ETC 2010

Moderator: Piotr P.

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Crusader
Szef Wszystkich Szefów
Posty: 3068
Rejestracja: 12 gru 2006, o 17:44

ETC 2010

Post autor: Crusader » 10 sie 2010, o 19:29

Zakładam temat, mam nadzieje ze nikt wlasnie nie jest w czasie pisania relacji zakladajac kolejny :)

Po pierwsze dziękuję całemu teamowi za wspólną grę i że graliśmy z nadzieją do końca.
Moja relacja:

I bitwa Australia - bretonya
Przyszło mi grać z miłym gościem koło 40, mieliśmy sporo śmiechu podczas bitwy.
Slann wylosował kuźnię. Priest miał jedynkę, uranosa i cometę więc z fazy losowania czarów wyszedłem najlepiej jak mogłem. Przypadła mi pierwsza tura. Wystawiłem dwoch herosow z cohortą na lewej flance, gdyż zobaczyłem po rozstawieniu możliwość zaskoczenia przeciwnika najazdem z tamtej strony w celu upolowania małych lanc i zmuszeniu go do zwrócenia uwagi w tamtą stronę. Niestety oblałem głupotę na obu ziomkach (oddzielnie byli) i plan A lewej flanki poszedł się jebać :) W tym samym czasie podszedłem troszkę gwardią do przodu zeby mieć zasięg do kuźni, engine podbiegł skrajnie z prawej flanki tak aby trebusz go nie widział, a on mogl spokojnie rzucac comety i uranosy, obok niego cohorta poszła na maxa do przodu aby zblokować lancę realmów przeciwnika (6chłopa) i w razie jego szarży dać flee i kontre silnika. W pierwszej fazie magii poszedł scroll na kuźnię, a priest wybuchł. Plan A prawej flanki trzeba było również zmodyfikować. Na szczeście założenie planu lewej flanki było słuszne i grale zwróciły się w tamtą stronę w celu upolowania herosów. W stronę gwardii ruszyły 3 duże lance.Trebusz zabił 4TG. Pomyślałem sobie, że źle się dla mnie gra zaczęła, a głupioby było przegrać, więc postanowiłem, że zagram odważniej niż początkowo zakładałem. Gwardia poszła na maksa do przodu. Podstawiłem pod lance mój śmietnik na kontre salki i stedzia, TG mogłyby szarżować lance gdyby on nie zaszarżował. Drugi scroll poszedł na kuźnię, salki zabiły trzech errantów, ale zdał panike na Ld7. Koleś postanowił zaszarżować, więc standardowo flee i wbiłem się tam później diplodokami zgarniając sztandar. Potraciłem śmietnik, wymieniłem go z terkami zabijając kilku najtów z kamieni i ustawiając oba oddziały na trebusza. Odpalił falcon horna tak jak myślałem i głównie polował na moją lewą flanke gdzie straciłem cohortę i spieprzyłem herosami jak najszybciej do TG (3 fazy ruchu). Wyczyściłem prawą flanke stedziem i salkami i przygotowałem ich do przyjścia z pomocą na środek. Terki ruszyłem tak, aby odginać pozytywnie szarże, jedną tak aby lanca dostała stedzia, a drugie ustawione były tak, że gdy dostaną szarże od pegazów to tamte wylądują przed TG. Zaszarżował oba unity (duza lanca impetous oblała bez gienka, przez co w pozniejszych fazach dopadłem ją), a pegazy tak jak chciałem dostały szarże TG. Bohaterski oddział skirmisherów, przeszedł w miedzyczasie dosłownie środkiem pomiędzy lancami i zaszarżował trebusza brejkując go. Rzuciłem kuźnię w unit questów na IFce, niestety rzuciłem dwa hity i dwie jedynki na ranienie. Na lewej flance potraciłem cały śmietnik, ale ich poświęcenie nie poszło na marne, bo grale nie miały już szans dojśc do gwardii, a tylko tego się tak naprawdę bałem. TG na środku zabili kolejną piątkę errantów wyciągając ją z impetousa. Niestety nie powstrzymałem się od gonienia (mieli zginąć na skinkach umieszczonych za nimi) i realnym zagrożeniem stała się szarża dużych questów z bsb na gwardię. Niestety wszelkie próby kuźniowania nie wychodziły, tak i tym razem rzuciłem miscasta na kuźnię, ale wreszcie odwrócił się poprzedni pech gdyż udało mi się przerzucić miscasta na magiczkę w tych questach i rzucić 4 na miscasta (przeraża mnie jak często ostatnio wylosowuję ten efekt). Zeszło 5 questów rana na magiczce i rana na bsb. Odetchnąłem z ulgą. W następnej turze wreszcie jeszcze normalnie rzuciłęm kuźnię i z tego oddziału została tylko magiczka na ostatniej ranie, której nie miałem już co zrobić. Przeciwnikowi została na stole lanca grali z generałem i magiczką, pół magiczki, oraz 5 realmów. Ja straciłem prawie cały smietnik, priesta, terki. 17-3 dla mnie

II bitwa Niemcy - Orkasy i Gobasy
Na szczęście mój kolejny przeciwnik również okazał się spoko ziomem (po bitwie w czasie eventu przyszło mi jeszcze z nim sporo rozmawiać m.in. o 8ed). 2600 O&G to dużo O&G :) priest niestety wylosował 1,2,3. Slann nie miał walla, ani 2d6 S4. Cięzko opisać tę bitwę, za dużo się działo poza tym to rzeźbienie w gównie :D a przy tym jest dużo rzeczy na które trzeba uważać. Najważniejsze rzeczy, które mogłby odmienić losy bitwy wyverna wbiła się w bok TG z overruna (błąd przeciwnika imho). Dołożyłem mu skinki na tył i bok. Challange championem, wygrałem combat o 2, ale ustał, odwróciłem TG przodem. W tej bitwie animosia okazała się genialną podświadomością taktyczną zielonych aż 3krotnie. Klocek nightgoblinów poszedł 6 cali do przodu dziki czemu wbił się w skinki od tyłu. Przez co nie zbrejkowałem wyverny w jego turze tylko w turze następnej i żaden z moich trzech unitów niestety jej nie dogonił (nie nazwałbym tego pechem), ale najważniejsze było to, że się zebrał w i nie mogłem go zagonić prostą szarżą.
Engine ukrywał się za górką przez 3 tury, w końcu postanowiłem wyjść na pełnej kurwie bo czułem, że za mało pkt zabijam. Magię miałem średnią, a przeciwnik 9DDków, +1 do dispela i zabierał mi 1PD. Skupiłem się na shamanach, podczas gry spowodowałem na klocku z nimi 3 paniki na LD7, każda kończyłaby się ich śmiercią oraz paroma panikami bez generała, niestety wszystkie zdał, a w momencie kiedy klocek ten oblał animozje i engine mógł go zaszarżować od boku inne wolf ridery posmakowały geniuszu i poszły z animozji do przodu 4 cale, dzięki czemu mogły dalszym ruchem zasłonić szarżę na klocek :( Maszyny zadały 4 rany enginowi, a Ci sami wolfriderzy którzy uciekli za daleko żeby engine je złapał(a tym samym za blisko żeby przebiec przez bolca za mapę i spowodować 3 paniki) zebrali się i z łuków zadali ostatnią ranę na silniku. Udało mi się jeszcze zabić wyvernę i społowić lorda ze skinków i bitwa niestety się skończył. Przegrałem 9-11 , 20% mniej strat robi dużą różnicę.

III bitwa Finlandia - Bistaski
Wydaje mi się, że byłem wystawiony jako drugi albo trzeci. Przeciwnicy dostawili mi Beasty i wybrałem je z uśmiechem na twarzy. Jako, że jest to moja druga armia, w którą jestem bardzo wkręcony czułem się pewnie. Generalnie zaplułem, a combaty solidnie kontrowałem. Jedyna rzecz jaka mnie zaskoczyła to, że beastlord miał stubborna. Pozwoliłem jemu klockowi ungorów z gorebullem bsb zaszarżować moich TG. Spokojnie ich przytrzymałem i skontrowałem herosem i enginem nabijając dużo do combatu. Jak powiedział, że ma stubborn to się bardzo zdziwiłem i tak naprawdę była szansa, aby w pozniejszych turach nie ginąc pozabijał mi trochę punktów. Na szczęście engine zrobił swoim wielkim cielskiem terror outnumber :). Prawie wyczyściłem stół. 20-0

IV bitwa Austria - DE
Po dwóch pierwszych turach czułem się pewnie, sądziłem, że na spokojnie wyrzeźbię tu ok 17 pkt. Gra zaczęła się dla mnie pechowo od samego początku. Koleś rzucił lordówą 2d6S4 w cohortę z herosem zasłaniającą większość mojej armii. Nie ustawiłem ich tak przypadkowo, koleś miał tarczę odbijającą magic missle na 2+. Akurat rzuciłem 1 i straciłem wszystkie 10 skinków. Co jest najśmieszniejsze gdybym to na 2+ odbił Austryjak straciłby cału unit spearmanow w ktorych trzymał lordówę (zostałaby sama) oraz assasina, ktory był w tym unicie jeszcze nieujawniony, a sam straciłem cały bardzo ważny dla mnie oddział. W fazie magii engine zmiscastował i stracił kometę :/. W kolejnej turze niestety skinki specjalnie ustawione na szarże harpii za mało uciekły (3 cale, a 4 chyba je ratowało) przez co spowodowały panikę na salkach, które miały być kontrą na harpie. Na slannowym Ld ją oblały, uciekły 11 cali na styk niemając Ld slanna na zbieranie i uciekły za stół. Harpie wbiły się w terki z enemy in the way (salki chroniły terki). W późniejszych turach cpbatu dopchałem tam 2 unity skinkow i w koncu zabiłem te harpie tracąc terki, ale straciłem całą tą sytuacją cały impet mojej gry. Koleś miał magiczkę lorda w 12 calach championa black guardów i czarował używając focus familiara. Ucieszyłem się, że nie ma hoteka, jak się jednak okazało miał przez co musiałem użyć rączek nie widząć żadnego maga. Koleś zapewnił mnie, że hoteka się mierzy do focusa, którego ustawiał poza zasięgiem hoteka. Nie miałem powodów mu nie wierzyć. Po bitwie dowiedziałem się, że jest inaczej i za 'wałek' nasz wynik został zmodyfikowany o 2 pkt na moją korzyść (w miarę uczciwie). Dostałem hasło jeszcze raczej niepotrzebnem, żebym przyryzykował więc poszedłem na maksa engine'm spawać (ale poza LoS bolców ktore slabo wystawił). Rzuciłem 5 na zasieg i objąłem tylko shadów ktorych zostało dwoch z wczesniejszego kamieniowania, na szczescie ich zabilem bo juz kompletnie bym sie załamał. Ale straciłem przez to engine'a ktorego zabiło dwoch ninja. Przegrałem 9-11 zamienione na 11-9. Byłem mocno wkurzony za niemoc rzutów po bitwie, bo sądziłem, że mocno pocisnę gościa, który był średnim graczem.

V bitwa Hellada - O&G
Cóż mogę powiedzieć. Cieszyłem się przez pierwsze 2 tury, że pocisnę, ale wyszło inaczej :) Priest wylosował 1,2,3 z czarów. Slann miał spoko czary z fire'a. Wyciągnąłem na skinki sfrenzowaną wyvernę i zaszarżowałem ją od boku gwardią. Za wyverną były ślicznie ustawione salki, domek i engine. Żeby nie zginąć z ucieczki musiałby koleś rzucić trzy jedynki, a ja dwa na gonienie. Combat na starcie wygrywałem o 8 (bok, przewaga, 2 sztandary, warbanner, 3 szeregi). Miło jest zabić lorda przeciwnika w drugiej turze dlatego poprawił mi się humor, zabijałem różne fasty tworząc promocyjne paniki. Niestety przyszło faza magii Slann rzucił z 4 kostek conflagracje na giganata, który za dwe fazy mogl dojsc do tego combatu, padł miscast, rączki na 2+ nie zadziałały, wysadziłem sobie 12 TG, savege lord okazało się miał runefanga i zajebał mi 5 TG. Popłynąłem. Moja armia nie była przygotowana na taki szok i większość oddziałów skinków chroniona kloszem dowodzenia slanna została postawiona przed pytaniem "Czy może warto uciec i zatrudnić się u innego?" Połowa uznała, że warto, a druga połowa nie uwierzyła w śmierć mistrza, jednak na własnej skórze dotkliwie się przekonała, że ork miał bolesne argumenty w łapach. W międzyczasie... Engine podszedł na maksa do przodu i udało mu się zaspawać rannego wcześniej shamana, który był nierozważnie wystawiony samopas (zasieg 7 cali byl akurat) oraz wystawiłem go na szarżę 3 savege boar boyzów. Jednego zespawałem. Dzięki tej szarży maszyny nie mogły do mnie strzelać, a chciałem zrobić terror outnumber, pogonić i siać zniszczenie w parku maszynowym. Niestety mimo iż ten unit savagey nie miał spearów to zabił mi Priesta (4 A z S3 + 4 A z S5 dzikow). Mojemu priestowi nie pomogł 2+ save i 2+ ward na pierwszą ranę. Engine fartownie zdal stubborna :] i zabił dziki w nastepnej turze, tak ze nie mogl ich gonic i dostał szarze w bok wczesniej obroconego giganta.
W innym miejscu stołu cowboj z burning bladem zaszarżował 5 savege boar boyów (tylko speary) od przodu i w pierwszej turze został zagoniony. Koleś miał jeszcze savage'a herosa na chariocie ktorego wycignalem ostatnim unitem skinkow i wbiłem się od boku cowboyem z piranhią. Nic nie zrobiłem, on mi też, ale na szczęście ustałem break. Zaszarżował mi w ten combat wyverną i tu jeszcze ozbaczyłem ostatnią szansę, a by nie przegrać maską. Miałem wcześniej challange z herosem małym, wyverna nie mogla mnie bić, dawała tylko +za bok i terror outnumber. Gdybym zadał chariotowi 2 rany (4) to wygrałbym combat o 2 i może byłbym w domu, jednak zdał jeden zrobiony przezemnie save i dostałem terror outnumber. Mimo tej całej tragedii rzutów w tej bitwie przegrałem różnicą 1600 pkt, maska od 1500. To dobrze obrazuje, że sam zrobiłbym świszczącą masakrę w drugą stronę gdybym nie wysadził sobie gwardii. 0-20

VI bitwa Itali - Beasty

Znowu byłem wystawiony jako drugi, znowu dostawili mi beasty i znowu uśmiech zawitał na mej twarzy. Miałem okazję rok temu pojechać typa 18:2 jak grał WoCH'em. W tym roku też niczym mnie nie zaskoczył. 20-0

pozdro
Ostatnio zmieniony 29 sie 2014, o 08:43 przez Crusader, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Kołata
Prawie jak Ziemko
Posty: 9421
Rejestracja: 10 gru 2006, o 21:40
Lokalizacja: Jeźdźcy Hardkoru

Re: ETC 2010

Post autor: Kołata » 10 sie 2010, o 21:11

Kołata pisze:Witam :)
Właśnie wstałem po odespaniu 12h za kółkiem.

Pojechałem jako najemnik w reprezentacji Kanady. Przed turniejem na forum widziałem po ich rozpach, że czekają na ostatnie stoły ;) Próbowałem ich przekonac do zmian, ale się nie dało - byli pewni swego :D Więc wziąłem swoje O&G bo w warzywniaku można nimi spokojnie pograc.

Początek wspólnego wyjazdu już Cosmo opisał ;)
Po dojechaniu na miejsce zaraz trafiłem na ekipę z Kanady. Okazało się, że jest w niej tylko 3 Kanadyjczyków. Do tego Szkot, Amerykanin i 2 Duńczyków. Poza młodymi Duńczykami średnia wieku w teamie to na oko 40 lat :D
Poszliśmy do knajpy się integrowac i rozkminiac pairingi. Na dzien dobry Bryan wręczył każdemu elegancko oprawioną książkę ze wszystkimi rozpiskami ETC, zasadami i FAQami :shock: Do tego podrukowane dla każdego mapki, rozpiski, wszystko full wypas :D No i zajebiste koszulki.
Ekipa bardzo wporzo, ale od razu się skapnąłem, że wyniki będą robic Duńczycy (mocne lizaki i skavy) i ewentualnie ja. Resztę czekał kubeł zimnej wody ;)

Po nocce w zajebistym hotelu i pysznym śniadaniu przyszedł czas na bitwy.
Na dzień dobry 'odwieczny' rywal - USA. Kolesie w koszulkach i spodenkach w barwach flagi narodowej wyglądali zdeka śmiesznie.
Dostałem Imperium standardowe.
W pierwszej turze peszek+ moj blad i panika na nocnikach z szamanem z 2ds za stół. Potem standardowa gierka. Koleś latał papierzem przed parkiem maszynowym i 3 razy wywardował klopę i raz bolca :P Ja mu porozwalałem kawalerie, armaty i coś tam. On mi troche śmieci. 12:8 dla mnie.
Ku mojemu zaskoczeniu drużyna przegrała tylko trochę :D

Potem Finlandia.
Dostałem Skaveny standardowe, spoko typek.
Po rozstawieniu było widac ze sie skończy remisem. Zabiliśmy sobie po 500 pts :P 10:10
Drużyna obsys.

Po tej bitwie powiedziałem, że mam dosc grania 'drużynowego' w sensie bezpiecznej gry. Zdecydowałem, że będę cisnął z ryzykiem, bo się zanudzę :P

3 bitwa i Nowa Zelandia.
Dostałem Dwarfy (kolo z 50 lat :D), dośc dziwne. 3 bolce, organy, gyros, kowadło, minerzy x2 i jakies 50 strzelców, i warriorzy 3x15.
Zaatakowałem jedną flankę wroną i nocnikami z BSB, środek big unami, a drugą 9 jazdy savage + gigson.
On mi porozwalał sporo minerami, moje maszyny nie powalczyły.
Pod koniec bitwy wrona i bsb skosili 1 flanke. Wrona z waagh zza domku skosiła jeszcze bolca z generałem. Big unsi 3 razy wygrali brejka z warriorami w domku, ale nie dali rady zbrejkowac, zwłaszcza że gdy zostało 3 to w 6 turze oblałem animozję i nie mogłem ich dobic :(
Najgorzej na prawej flance. Rydwan orkowy odbił się od 7 minerów w kresce szarżujac w ich bok . Gigson zjadł organki, ale potem go ustrzelili. A jazda savage najpierw rzuciła gałe na bannerze +d6 do szarży (dojeżdzałem na 2+), a na koniec odbiła się od 15 warriorów (koles zdał milion sejwów na moje ~60 ataków).
10:10. Ale przynajmniej było ciekawie i postanowiłem grac ofenywnie do końca :D Aha, Team Kanada znów w dupe :P
Aha, za fajną bitwę dostałem koszulkę nowej zelandii :)

Next day rano zwyciezcy kategorii fair play, czyli chlejusy z Irlandii :D
Trafiłem na zajebistego typa z zajebistą armią, czyli mirror orki na orki. Na dzień dobry dostałem fajne irlandzkie kostki :)
Bitwa zaczeła się pechowo, gdy klopa i doom diver wybuchły :( Potem się załamałem, jak ranny gigant zaszarżował na bolca (potem zamiatał całą flankę overrunem w klopę i terrorem na goblinach) ale niestety zabił go ostatni żywy goblin z obsługi :cry:
U przeciwnika było też zabawnie. Jego generał w 4 tury quellowania animozji zabił sobie 10 savage z oddziału :P
Ogolnie bitwa była pełna animozji, dziwnych akcji itd, jak to w mirrorze orkowym. Mieliśmy kupe śmiechu :) Niestety 2600 vs 2600 nie dalismy rady dograc do konca. Dlatego w 4 turze (ostatniej) postanowiłem zaryzykowac i zastawiłem 2 pseudo pułapki.
Pod jego warbossa na dziku w resztkach savage podstawiłem wronę, a pod wielki oddział nocników big unsów licząc na 6 z animozji na nocnikach :P
W jego ostatniej turze nocniki walą 6 na animozję i dostają wklepy od bigunów :D 300 za oddział i 200 z panik.
Jego warboss wbija 3 rany na moim a ja.. rzucam 3 wardy na 5+ i wbijam mu KB (+350).
Takze fart sie odwrócił na koniec i wygrałem 13:7.

Team Kanada wygrał! :D

Potem Szkocja i dziwne Skaveny. Tu pograłem mocno średnio, gdyż nie doceniłem warlorda na rat ogr bone reaperze :D Ale po kolei. Wybucha mi klopa na 1 strzale w furmane ;) Druga klopa zadaje 2 rany na latarce..
Później koles podchodzi, furmanke dymam wilkami, kółko drugimi wilkami i rozwalam latarę. W 3 turze nadchodzą kombaty. Jak głupi wbijam sie dzikami z bsb w kloc z warlordem. Big unsi w slavy, gigson z giant ratami, warboss wyciaga censerów, a troll i rydwan z klanratami z magiem.
Dziki się spektakularnie odbijają. Giant raty z master moulderem którego nie widziałem 5 ran na gigsonie, troll i rydwan wtopa, ale stoją, big uns nie łamią slavów i tylko warboss kroi censerów. Zapowiada sie czoko.
Na szczescie dziki uciekaja i sie zbieraja. A po kilku rundach rozwalam big unsami najpierw slavy a potem klanraci którzy byli w walce z trollem i rydwanem. Kółko ginie w końcu z ostrzału. Na tyłach gutterzy i runnerzy coś mi psują, ale giną.
Po bitwie okazuje się że straciłem niewiele, a koles jednak całkiem sporo i wygrywam 13:7.
Kanada dostaje wklepy.

Na koniec Holandia i Lizaki. Slann w gwardii, silnik, biegacz, skink na stedziu z lancą, jazda na CO i śmietnik.
Koles byl strasznym warzywem, choc miłym. Fatalnie się wystawił i fatalnie grał. Z ciekawostek:
1 tura: strzały z klop zabijają priesta z silnika i połowę templi.
2 tura: obie klopy wybuchają
3 tura: koles daje flee coldami przed społowionym gigantem (???) i zostaje zagoniony, po czym gigant nie przebija się przez skinki :D
Do tego masakruję stegi strzelaniem, magią i warbossem oraz czyszcze wiekszosc śmieci bez wiekszych strat.
16:4

Kanada wygrywa i zajmuje 26 miejsce :D Udało się nie byc ostatnim, głównie dzięki duńczykom w teamie, którzy zobyli 101 i 100 pts :P Ja 74. Gdybym robił mniej głupich błędów, to by było spokojnie 10 więcej. Ale kto by się przejmował w warzywniaku ;) Tak naprawdę nie trafiłem na żadnego mocnego gracza, ale bawiłem się super :D

Byłem 3 raz na ETC (wcześniej w 2006 i 2007 w ekipie Belgii) i było znów genialnie. Najlepszy turniej ever, zwlaszcza jesli chodzi o atmosfere :)

Szkoda tylko że nasz team tak dostał. Widziałem to z bliska bo non stop do nich biegałem :P
Czemu wtopili?
Moim zdaniem złożyło się na to kilka rzeczy, ale najważniejsze to:
- nieogranie danymi armiami/rozpiskami
- kilka uber pechów jak wybuch templi Stasia z warzywem z Grecji

Sorry, że nie zrobiłem pełnej relacji Live. Cienko było z czasem i netem. Musiałbym nie grac, zeby była non stop wypasiona relacja.

Gratulacje należą się teamowi 40k!!

Pozdrawiam wszytkich i polecam ETC każdemu, komu się chciało przeczytac mojego posta ;)

Awatar użytkownika
Cosmo
Oszukista
Posty: 885
Rejestracja: 4 lip 2007, o 11:53
Lokalizacja: Zabrze

Re: ETC 2010

Post autor: Cosmo » 30 sie 2010, o 13:16

Jezeli chodzi o sama impreze, niesamowity klimat. W niedziele lapalem sie na tym ze po angielsku liczylem nawet w myslach punkty po bitwie ;)
W czwartek po pracy zawinalem sie na pociag do warszawy i wieczorem odebral mnie z peronu Kolata. Shino troche zamulil, ale poczekalismy na niego i we trojke pojechalismy na kimansko do Kolaty, gdzie mialem okazje poznac jego zone i skubnac troche arbuza. Po drodze jojczylem chlopakom pol drogi ze mielismy sie zatrzymac po smakolyki jeszcze, az w koncu sie zlamali i stanelismy pod Zabka ;P Kolata ma wyjebana chate, wiec bez przeszkod moglismy sobie z Shino podebatowac o ludkach, zyciu itd kiedy Kolata juz spokojnie spal regenerujac sily przed 12h jazdy. Rano gospodarz poczestowal nas sniadankiem, zgarnelismy wujka Deboslawa ktory sie jak zwykle spoznil ;P i ruszylismy po przygode. Na szczescie gadki o battlu nie bylo za duzo. Wiecej wspominek i dowcipow. Poswiecilismy tylko troche czasu na analizy rozpisek przeciwnikow, zakladajac ze prawdziwa burza mozgow w temacie paringow wydarzy sie w drugim samochodzie. Shino mial zamulony zoladek i nie chcial ze mna nic chlapnac, a Debek byl zapasowym kierowca, wiec cala droga na trzezwo.. Przyjechalismy w piatek wieczorem bardzo wygodnym samochodem (dzieki Kolata ;* docenilem to dopiero jak wracalem z 40k-cami). Okazalo sie ze na miejscu jest tylko Robson i runepriest, a drugi samochod jeszcze sie kula. Zjedlismy pierwszy z niezliczonych posilkow w Burger Kingu, ogarnelismy miejscowki do spania, przywitalismy sie z JJ, kupilismy piweczko no i zaczela sie integracja (na poczatek poznalismy dziewczyne Robsona). Wy wiecie ze te wszystkie dziady maja calkiem fajne i mile dziwczyny?? ;P Piatkowy wieczor to bylo troche szalenstwo. Zanim przyjechala reszta ekipy, zdazylem przetestowac smaki kilku piw ze stacji benzynowej. Pozniej piwkowalismy juz cala ekipa, az na horyzoncie pojawil sie Woody - italian from the forest :P Bardzo w porzadku gosc, ale po pijaku ma troche zagrywki jak Darek 'do you like my leg', 'i like your hair' itd ;> Byl z nim ubaw. Pozniej sie dowiedzialem ze cala druzyna Irlandii byla sponsorowana przez producenta whiskey. Szkoda ze z nas z nimi nie sparowali, bo kazdego gracza obdarowywali flaszka ;) Od tego momentu juz zaczela sie stratosfera, nie pamietam juz zabardzo co sie dzialo. Zdaje sie ze impreza przeniosla sie pozniej na zewnatrz. Zdaje sie tez ze byli jacys Czesi, bo nastepnego dnia pytali mnie czy zyje. Musialo to miec jakis zwiazek z ta ich sliwowica i dwudziestosekundowym zygiem. Jak Woody uciekl goly do lasu, zostalem sam na polu integracyjnym.
Otworzylem oczy. Sobota. Patrze na sale. Ludzi nie ma przy stolach. Sprawdzam na zegarku czy nie przegapilem pierwszej bitwy. Ale bylo ok, wszyscy sie zbierali dopiero. Sprawnosc motoryczna 40% wiec o wlasnych silach pokulalem sie do lazienki na porannego belta, ale po wystaniu chwile w kolejce przepchnalem sie spowrotem do wyjscia i zygnalem do umywalki. Na szczescie resztki jedzenia z zoladka zniknely poprzedniego wieczoru, wiec oddalem tylko plyny nie robiac wiekszegow wstydu z zapychaniem umywalki :/ :P Jak sie wykulalem z lazienki wpadlem na Darka i Furiona, ktorzy przywitali mnie zjeba z gory na dol, lacznie z grozbami ze nie pozwola mi grac itd. Olalem ich i poszedlem sie znowu wyzygac. Zalapalem sie jeszcze na zjebe od Malala. Dostalismy Australie. Paringi spedzilem modlac sie do klopa. Po powrocie okazalo sie ze gram mirror z Trentem. Jak sie gra mirror, trzeba albo po prostu byc lepszym generalem, albo miec fart. Jak chlop zobaczyl z kim gra, tylko sie usmechnal. Bardzo mily przeciwnik i w ogole caly team. Zaluje ze nie wymienilismy sie koszulkami. Chuck, ich coach zostal pozniej moja lucky-feary od dmuchania na kostki ;) Posprzatalem smieci, Abominacja od boku rozkrecila dzwon, ale zatrzymaly ja Slavy i uciekl mi Seer ktory sie pozniej zebral. Wheel przeciwnika biegal na flance nie robiac nic ciekawego poza wyciagnieciem mi Censerow. Moj dzwon pocisnal Clanraty od boku. Zabilem maga, polowe BSB.. Generalnie w porzadku. Zamulilem tylko troche z dzwonem, bo wymanewrowalem klocek przeciwnika, a zapomnialem sie popchnac ;P Crus na to patrzyl z boku i sie pozniej ze mnie smial ;P Nic to w bitwie nie zmienilo, ale mimo wszystko troche zamulilem. Mialem tez troche farta z Wheelem ze wykrecil malo impaktow, wiec go zlamalem kulturalnie Clanratami. 13:7. Jako team wygrana.
W pierwszej bitwie bylem warzywem.. Ale naprawde cierpiec zaczalem dopiero w drugiej. Dawno juz nie mialem w zoladku wrapa ktorego kupil mi runepriest (dziekuje ;*), wiec wymiotowalem juz sama woda. Moj blekitnooki zlotowlosy przeciwnik na ta bitwe mial jeszcze wiekszego banana niz Trent kiedy musial mnie obudzic jak zasnalem nad stolem. Gralem ze swoim imiennikiem - Filipem - na Tomb Kingach. Nie wiem co chlopakiem kierowalo ale jak zobaczylem jego ruchy w drugiej turze to szepnalem do Debka 'jesli nie rzuci hita na klopie to w trzeciej turze robie maske'. Niestety rzucil, wiec maska byla dopiero w piatej. Generalnie zranil mi mocno Abominacje z klopy, postrzelal z lukow i dobil szarza rydwanow od boku. Zablokowalem te rydwany Slavami i wpadlem od boku dzwonem. Do tego z drugiej strony Censerzy rozkrecili od boku piatke fasta i dobili od boku do rydwanow. W tym czasie Slavy zaszarzowaly od tylu Giganta, Clanraci posypali Skorpiona ktory wczesniej przelecial sie razem z drugim kolega po moim Censerach. Drugiego Skorpiona upolowal Elektryk w lesie z Crack's Call. W czwartej turze strącilem hierophante ktory z drugiem priestem spierdalal jak najszybciej od Clanratow i Censerow i zaczelo sie sypanie. W piatej Stormverminami szaszarzowalem resztki ostatniego klocka na stole i podalismy sobie rece. Pozniej przyszedl mi powiedziec ze ta szarza to walek byl. Niestety okazalo sie ze mial racje, wiec go przeprosilem. Ale stwierdzil ze nie chowa zalu bo i tak dostal solidna maske a mielismy jeszcze jedna ture w zapasie. Z tym ze ta mroczna wiadomosc o walku wymusila na mnie zmiane taktyki w pozniejszych bitwach. 20:0. Jako team przegrana. Musze tutaj wspomniec (co pewnie ucieszy Ziemka), ze niemcy okazali sie byc bardzo w porzadku. Dobrzy gracze, ale bez cisnienia. Moj byl akurat burakiem, ale kapitana mieli zajebiscie w porzadku bo troche z nim pogadalem.
W trzeciej bitwie juz sie czulem troche lepiej. Na wieczor dostalismy finow. Ja zalapalem sie na HE. Bardzo zachowawczo gral smokiem, wiec nie mialem go jak zlapac. Mialem trzy Scorch'e, co bardzo ulatwilo sprawe. Orla zabily Slavy, Dragon Princow - Censerzy, lucznikow Censerzy, drugiego orla Jezzaile, niedobitki drugich lucznikow drudzy Censerzy, baliste Clanraci, druga baliste Stormvermini, trzecich lucznikow i White Lionow uszczknalem z magii, a dobilem Abominacja. Stracilem Slavy i polowe Jezzaili. Marko obessal po kulki, a jakby jeszcze bylo malo, to na dowidzenia wstala mi Abominacja ;D Znajac zycie uzna to za glowny powod porazki ze Abominacja zabila mu 7 White Lionow na ktorych czekali juz Censerzy ;> 20:0. Jako team wygrana.

Sobotnia imprezka byla bardziej nasiadowa. Wzialem nawet prysznic (dzieki dla chlopakow z hotelu), wiec zaluj ze Cie nie bylo Fisch, zobaczylbys czystego Cosmo ;) Zrobilismy sobie tez wycieczka po pizze po tym zadupiastym miescie wktorych wszystko bylo zamkniete. A jak wrocilismy to wszyscy juz spali. Posiedzielismy z Crusem, Shino i Ania, posiadlo sie jeszcze jakichs dwoch niemcow, ale bylismy zbyt zmeczeni zeby rozmawiac po angielsku caly czas. Ania pokazywala jak umie robic fikolki, Crus odlecial do hotelu, a my z Shino dogorywalismy dotrzymujac Ani towarzystwa kiedy upijala sie zeby zasnac przy chrapaniu Robsona ;P

Niedziela. Malo spania, malo picia (nie wybacze Ci Debek tego browara ze szwabem ;P). Aaa propo malo picia, to w sobote Zaba stlukl ostatnie wino jakie mialem, ktore w piatek specjalnie odlozylismy na sobotnia impreze. To byl ewidentny sabotaz! ;P
Poranna bitwa to Austria. Dostalem co prawda Empire, ale z bardzo milym przeciwnikiem. No tutaj ciezko spodziewac sie cudow. Na ETC nie ma polowy za czolg, a ze Sword of Fate nie chcialem sie zblizac do Altara. Abominacja spadla od strzelania bo baner sie szybko wyczerpal i nie zdazylem wejsc w combat. Censerzy spadli w combacie - moj blad niestety, nie zauwazylem ze przeciwnik przelozyl championa. Zabawna sytuacja bo ustawilem screen ze Slavow od odgiecia, on zaszarzowal kawa z Priestem i pogonil. Wpadl idealnie tak jak planowalem do lasu - bylem bezpieczny przed czolgiem, a juz widzialem Censerami i moglem kulturalnie zaszarzowac na bok bez martwienia sie o Priesta. Rozbilby sie na Clnaratach podstawionych z drugiej strony. I jak wykulal te 10" na pogon, to jednoczesnie krzyknelismy obaj 'YES!'. Chwila konsternacji. Ja patrze na niego, on na mnie.
Lakai: 'what the fuck? why did you want them there?'.
Ja: 'to charge on the flank not loosing engineer. and you?'.
Lakai: 'the same'.
Konsterna jeszcze wieksza. Kminimy kminimy.. W koncu:
Lakai: 'ok, I'll tell you, I've got there war banner'.
Ja: 'i know that'.
Znowu konsterna, kminimy dalej.
Lakai: 'but it's outnumber, banner, war banner for me, and you get flank and a wound'.
Ja: 'One wound? Mate, I calculate 2 or 3..'.
Lakai: 'well yea, if you gas that champion..'.
Ja: 'what champion??'.
Lakai: 'that guy is a champion. i told you that at the beginning'.
Ja: 'yes you did, but what the fuck is he doing on the flank?'.
Lakei: 'i've moved him there when you weren't looking on the table last turn'.
Ja: 'hyhyhy fuck you'.
Lakai: 'hyhyhy'.
Podszedlem jeszcze Lordem i BSB, a maga wyteleportowalem, ale niestety Censerom to nie pomoglo. Czolg wczesniej szarzowal dosc ryzykowanie na 15" ale nie dolecial do boku dzwonu, dostal screen ze Slavow i utknal w lesie. Kawa ktora gonila Censerow dostala kontre Clanratow z BSB od boku i zjadlem. Drudzy Censerzy do spoly ze Stormverminami zamietli smieci i jednego maga, sam sobie odstrzelilem elektryka, zabilem jeszcze dwie Cannony. Ale szczerze mowiac nie pamietam wyniku. Jako team wygrana.
Popoludnie spedzilismy w towarzystwie grekow. Ja dostalem jednego z trzech Dimitrijow - na Bretonni. Szybki wywiad srodowiskowy z Debkiem, rozstawiamy sie, Abominacja daleko od Trebuszetu. Zaczynam. Dwie male lance w piach, ale reszte zdal jak te dwie sie rozbily na krawedzi. W jego turze wylaczam latanie, Dimitrij podchodzi troche do przodu koncentrujac sie na srodku, Trebusz nie strzela. Abominacja truchta do przodu, Dzwon omija domek i z popchniecia wpada w bok Grali z BSB i dwoma magiczkami. Do greka dopiero po dluzszym czasie dotarlo ze stracil glowna lance z trzema herosami w 2 turze. Probowal jeszcze ratowac sytuacje Pegazami, ale dostawil sie tylko jednym, przez co promocyjnie dostalem jeszcze Pegazy przy brejku. Jak zaszarzowal jeszcze rannym lordem na rannym pegazie w Abominacje to juz bylem w domu. Scenariusze byly dwa:
1. Abominacja dostaje KB i w swojej turze rozpierdalam lorda z 10 Jezzaili na bliskim zasiegu i 2 Elektrykow (on bedzie mial juz 2DD).
2. Nie wchodzi KB i Abominacja dobija go osobiscie.
Wyszlo posrodku - on nie zabil mnie, ale ja jego tez nie (pegaz przezyl i zwial). Ale nie ma tego zlego, wdupilem sie Abominacja w lance Errantow duza, a Censerzy pobiegli za Pegazem. Seer rozkrecil Trebusz, Pegazy sciagnely mi jedne Jezzaile i razem z druga duza lanca Errantow do konca bitwy przede mnie uciekaly. Na dowidzenia popchnalem jeszcze dzwon zeby miec zasieg do malej lancy i ja spanikowalem. Niestety znowu od rozbicia na krawedzi nic wiecej nie ucieklo, no ale 8Ld to znowu nie tak malo. Tak czy inaczej 20:0. Jako team wygrana.
Szosta bitwa to walka o wszystko. Bylismy trzeci, dostalismy Wlochow. Cud dawal nam mistrzostwo, wygrana drugie miejsce. Niestety obessalismy. Ja gralem z Demonami Bonifaciego. Tutaj chcialbym skorzystac z okazji i bardzo podziekowac sedziom. Zarowno za profesjonalna interwencje przy grze na czas Greka, jak i osobista 'ochrone' przy grze z Bonifacim. Moj sedzia caly czas siedzial obok Wlocha. Kiedy ten zaczynal cos mierzyc, a sedzia slyszal ze sie nie zgadzam, od razu wstawal i patrzyl bez wolania. Rowniez dwa razy Wloch chcial mi zabronic ruchu/zebrania jednostki, ale interwencja sedziego zalatwila sprawe. Przeciwnik bardzo dobry, wiec wiadomo bylo ze maski nie wbije. Co zdecydowalo o wyniku?
1. Wylosowalem na lordzie beznadziejne zaklecia.
2. Na malym magu niepotrzebnie zostawilem Crack's Call. Moglem sie domyslic ze ze sztandaru obetnie mi lore of Ruin, a nie ma co rzucac 13 casting value na malym magu przeciez.
3. Bonifaci dal sie zlapac koncertowo na trick z popchnieciem, ale niestety popchniecie nie wyszlo. Wiadomo ze to 50% szans wiec nie placze. Pisze tylko dlaczego nie wygralem. Zamiast dupnac Seekerki i zwiac Bestiom z line of sight, dostalem je na bok i tam juz utknalem nie wchodzac z zaden wiecej combat.
4. Ewidentny moj blad - nie przewidzialem ze poleci Bloodthirsterem na pale na moja prawa flanke. Spodziewalem sie ze bedzie nim polowal na Abominacje. Stracilem przez to maga w drugiej turze.
5. Reakcja lancuchowa. Odwrocilem Jezzaile zeby dobily Bloothirstera. Bonifaci podlecial Furiami zeby je zaszarzowac. Ale nie zauwazyl ze dostanie w Furie Slavy z 10Ld. Niestety te Slavy zostaly zablokowane przez Psy ktore w szarzy utknely w moim niepelnym regonie drugich Slavow (???), zaslaniajac mi tym samym te skurwiale Furie. Dostalem przez to Furie na bok Jezzaili, Bloodthirster odlecial bezpiecznie na polowie ran, a ja stracilem dodatkowe Slavy.
6. Z D3S4 nie udalo sie zabic dwoch Furii. Wiem ze nie jest to bardzo prawdopodobne, ale w bitwie z dobrym przeciwnikiem trzeba przeciez na cos liczyc ;-)
7. Censer ratujacy Jezzaile zamiast cos zrobic z gazowania i atakow, to nie dosc ze nic nie zranil to sie sam zagazowal ;D Ale ostatnim rzutem w bitwie byl brejk tych nieszczesnych Jezzaili, ktory turbofartem ustalem na 2x1 ;P
Ostatecznie 10:10. Jako druzyna przegralismy. Szkoda bo zapowiadalo sie na poczatku calkiem dobrze - okrzyk Debka po 30min gry 'VAMPIRE LORD IS FUCKING DEAD!!!' zaowocowal oklaskami trzech pierwszych rzedow i dodal nam skrzydel. Ale niestety na tym sie skonczylo. Jedynie satysfakcja ze zatrzymalismy nie lubionych wlochow w drodze po zloto, ktore przejeli na oko calkiem sympatyczni dunczycy.

ODPOWIEDZ