszycie leśne od słońca. Pomiędzy jednym drzewem a drugim było wystarczająco miejsca by zmieścić dziesięć wozów. To dawało chociaż cień nadziei, że w przypadku zagrożenia rycerze zdążą rozwinąć skrzydła i otoczyć przeciwnika, by zaszarżować na flanki i zgnieść w uścisku oponenta. Nawet czarny smok ze sztandaru pozbawiony wiatru zwinął skrzydła wyczekując na rozwój wydarzeń. Wtedy z rozmyślań, Sir Taricka wyrwał tętent kopyt.
-Nasi?-zapytał Sir Meridard
Ze wzniesienia na południu zjeżdżał samotny łucznik, katował boki konia ostogami.
-Panie! Kozy! O tam! Mała polana tam i tamuj siedzą.- pokazał chłop palcem miejsce, którego przyjechał – Setki ich Panie! Ogromniaste bydlęta, trza uciek... - porcja dyplomacji w pancernej rękawicy Sir Meridarda zrewidowała zakres obowiązków kolejnego prostaka.
- I jeszcze mi może zaczną mówić jak w łożu mam chędożyć.
-Sir Meridardzie, Sir Taricku blisko mnie – nie zwrócił uwagi na Boley'a Sir Adam – Sir Gustavie, weź swoich ludzi i spróbuj ich otoczyć od zachodu. Saberton. Twoja jest lewa flanka.
Nie czekając na potwierdzenia wydanych rozkazów Wardy ruszył na południe a wraz z nim cała chorągiew. Tarick Heutmann odważył się zadąć w róg. Sir Adam na swoim koniu wspinał się na wzniesienie. Będąc na szczycie poczuł silny zapach ozonu. Zapach Magii. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać. Jego oczom ukazała się ogromna polana długa jak cztery tory turniejowe i wystarczająco szeroka dla jego rycerzy. Na drugim skraju polany widniały sylwetki postaci o ogromnych klatkach piersiowych, umieśnionych ramionach i rogach na łbach. Kozy dzierżyły młoty i zaostrzone gałęzie. Tylko niektóre posiadały topór lub wielki miecz, najpewniej skradziony. Większość jeźdźców dołączyła do swojego seniora na szczycie wzniesienia i ustawiała się w równym rzędzie obok niego.
-W imię Pani Jedynej... – wykrzyczał Sir Adam
-...kroczącej po srebrnej tafli Jeziora– odpowiedzieli chórem rycerze – niosącej zloty kielich chwały.
Bestie ruszyły na rycerzy wylewając się z ciemności lasu w światło polany jak rzeka, która przerwała tamę
-...a nagrodą moją, za służbę Pani, Królowi i Królestwu...
W odpowiedzi, nie przerywając modlitwy, rycerze kłusem ruszyli stanąć w szranki.
-...i czystą wolą Pani napełniony, dalej stawać będę, by nieść nowinę o chwale Pani Jedynej kroczącej po srebrnej tafli Jeziora.
Wybrzmiała ostatnia sylaba modlitwy. Jeźdźcy przyśpieszyli i ławę zwinęli do środka tworząc klin, by z jak największa siłą wbić się głęboko w szeregi przeciwnika. Czarny smok ze sztandaru rozwinął skrzydła głodny walki. Rycerze przeszli do pełnego galopu.
Na chwilę przed tym, nim pierwsza bestia straciła głowę. Zanim pierwszy koń rozjechał kogokolwiek, a pierwszy rycerz został zwleczony z siodła i zatłuczony na ziemi. Sir Adama zauważył wyłaniające się z ciemności lasu ogromne bestie o głowie byka. Nienaturalnie wielkie rogi na głowie, obite były stalą i wymierzone w stronę szarżującego rycerstwa. Minotaury, bo tak w księgach nazywali je uczeni, dzierżyły topory wielkości dorosłego człowieka, a może nawet orka. Masa mięśni i szaleństwa o czerwonych oczach.
-Szkoda tylko tej Czarnej Stali – pomyślał Sir Adam – mogłem ją odesłać do skarbca.
-Smok! - krzyknął Adam Wardy
-Smok! - odpowiedzieli rycerze.
Rycerze przebili się przez kilkanaście szeregów kóz. Umierały tratowane lub przebijane przez kopie. Lecz jeźdźcy powoli tracili impet i grzęźli w masie piechoty. Sir Adam odrzucił właśnie skruszoną kopię dobywając miecza, gdy coś uderzyło go z ogromną siłą wysadzając siodła. Kątem oka zauważył minotaura, który opuszczał broń po ciosie.
-O Pani, a więc tak kończę? Przepołowiony przez wielką krowę?
Wardy zwalił się na trzy albo cztery kozy powalając je. Koń jakiegoś rycerza rozgniótł czaszkę jednej z nich, a kolejna, która wstała, szybko opadła z sił po ciosie buzdyganem. Nieznany rycerz odjechał pozostawiając swojego seniora bez opieki. Adam dotknął miejsca, w którym powinien ugodzić go topór, ale nie znalazł krwi, tylko wgięty napierśnik. Nie mając wiele czasu na rozmyślania poderwał się na równe nogi i zdzielił pancerną rękawicą w pysk najbliższego oponenta. Rozejrzał się wokół siebie. Rycerz miał wiele szczęścia. Został wyrzucony w pustą przestrzeń, która powstała po szarży rycerstwa. Kilku rycerzy i zbrojnych również się w niej znalazło, ale Bestii było tak wiele, że zaczęły wypełniać wyrwę zrobioną w hordzie Zwierzoludzi. Sir Adam podniósł z ziemi morgenstern należący do martwego rycerza leżącego nieopodal niego. Ruszył ku wrogowi, który zaczął otaczać i i kąsać plecy rycerzy, którzy utrzymali się w siodłach.
Wardy zdążył już rozłupać kilka czaszek, gdy zobaczył Leroy'a walczącego z ogromną bestią. Mierzący prawie osiem stóp kozioł, okładał chłopaka ogromnym dwuręcznym mieczem. Młody giermek świetnie sobie radził parując i odbijając ciosy spadającego na niego raz za razem. Widać było obycie w walce z większym i silniejszym przeciwnikiem jakim był Meridard. Ogromny kozioł zaciekle atakował Leroy'a ogromnym orężem, jak by nic nie ważył. Leroy postanowił jednak potwierdzić starą jak świat zasadę, że im więcej potu wylejesz na placu treningowym, tym mniej krwi wylejesz na polu bitwy. Giermek odbił kolejne cięcie i odepchnął barkiem przeciwnika. Bestia potknęła się o leżącego trupa tracąc na chwilę rytm swojej śmiertelnej pieśni granej na dwuręcznym mieczu. Chłopak wykorzystał tę fatalną pauzę zagraną przez swojego oponenta i odesłał go na wieczne występy do swoich mrocznych bogów. Leroy wyciągnął miecz z gardła Bestii. Nie miał jednak czasu, by ułożyć w swojej głowie opowieść o tym jak sam pokonał groźnego Bestigora. Nie zdążył ochłonąć i zastanowić się ile młodych dam uwiedzie historią o swoim męstwie. Sir Adam był za daleko, by uratować chłopca przed rozpędzonym Minotaurem. Za daleko by uświadomić mu, że nikt nie sparuje uderzenia minotaura. Ogromne ostrze sześciostopowego topora, za nic miało sobie ostrze miecza, którym zastawił się Leroy. Za nic miało sobie naramienik, kolczugę i przeszywanicę. Wardy mógł tylko patrzeć jak głowa, bark i ręka przestają stanowić jedność z resztą ciała młodego giermka Sir Meridarda.
Adam skrócił żywot kolejnej Bestii i ruszył w stronę Minotaura, mając nadzieję, że zdoła go sprowokować. Pierścień wokół Bretończyków powoli się zamykał. Wardy zastanawiał się gdzie jest Obern i Saberton, którzy powinni już przyjechać z odsieczą. Może już przyjechali i po prostu sytuacja jest beznadziejna. Cichy głosik z tyłu głowy dręczył go „Wpuściłeś wszystkich w maliny Wardy. Zaryzykowałeś życiem swoich ludzi dla chwały. Trzeba było zostać przed Loren i grzecznie pojechać do Czarnego zamku.” Lorda Spalonych z zamyślenia wyrwał Minotaur, który właśnie jednym uderzeniem topora przepołowił ladrowanego rumaka.
-Dosyć tego! – pomyślał i stanął naprzeciwko rozjuszonej Bestii. Wielki byk zaszarżował na Adama wznosząc swój ogromny topór do śmiertelnego cięcia.
-Smok! – krzyknął Adam i aktywował zaklęcie wplecione w tarczę przekazywaną z pokolenia na pokolenie w rodzie Panów Czarnego zamku. Ogromny topór odbił się od czarnego smoka wymalowanego na tarczy jak drewniana pałka. Zanim procesy myślowe minotaura uporały się z analizą tej wyjątkowej sytuacji, że coś nie umarło od pierwszego uderzenia toporem. Mózg Bestii zajął się bólem jaki towarzyszy przetrąceniu kolana stalową kulą na łańcuchu przytwierdzoną do drewnianego trzonka. Ból w nodze szybko przestał być problemem, gdyż został zastąpiony innym.
-No ta krowa mleka już nie da – pomyślał Wardy wyszarpując stalową kulę z pomiędzy nóg Bestii. Minotaur pomimo obrażeń dalej próbował walczyć jednak Sir Adam szybko powstrzymał jego zapędy posyłając stalową kule trzeci i ostatni raz w stronę głowy.
Wardy ściągnął hełm i rozejrzał się, próbując rozeznać się w sytuacji. Nagle w szeregach przeciwnika zapanowało poruszenie. Do uszu Sir Adama dotarł sygnał do natarcia.
-Obern! – zakrzyczał z radości rycerz. Jego radość nie trwała jednak długo. Sir Gustav miał pod sobą za mało rycerzy by przechylić szalę zwycięstwa. Rycerze wypadli na flankę Bestii za wolno by poczynić dotkliwe straty, ale na pewno zrobili sporo zamieszania. Wtedy los uśmiechnął się do Bretończyków.
-Sir Adamie!
-Tarick, nareszcie!
-Chwała Pani, żyjecie! – krzyczał Sir Tarick Heutmann
-Nie czas na to! Grajcie do odwrotu!
-Nie macie konia Panie. Nie przebijemy się
-Psiamać, Heutmann grajcie do odwrotu.
Pierwszy bard na Czarnym zamku nie posłuchał jednak swojego seniora i zagrał sygnał do obrony lorda. Pomimo bitewnej zawieruchy przy Adamie zebrał się prawie tuzin rycerzy. Ktoś odstąpił mu swojego konia. Teraz Sir Tarick grał do odwrotu.
Rycerze przebijali się przez Kozły wyrąbując sobie drogę w morzu piechoty. Sytuacja robiła tragiczna. Ktoś lub coś zabiło konia pod Sir Adamem, który cudem uniknął śmierci od końskich kopyt pozostałych rycerzy. Wardy próbował poderwać się na nogi, ale został przygwożdżony przez własnego konia. Sir Tarick znowu zaczął grać do obrony swojego Pana. Część jeźdźców kontynuowała ucieczkę, ale większość wasali dotrzymała złożonych ślubów.
-Nie zostanie wam to zapomniane-pomyślał Pan Czarnego zamku- Nie zostanie zapomniany Rodric z Hightower’ów, który właśnie został zwleczony z siodła. Nie zostanie zapomniany Brandon zwany Wściekłym dzikiem, który tańczył na wzburzonych falach brązowego morza Zwierzoludzi. Rycerz z czarnym dzikiem na tarczy sprzedawał właśnie swoją skórę za bardzo wysoko cenę. Nie zostanie zapomniany Sir Duny , kuzyn Adama od strony ojca. Żółty smok na jego tarczy dumnie spoglądał z góry na plugastwa z którymi walczył. Sir Tarick grał dopóki jakaś zabłąkana strzała nie rozcięła mu gardła.
Sir Adam Wardy wyswobodził się spod konia i wyciągnął miecz z czarnej stali. Uderzył najbliżej stojącą Bestię jednak ostrze ześlizgnęło się po przeciwniku niczym orle pióro. Uderzył ponownie, lecz efekt był taki sam. Próbował odrzucić ostrze, jednak nie potrafił. Wtedy spojrzał na Sir Duny’ego, który właśnie rozpłatał czaszkę jakiegoś Bestigora i zapragnął go zaatakować.
-Tak… - pomyślał Wardy – chce mu zadać ból!
Rycerz ruszył w jego kierunku, nie zważając na fakt, że Zwierzoludzie przestali go atakować, jak by był jednym z nich.
-Co się ze mną dzieje? – otrząsnął się Adam
-Zabij-szepnął głosik z tyłu czaszki
-Nie! – krzyknął Adam, będąc zdziwiony, żeby wypowiedział to na głos
-ZABIJ!-odpowiedział głos
-NIE! – Adamem wstrząsnęły konwulsje. Czaszka wypełniła się bólem.
-ZABIJ!-kontynuował głos
Adam uniósł miecz i ruszył w stronę najbliższego rycerza. Czuł jak oplata go zaklęcie. Ból w czaszce ustał, a w sercu pojawiła się dziwna chęć zadawania bólu towarzyszom. Chciał widzieć jak cierpią. Jak zdychają i dławią się krwią. Tuż przed jego nosem przeleciała strzała. Nie widział jej, poczuł jak lotki musnęły mu twarz i pozostawiły po sobie zapach świeżo zmiętej trawy. Niegdyś tak przyjemna woń, teraz przyprawiała go mdłości.
-Zabijaj! – przypomniał mu głos z tyłu głowy. Adam potrząsnął głową, jego cel był bardzo blisko.
-Smok! – usłyszał za sobą. Wardy odwrócił się i zobaczył szarżującego smoka. W szeregach Zwierzoludzi zapanowało poruszenie.
Wardy poczuł strach, ale nie swój tylko miecza, który dzierżył. Zaklęcie osłabło, przywracając Sir Adamowi na chwilę resztki wolnej woli. Sir Adam Wardy, Pan na Czarnym zamku wyszarpnął wolną ręką nóż z pochwy.
I poderżnął sobie gardło.

Awatar użytkownika
Szczwaniak
Chuck Norris
Posty: 435
Lokalizacja: Legion Kraków

Post autor: Szczwaniak »

Czekamy na więcej, jedyne co mi nie pasuje to słowo oponent, które tu po prostu moim zdaniem nie pasuje, ale tak to spoko :D
Kiedyś cierpieliśmy z powodu plag społecznych, dziś cierpimy z powodu lekarstw na nie. - Friedrich August von Hayek

Awatar użytkownika
Naviedzony
Wielki Nieczysty Spamer
Posty: 6328

Post autor: Naviedzony »

Fajne, fajne. Kilka błędzików by się znalazło, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Awatar użytkownika
debelial
Szef Wszystkich Szefów
Posty: 3586
Lokalizacja: 8B/Bielsko-Biała
Kontakt:

Post autor: debelial »

Fajnie się czyta =D>
Moja uwaga - gdy piszesz o czyiś myślach lepiej byłoby brać je w cudzysłów zamiast zaczynać od myślnika. Zwłaszcza gdy przemyślenia jakiejś osoby mają miejsce w środku konwersacji - trzeba czasem się zatrzymać i zastanowić czy postać coś powiedziała czy pomyślała.

ODPOWIEDZ