- Co o mnie słyszałaś?
- Mówią, żeś mordercą bracie, twoich żołnierzy nazywali zarazą, szarańczą.
- Wierzysz w to? – Jej oczy nie wyrażały nic, choć przynajmniej nie odwracała głowy na widok twarzy, oszpeconej niegdyś kulą krasnoludzkiego arkebuza. - Uwierz siostro, bo to prawda, moje ręce plami krew, a dla zabójców nie ma miejsca w idealnym, elfim społeczeństwie.
- Dla każdego jest.
- Z rozkazu Króla Feniksa zabijałem ludzi, elfy i khazadów, ktoś musiał. Zatapiałem statki, wytracałem armie, a w nagrodę zostałem wyklęty. Hipokryci.
- Nigdy dotąd ci to nie przeszkadzało bracie, więc również jesteś hipokrytą.
- Nigdy dotąd nie przegrałem. Alavandrel zabójca pokonany przez jakiś...
- Ostland, włączyłeś w Ostlandzie bracie, powinieneś przestać pić.
- Naszym winem nie da się upić, choć próbuję tego dokonać od tygodni.
- Opowiedz o bitwie.
- Mam opowiedzieć? Dobre sobie, kto cię przysłał siostrzyczko? Rada?
- Nikomu już nie ufasz?
- Ufałem mojej łodzi, ale musiałem ją podpalić, by nie wpadła w ludzkie ręce. Ufałem Melianowi, ale jego rozerwała kula i Cliffowi, aktualnie bezgłowemu. – Przechylił do ust pusty bukłak.
- Stoją za mną osoby znacznie potężniejsze, niż pożałowania godna Rada, bracie.
- Szczam na nich i sram, kimkolwiek są.
- I nie zwierzysz się nawet rodzonej siostrze?
- Skoro tak stawiasz sprawę...
__________

Maszerowali jak w swoich podręcznikach wojskowych: piechota w centrum, szaro-bure morze śmierdzących pijaków, osiemdziesiąt zakazanych mord. Trzy regimenty, pod znakami: koguta, kawki i czarnego orła, szermierze, gwardia, halabardnicy. Przed tymi oddziałami pędzili bandę skazańców, zdjętych chyba wprost ze stryczków. Ponadto flankowali nas konnicą.


Nasz szyk był odmienny, chciałem zgnieść piechurów szarżą jazdy – srebrnymi hełmami i smoczymi książętami. Na bokach szli zaś: mistrzowie miecza, włócznicy i białe lwy. Zdołaliśmy też rozłożyć balistę na wzgórzu. Prowadziłem w bój najlepszych obrońców Ulthuanu, wykonując kolejny, niezrozumiały rozkaz.
Podeszliśmy błyskawicznie, biało-czarni nie zdążyli jeszcze porządnie zająć pozycji. Skróciłem im pole manewru, przerażeni żołdacy zaczęli się cofać. Naprzód, ku straceniu, wysłali harcowników. Rycerstwo, nie mając innej możliwości, ruszyło do natarcia.

Na lewej flance wszystko poszło zgodnie z planem. Szlachetni rycerze Gwardii Reiku od dawna byli skłóceni z ostalndzkim elektorem. Odrobina złota zawczasu przekonała ich kapelana, że nie ma sensu ginąć za szalonego von Raukova - uszli nim walka zaczęła się na dobre*, jeden problem został rozwiązany. Białe lwy sprawnie okrążyły imperialnych, tylko zabrakło czasu by to wykorzystać.
Wtedy wytoczyli tego potwora, spiżowe monstrum o dziewięciu lufach - piekielna kartaczownica. Nawet u khazadów nie widziałem czegoś równie szalonego. Nim ta maszyna wybuchła, przez dwie klepsydry miotała ołowiane kule wielkości pomarańczy, wprost w moich konnych**. Zabili wszystkich, widziałem wojowników rozerwanych w strzępy, konie przecięte na pół...

Drugi oddział rycerstwa utknął walcząc z włócznikami, mistrzowie miecza zaszli ich od boku, jeźdźcy nie zdołali się wyrwać, zginęli wszyscy. Wciąż mogłem wygrać, widziałem z jakim lękiem ludzie patrzyli na mistrzów, nie śmieli ich zaatakować.
Wroga wiedźma magią posługiwała się z gracją wspomnianej kartaczownicy i niestety była równie niszczycielska. Szalona samobójczyni. Nim wzburzone wiatry magii rozerwały jej ciało, zalała falą ognia mistrzów miecza, dziesięciu paląc żywcem***. Dlaczego, szlachetny Teclisie, uczyłeś tą hołotę magicznych arkanów?
Moja cierpliwość została nagrodzona, odpłaciłem się, gdy zostali bez ochrony magicznej. Przekleństwem feniksa dotknąłem halabardników, a po ostrzelaniu z balisty żołdacy wpadli w panikę, nieliczni ocaleni rozbiegli się siejąc zamęt wśród swoich.

Włócznicy starli się z szermierzami, ludzi było więcej, walczyli pod barwami sztandaru armii z iście nieludzką zaciętością. Wyrżnęli moich żołnierzy, nikogo nie puszczając żywcem. Jednocześnie garstka mistrzów miecza biła się z elektorską gwardią. Czterech zwyciężało tuzin najlepszych ludzkich wojowników, pojmujesz siostro? Zatrzymał ich dopiero atak od boku grupki szermierzy, których niestety nie zdołał odciągnąć orzeł. Chwilę później imperialni zabili to szlachetne zwierzę z muszkietów.
To był koniec, zapadający wieczór przerwał rozlew krwi. Ludzie kontrolowani większość pola bitwy, musiałem ratować, co się tylko dało. Tej samej nocy opuściliśmy ową przeklętą krainę.
__________
- Milczysz, czyżbym uraził twoje delikatne serduszko? – Ponownie pociągnął łyk z (dawno opróżnionego) bukłaka, zachowanie krewniaczki było niepokojące.
- Nie Alavandrelu, przeciwnie, sądzę że powinniśmy częściej rozmawiać. Wstawię się za tobą u odpowiednich osób i wszystko się ułoży, tylko trzeba nad tobą... Odrobinę popracować... A zrobię z ciebie dobrego sługę Wiedźmiego Króla – dodała w myślach.
______________________________________________________
Bitwa pełna niewypałów i zwrotów akcji. Armią Cesarstwa dowodziłem ja, elfami ‘Sevi’. Raport jest nieco podkoloryzowany, w gruncie rzeczy moje zwycięstwo nie było zbyt dotkliwe - o nieco ponad 200 punktów.
Frajdy z gry masą piechoty było co niemiara, choć problemy z rozstawieniem (wojska zajmują diabelnie dużo miejsca) są bolesne. Po tej bitwie (i kolejnej, nieopisanej masakrze) do łask wróci hellblaster – zajmuje mało miejsca, a potrafi zadać ogromne straty, świetna sprawa.
* - Rycerze zakonni wewnętrznego kręgu z kapelanem wykonali pożałowania godną szarżę na białe lwy, złamali się, uciekli, po czym nie zebrali się. Kilkaset punktów wyrzucone w błoto.
** - Ostatnia z opcji w tabelce niewypałów zaowocowała trzydziestostrzałową salwą, było gorąco.
*** - Czarując dwukrotnie odniosła krytyczną porażkę (za pierwszym razem dodatkowo upiekła dwóch szermierzy). Jednak rzucenie czaru „pożoga zagłady” oraz nieprawdopodobna liczba 5 i 6 jakie wyrzuciłem określając liczbę trafień, w pełni zrekompensowały te „wpadki” (czyli śmierć czarodziejki).