Arena of Death 23- Las Drakwald

Wszystko to, co nie pasuje nigdzie indziej.

Moderatorzy: Fluffy, JarekK

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Jab
Kradziej
Posty: 924
Lokalizacja: Warszawa

Re: Arena of Death 23- Las Drakwald

Post autor: Jab »

Ciemność...
Cornelius znów znalazł się przed bramą. Nie chciał wracać do starego świata. Tam było zbyt wiele bólu, nienawiści... niesprawiedliwości. Wtem dusza elfa zapłonęła gniewem. Nagle przed nim wyrosła potężna postać, cała okuta w czarny pancerz. W jednym ręku dzierżyła płonący miecz, po drugiej zaś spływała krew. Khaine... przecież go nie czcił. On, mistrz miecza nie czci boga rzezi i wojny. W jego sercu zawsze gościł Hoeth, który swą mądrością oświecał mu drogę. Nagle wyciągnął do niego zakrwawioną dłoń, naznaczając jego duszę krwią. Na twarzy boga zagościł uśmiech. Cornelius zrozumiał, dlaczego zasłużył tak na jego względy. Duma. Sprawiedliwość, którą tak gorliwie wymierzał. Czy rzeczywiście miał prawo osądzać ludzi za to kim są? Kto mu dał takie prawo? Przecież całe swoje życie przeżył na Ulthuanie, który porównując do imperium wydaje się być rajem. Uważał się za lepszego od nich, a wcale nie miał do tego podstaw. Prawdziwy wyznawca Hoetha nigdy by tak nie postąpił...
Nie wolno mu było umrzeć teraz! Musi naprawić swój błąd, aby móc znowu stanąć przed swoim bogiem bez poczucia winy i wstydu...
- On żyje? Jak ktoś po otrzymaniu tylu ran może wciąż żyć?
- Nie wiem, lecz Shallayia łaskawym okiem patrzy na tego elfa...
- Ile dni...? - Cornelius otworzył oczy.
- Dwa dni. I muszę Ci coś powiedzieć Panie elfie. Mam Cię dość. - powiedziała matka przełożona skrzekliwym głosem.
- Dziękuje Ci pani, wielkoduszna z Ciebie osoba.
- Dziękuje - staruszka się zarumieniła. - No już, już, już starczy tego czarowania. Jak tylko się poczujesz lepiej to opuść to miejsce. W drodze wyjątku opatrywałyśmy twe rany w wewnętrznym sanktuarium świątyni a tylko kapłanki mają tutaj wstęp.
- Rozumiem. W takim razie nie będę nadwyrężał Twojej gościnności.
Nie długo później elf opuścił świątynie, lecz tym razem prawie wszystkie kapłanki go żegnały. Ciekawe czemu? Musiał przyznać, że ten świat gdy opuści się zasłonę pychy jest znacznie bardziej interesujący...
Paskudny uśmiech power gamera

_reszka
Chuck Norris
Posty: 551

Post autor: _reszka »

Super narracja, przebijająca poprzednie areny - znaczy same opisy walk są rewelacyjne, choć pamiętam wiele perełek z poprzednich aren też. Za to wprowadzenie do walk miodzio. Tym przebijasz poprzedników - może dlatego że sama Arena się rozwinęła (wystarczy spojrzeć na historie postaci), może dlatego że Mur się trochę zmęczył (on już został legendą Areny), naprawdę nowa jakość. Rewelacyjny klimat miejsca, wyraźny Mag (zacząłem mieć wrażenie, że Arena do dodatek do ich historii co oceniam na ogromny +)

Jedna uwaga, bo razi ona uszy: nie używaj w opisach wyrażeń, które nie pasują do klimatu, typu "psychopaci" - my tu siedzimy w średniowieczu a to trąci współczesnością z pominięciem wielu epok. Było też kilka innych "newsów".

druga uwaga: W poprzednich arenach w zasadzie nie przelewało się krwi poza areną. W Twojej już zginęło jakieś 50 osób w 2 dni :). Pewny jesteś, że dalej było by takie zainteresowanie, jakby trup wśród widzów tak gęsto się słał? Od porządku jest ogr, notabene zwycięzca jednej z poprzednich aren, żeby pretendentów pohamować.

Jeśli się naraziłem przed moją walką to sorkaaaaaaa #-o

Varinastari
Masakrator
Posty: 2297

Post autor: Varinastari »

Dziękuję za konstruktywną krytykę :wink:
To moja pierwsza arena i jeśli będzie mi dane prowadzić kolejne, postaram się wziąć te sugestie pod uwagę.
Nota bene, starałem się wprowadzić nieco humoru do wstępów walk, gdyż zaiste krew leje się litrami :) Dlatego między innymi pojawiają się zwroty typu" Psychopaci".
Co do śmierci 50 osób...."War is everywhere". Nie martwcie się nimi. Taki jest Warhammer.(moim zdaniem)

Awatar użytkownika
Murmandamus
Niszczyciel Światów
Posty: 4837
Lokalizacja: Radom

Post autor: Murmandamus »

Ba zawsze dobrze się uczyć od siebie. W swoich muszę nieco podpatrzyć styl Varinastariego by ulepszyć swoje opisy. Dobrze też że każdy z Arena Masterów ma swoich gospodarzy i miejscówki. Mag w Sylvani, Czarny Rycerz z Mousilion, Królowa Piratów z Saratosy czy zepsuty i bogaty magnat w Drakwaldzie oddaje to swoistą kulturę Starego świata w zamiłowaniu do krwawych rozrywek( a co skoro mają ligę snotballa). Następną areną zapewne przeprowadzę ja i choć nie mam za wiele wolnego czasu to myślę że dam radę. Szkoda mi opuszczenia Karak-Vlag gdzie było ich 8 lecz historia aren tak zadecydowała ;).
zapraszam na Polskie Forum Kings of War

https://kow.fora.pl/

Varinastari
Masakrator
Posty: 2297

Post autor: Varinastari »

Dziękuję za słowa uznania :wink:

Sho-Pi Lee(dow captain) vs Krun Żelazne Kopyta(Bull centaur hero)

Gdy słońce powoli znikało za horyzontem a świat przechodził pod władanie nocy, niebłagalnie zbliżał się czas kolejnej walki na Arenie Śmierci w wiosce Krankapfell. Widownia zapełniała się szybko, w powierzy czuć było napięcie.
I smród.
Mag jęknął z bólu i głośno wypróżnił się, przeklinając przy tym paskudnie. Hrabia poczęstował pewnym, nieznanym wcześniej czarodziejowi owocem, który dał o sobie znać pod wieczór. Mag wybałuszył oczy i uwolnił na świat kolejne nieczystości. Miał tego dosyć. Jedzenie nędzne i niezdrowe, ludzie niemili a sypialnia paskudna. Czarodziej zawył z bólu i wściekłości. Osobiście "podziękuje" Hrabiemu za gościnę, wysadzając tę ruderę Krankapfell w powietrze...

Hrabia spojrzał za okno. Ściemniało się.
- Idealnie-mruknął, po czym zbliżył się do regału z książkami i wyciągnął jedną, przyglądając się jej bacznie. Regał ze skrzypem odsunął się, ukazując Hrabiemu wejście do innego, mniejszego pomieszczenia. Albrecht uśmiechnął się pod nosem i ruszył przed siebie. Pokój był ciasny. Kamienne ściany nie wytrzymywały dobrze biegu lat, w wielu miejscach widać było pęknięcia. Podłoga była cholernie brudna, umazana błotem i czymś czerwonym. Przy malutkim, drewnianym stoliku siedziały dwie okryta szatami postacie. Na widok magnata wstały i padły na ziemię.
-Pozdrowionyś Ty, Który Kroczysz ścieżką..
-Milczeć robaki!-syknął Hrabia. Przynoszę wam słowo od Pana naszego. Plan ma być kontynuowany.
Dwie postacie spojrzały na Schwarzdorfa.
-Tako się stanie, O Wielki!
-Tako się stanie-mruknął Hrabia. Tako się stanie, gdyż nie macie innego wyjścia! Nawet nie wiecie, jak niewiele brakowało, iż by przez waszą niekompetencję i głupotę plan spalił na panewce!
-Ależ Panie, to nie nasza wina!
-Milczeć, kretyni! Arena ma być kontynuowana. NIC nie ma przeszkodzić w jej prowadzeniu! Zrozumieliśmy się?!
-Tak, O Wielki!
Schwarzdorf zachichotał:
-Przysłużcie się dobrze naszej sprawie. Nie schrzańcie tego. Wszak wielka nagroda wiernych sługów czeka.
Skulone postacie gwałtownie wstały i zaczęły wertowanie zmurszałych zwojów, którymi zawalone było całe biurko. Hrabia spojrzał na nich po raz ostatni i wyszedł z pomieszczenia. Gdy znalazł się spowrotem w swoim pokoju, usłyszał stłumione wrzaski. Albrecht Schwarzdorf uśmiechnął się paskudnie i wyciągnął z kieszeni swoich bogato zdobionych szat okuty metalem i grubą skórą wolumin. Spojrzał nań i zachichotał.
-Taaaaaak. Wiernych sługów nagroda wielka czeka..

Sho-Pi Lee spokojnie oczekiwał sygnału wzywającego wojowników do stawiennictwa na Arenie. Wojowniczy mnich skupiony był na swojej poprzedniej walce. Stawił czoła zabójcy doskonałemu, istocie, która będąc niewidoczną, eliminowała przeciwników z bezpiecznej odległości i wygrał. Kitajczyk wiedział, iż gdyby nie jego wyszkolenie i możność dostrzegania rzeczy, które wydają się małe i nieistotne dla postronnych, zginałby. Mnich spojrzał na bramy areny. Jego kolejnym oponentem miała być przedziwna istota, mityczny pół-byk. Czas na kolejny trening-pomyślał. Wszak trening Mistrza czyni...

Krun w tym czasie przegryzał się przez metalowe pręty, które oddzielały go od reszty świata. Głupi Hrabia po prostu MUSIAŁ zamknąć dzielnego Kruna w tej paskudnej, zimnej celi! Byko-centaur warknął. Zapewne miało to na celu poniżenie jego starożytnej i potężnej rasy!(choć w głębi jego odurzonego umysłu błąkała się myśl, iż zarżnięcie 20 widzów po swojej walce miało na to pewien wpływ, choć zapewne niewielki!). Lecz czas jego walki zbliżał się. Krun'a nie interesowało, kim miał być jego kolejny przeciwnik. Wiedział, iż nikt i nic nie sprosta jego potwornej sile i masie. Był pewien, iż zwycięży.

-ZACZYNAJCIE, NA BOGÓW, ZACZYNAJCIE!-krzyknął wyjątkowo dziś blady czarodziej.
Dwaj wojownicy po chwili znaleźli się na piaskach Areny.
Tłumy skandowały ich imiona. Zaiste, to już ćwierćfinał..Każdy widz miał już swojego faworyta!
-NO DALEJ, DO ROBOTY!-wydarł się mag.

Krun wyszczerzył kły i splunął w kierunku Kitajczyka.
-Wyrwę ci serce, odetnę głowę i wypruję wnętrzności, nędzna człeczyno!-warknął Byko-centaur.
Sho-Pi Lee spojrzał ze spokojem na swego przeciwnika i uśmiechnął się tylko.
Po czym obaj skoczyli ku sobie. Kitajczyk okazał się znacznie szybszy. Omijając niezdarne ciosy Krun'a, uderzył dwa razy w nogi przeciwnika, po czym odskoczył, unikając kontry i nasłuchując się przy tym paskudnych przekleństw, jakimi ciskał na lewo i prawo Byko-Centaur.
-NA HASHUTA, ZAPŁACISZ ZA TO, PLUSKWO!
Krun wystrzelił do przodu i zamachnął się brońmi ,celując w głowę, po czym gwałtownie opuścił maczugę, chcąc zmylić Kitajczyka. Mnich był jednak zbyt doświadczonym wojownikiem, by dać się nabrać na tak prosty fortel. Odskoczył na bok, po czym z całej siły rąbnął pięścią w korpus oponenta. Krun zaklął i gwałtownie uderzył, odrzucając mnicha i zwalając go z nóg. Sho-Pi Lee o mały włos nie został stratowany przez wściekłego Byko-Centaura, który zamachnął się maczugą i trafił leżącego mnicha w brzuch, wywołując grymas bólu na twarzy Kitajczyka.
-HA! RACHUNKI WYRÓWNANE!-zawył mutant i rzucił się na przeciwnika.
Mnich w tym czasie zdążył się podnieść i błyskawicznie skontrował, omijając zastawę Kurn'a i kopiąc go z całej siły w pysk. Sługa Hashuta zawył i odpowiedział kopniakiem, posyłając mnicha na piasek.
-JESTEŚ MÓJ, CZŁECZYNO!-zaśmiał się Krun po czym ruszył dobić ogłuszonego mnicha. Ten jednak tylko na to czekał. Wyprężając mięśnie i wyginając ciało do niemalże niemożliwego, mnich skoczył na zdziwionego Byko-Centaura. Błyskawicznie podniósł się na nogi i stanął w pozycji bojowej, oczekując zbliżającego się przeciwnika. Spojrzał na Kruna i przymknął oczy. Czuł, jak postać Byko-Centaura wręcz promieniowała agresją, zaburzając jego Ja. Ta istota była jednym wielkim zbiornikiem negatywnych emocji, zamkniętym w masywnym, zmutowanym cielsku. Krun zaś zbliżał się niebłagalnie do Mnicha i chichotał pod nosem. Wiedział, iż już wygrał. Ten człowiek sapał ze zmęczenia a on, Krun, dopiero się rozgrzewał! Po cichu dziękował Ojcu Ciemności, Hasutowi za tak łatwego przeciwnika. Wbrew pozorom jego rasa należała do niezwykle próżnych. To fakt, pomyślał Krun, podnosząc bronie w górę i opuszczając je w dół, ku głowie Mnicha. Hashut naznaczył Byko-Centnarów jako swych świętych synów, PRAWDZIWYCH wyznawców Siarkowego Bóstwa. Inne rasy zaś winny im służyć, wszak tako rzecze Hashut. Krun uśmiechnął się pod nosem. Jak wróci do Zharr-Naggrund, porozmawia o tym z Kapłanami Hashuta. Nie, może lepiej nie z nimi. Drętwe towarzystwo, cholernie..
Wtem stało się coś niebywałego. Kitajczyk skoczył raptownie na zdziwionego Byko-Centaura i używając techniki Umierającego Niedźwiedzia( jednej z najbardziej pracochłonnych i wyczerpujących technik dostępnych dla Mnichów Niebiańskiego Smoka) Sho-Pi Lee uderzył trzy razy w to samo miejsce, raz lekko, raz mocno i raz z całych pozostałych mu sił w pysk Kruna. Po czym przeskoczył nad swym przecinkiem i sapiąc ze zmęczenia, odwrócił się,obserwując Byko Centaura. Ten jak stał, tak padł, zalewając piasek posoką, sikającą z jego twarzy. Mnich spojrzał na swą okrwawioną dłoń. Dłoń, w której znajdowały się wyrwane oczy Kruna.

Tłumy zawyły.
Czarodziej zaś wrzasnął z bólu i rzucił się w najbliższe krzaki, przeklinając przy tym wszystkich bogów i ludzi. W szczególności zaś Hrabiego.

Awatar użytkownika
Jab
Kradziej
Posty: 924
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: Jab »

Cornelius usiadł wygodnie na trybunach. Jęknął z bólu, oparł się ciężko na swoim wielkim mieczu. Trucizna wciąż dawała o Sobie znać. Walka z asasynem wiele go kosztowała, ale to zwycięstwo było warte każdej ceny. To było zło, które trzeba było powstrzymać. Druchii to wstyd i obraza dla każdego żyjącego elfa wysokiego rodu. Mimo bólu uśmiechnął się. I uniósł głowę na tyle by móc obejrzeć starcie. Musiał przyznać, że to dziwne stworzenie wyglądało dość imponująco. Ten człowiek wyglądał przy nim bardzo mizernie. Jednak to co elf zauważył od razu to skupienie na jego twarzy, płynny oddech i spokojne opanowane ruchy. To będzie ciekawa walka. Mnich zamierzał obrócić nienawiść oraz furię potwora przeciw niemu. Słyszał dookoła jak ludzie skandują imię Kruna w nadziei na to że rozwlecze flaki przeciwnika po całej arenie.
- Na którego stawiasz? - elf obrócił się. Ujrzał jakiegoś wieśniaka, który najwyraźniej zbierał zakłady, gdy zdał sobie sprawę do kogo mówi lekko się speszył i chciał odejść.
- Na mnicha. - odpowiedział łagodnym tonem.
- Ha! Nie ma szans! Widzisz panie... elfie, jakie to wielkie bydle? Jak taki mały wypierdek może ino mu cosik zrobić? - człowiek najwyraźniej poczuł się nieco pewniej, gdy dojrzał że mistrz miecza nie ma złych zamiarów. Pewnie jego dzieci będą opowiadały jak to ich ojciec rozmawiał z elfem, pomyślał zgryźliwie Cornelius. Nie przeszkadzało mu to zbytnio. Chciał poznać mentalność ludzi. Ich sposób myślenia. Musiał się na nich otworzyć.
- Czemu sądzisz, że mięśnie to wszystko co znaczy w walce?
- Eeee...? Bo on mu przywali tak ... -widać że próbował znaleźć jakieś dobre porównanie - tak... że poleci do samego cholernego imperatora w Altdofie!
- O ile trafi... widzisz te płynne ruchy mnicha? To doskonale wytrenowany wojownik. A to, że nie nosi żadnej broni dowodzi tego, iż jej po prostu nie potrzebuje. Z jego ubioru i nieco zabawnego akcentu wnoszę że nie pochodzi stąd. Co oznacza że musiał przejść wiele colystaeraes, aby tu przybyć... - Zobaczył, ze plebejusz nie zrozumiał ostatniego zdania. - znaczy kilometrów. - Wieśniak kiwnął głową. - Stary świat to miejsce pełne mrocznych sług i bestii.
- Eeee... rozumim! - człowiek usiadł koło elfa. - To co? Mały zakładzik, panie elfie?
Proponował mu hazard? To surowo zabronione w zakonie Hoetha, ale dla potrzymania rozmowy postanowił postawić złotą koronę. Elf uznał to "za zapłatę" za cenne informację o ludziach.
- Złota korona na mnicha.
- Panie nie mam tyle... - wieśniak spojrzał na złotą koronę wielkimi oczyma.
- To postaw ile uznasz za słuszne.
- Mogę srebrnika...
- W zupełności wystarczy.
Chłop się ucieszył, gdyż był pewny tego, że właśnie wygrał sporą (dla niego) sumkę. Walka już rozgorzała. Działo się dokładnie tak jak przewidział elf. Mnich wyprowadzał serie błyskawicznych ciosów nie dając mutantowi szans na odpowiedź. Stosował dobrze przemyślane fortele. Bestia dawała się na to nabrać raz za razem. Walka nie trwała długo, gdy Sho-Pi Lee, wyprowadził swój kończący atak wieśniak był absolutnie załamany. Zrezygnowany wyciągnął srebnika i miał już go wręczyć elfowi, jednak nim się zorientował w jego dłoni znalazła się pięknie świecąca złota moneta.
- Masz dobry człowieku. Niech to się tutaj wydarzyło nauczy cię czegoś cennego, bo nawet w obliczu wielkiej dysproporcji sił, można wygrać jeśli się wierzy w swoje umiejętności i ideały.
- Dzi-dziękuje panie elfie! - powiedział nie dowierzając w swoje szczęście. I ruszył co prędzej. Cornelius był prawie pewien że człowiek nie wyciągnie żadnej nauki a jego życie nie zmieni się na lepsze. Zawsze jednak jest nadzieja. To był dobry dzień. Kolejny raz prawo i porządek zatriumfowały nad chaosem. Mistrz miecza opuścił arenę w bardzo dobrym nastroju...
Paskudny uśmiech power gamera

Awatar użytkownika
Eriks281
Chuck Norris
Posty: 537

Post autor: Eriks281 »

Elf całymi dniami wytrwale trenował nie zważając na walki innych. Podczas jednego z treningu tak dobrze czuł się w tańcu ,że nawet nie zorientował się ,że właśnie wybił szybę w karczmie i prawie zabił jakiegoś wieśniaka.
-Jutro ważny dzień... Jestem coraz bliżej wolności mych braci i sióstr-pomyślał-jak mawiał kla... ahh nie ważne.
___________________________
Ło patrzajta jaki dziwoląg !! He He !!-wykrzyczał ktoś z tłumu pokazując na Asrai ,lecz Alarion był w dziwnym stanie nieszczęście za nieszczęściami ,zaczynał tracić wiarę w siebie i resztę istot. Nagle poczuł straszny ból w głowię, spojrzał za siebie okazało się ,że ktoś go rzucił kamieniem w głowę. W mgnieniu oka złapał kolejnego "żartownisia".
-Widzisz to?-zapytał Asrai pokazując mu ostrzę przystawione do brzucha-Jesteś taki pewien siebie to może powiedz mi to prosto w twarz.
-Ja... ja nie chciałem pppanna obrazzić ja tyn tego noo-wieśniak wyraźnie się jąkał-przepraszam to się nie powtórzy.
-Masz szczęście, a teraz leć powiedzieć reszcie ,żeby ze mną nie zadzierała, bo się poznamy bliżej.
Po tym Alarion zasadził wieśniakowi kopa i odszedł w spokoju, aby trenować dalej.
- Klnę się na Sigmara - nigdy nie weźmiecie mnie żywcem, upadli słudzy ciemności!

- Nigdy nie zamierzaliśmy. Zastrzelcie go.

Takaris Fellblade, kapitan Czarnej Arki "Udręka"

Awatar użytkownika
Mac
Kretozord
Posty: 1842
Lokalizacja: Kazad Gnol Grumbaki z klanu Azgamod

Post autor: Mac »

Gdy tłumy wyły na arenie kibicując raz mnichowi, raz byko-centaurowi, ledwo utrzymując swe emocje na wodzy, las Drakwald żył własnym życiem.

Nawet za dnia, światło słoneczne ledwie przechodziło przez grubą warstwę listowia, nadając Drakwaldowi mroczny charakter, z którego był znany. Korzenie i gałęzie wyrastały tak, jakby czekały na nieostrożnych podróżnych, którzy nie zważając przewracali się i wpadali w płytkie wąwozy, łamiąc sobie kończyny. Od tego miejsca czekała ich już tylko śmierć. Drakwald nie wybaczał żadnych błędów.

Choć ludzie Imperium od wieków próbowali zapanować nad tym lasem, nigdy im się to nie udało. Ich miejsce było w odosobnionych osadach, ograniczanych barykadami i częstokołem. W samym lesie panowała natura i... chaos. Tak, mroczni bogowie zdecydowanie wykorzystywali ten słaby punkt. Drakwald był ostoją chaosu, jego zarodnią.

Khurgaz o tym wszystkim wiedział, lecz nie obawiał się dziczy i gęstwy lasu. Potrafił sprostać każdemu wyzwaniu jakie Drakwald przed nim stawiał. Teraz jednak przez las prowadziło go coś zupełnie innego. Nie czuł się... jak krasnoludzki zabójca. Słyszał wezwanie - wzywał go las i wzmagał w nim dziwne uczucia.

W końcu krasnolud dobiegł do polany. Była to ta sama polana na której zabił całe stado zwierzoludzi. Gnijące ciała wciąż zaścielały podłoże leśne, a zaschła krew nadawała szkarłatną barwę leśnemu runu. Khurgaz podszedł do zniszczonego kamienia stada i położył na nim ręce. Jako krasnolud był świadom tego wszystkiego, lecz stwierdził iż zupełnie nie kontroluje swych ruchów.

Nagle z jego usty dobyły się dźwięki. Były to niskie pomruki, a same słowa jakie wypowiadał były surowe i niosły w sobie niemożliwe pokłady energii. Mroczna mowa... Krasnolud nie wiedział co mówił, nie wiedział dlaczego, ale powoli jego świadomość zapadała się w sobie. Czerwień zalała świat przed nim, a z daleka dobiegły go ryki, przekształcające się w poszczególne słowa:
- Zabij swych przeciwników! Zalej piaski areny ich krwią! Niech ich ścierwa i prochy na zawsze ścielą tą ziemię! Niech ich czaszki będą trofeami, a ich krew wodą. Idź i wygraj arenę, mój czempionie! Idź i mnie nie zawiedź!

Khurgaz coraz bardziej tracił kontakt z rzeczywistością - ciemność pochłaniała resztkę jego jestestwa. W końcu, ostatni płomień jego świadomości zgasł. Wtedy w całym lesie rozległ się opętańczy śmiech, na przemian przechodzący w ryk i wycie.

To co wyszyło z polany... nie było już krasnoludem, lecz jedynie powłoką osłaniającą wolę boga mordu. Sługa mroku i rzezi powstał, by przynieść cierpienie i ból... by wrócić ze stosem czaszek godnym swego Pana. Jego pierwszym celem stała się arena śmierci.
"Remember, a Dwarf's only as big as his beard."

Varinastari
Masakrator
Posty: 2297

Post autor: Varinastari »

Fjalar (krasnoludzki inżynier) vs Alarion(Wood Elf Wardancer)

Mag podszedł do okna i mruknął pod nosem z niezadowolenia. Oczywiście padało. Od rana. Starzec odwrócił się i chwycił puchar wypełniony po brzegi winem, po czym łapczywie opróżnił jego zawartość. Nienawidził deszczu. Podczas każdej ulewy bolał go brzuch, czuł się ospały i co najgorsze, senny. Czarodziej spojrzał zniecierpliwiony na Hrabiego. Schwardzorf siedział na fotelu i nerwowo przeglądał okutą skórą księgę. Przewracał to jedną to drugą pożółkłą kartkę i mruczał coś do siebie. Po chwili jednak przestał i spojrzał na czarodzieja.
-Zatem, Drogi Magu, uważasz, iż ulewa nie odstraszy publiczności?
-Bzdura!-warknął starzec. -Uczyni walkę ciekawszą!
Albrecht spojrzał przekrwionym wzrokiem na czarodzieja.
-Starcze, czy wiesz, kto dzisiaj ma walczyć?-po czym wręczył mu kawałek papieru z wykjreślonymi parami wojowników.
Czarodziej założył okulary i począł głośno czytać:
-Fjalar.....Alarion...Khurgaz....Lysippos...i co z tego?-starzec wydawał się zakłopotany.
-Jeden z nich używa prochu, który zapewne przemoknie. I ten Lysippos ...to Przebudzony. A wiesz, jak oni znoszą deszcz, prawda?
-Rozpływają się z wrażenia?-zachichotał czarodziej.
Hrabia spojrzał spode łba na starca.
-Zrób coś z tym deszczem, inaczej walk dzisiaj nie będzie!

Fjalar także nie lubił deszczu. Gdy na zewnątrz lało, krasnoludzki inżynier znajdował się w karczmie pod sugestywną nazwą "Pod Zdechłym Psem".
- Faktycznie-mruknął Dawi. Żarcie śmierdzi i smakuje beznadziejnie. Na mą brodę, od czasu przybycia do tej zapadłej wioski nie widziałem ani jednego psa!
Krasnolud gwałtownie odsunął talerz z parującym mięsiwem i zamówił kolejne piwo.
-Na Grimnira, dorwę tego karczmarza i dopytam dokładnie, z czego robi te "pieczenie"!-syknął.
Inżynier zamyślił się. Już niedługo stoczy kolejną walkę. Spojrzał na swoją niezawodną broń i uśmiechnął się. Skoro powaliła ogra jednym strzałem, powali też chuderlawego elfa.

Alarion'owi nie przeszkadzał deszcz. Gdy mieszkańcy pochowali się przed ulewą, Asrai rozpoczął swój trening. Lubił, gdy padało. Z uśmiechem na twarzy słuchał odgłosów kropli wody uderzających w liście, delikatnego szumu drzew. Brakowało mu jednak tutaj czegoś. Ten las był przeklęty. Tancerz czuł, jak coś złego, spaczonego toczy te bory niczym zaraza ciało żyjącego, powoli infekując zarówno ciało, jak i duszę. Czuł, iż to miejsce cierpi.

Gdy nastał czas przedostatniej walki ćwierćfinału, deszcz ustąpił jak za dotknięciem magicznej(dosłownie..) różdżki. Choć chmury nadal przysłaniały słońce, ani jedna kropla deszczu nie skropiła podłoża. Piękny pogoda na kolejny rozlew krwi!

W oznaczonym czasie Fjalar i Alarion stanęli naprzeciwko siebie. Trybuny zawyły. Krasnoludzki inżynier spojrzał na elfa i uśmiechnął się złowrogo.
-Słuchaj, dzikusie-syknął. -Widzisz tę pukawę? Dorobię ci dodatkową parę oczu na tej pustej główce!

Asrai spojrzał z niepokojem na dziwną metalową broń trzymaną przez Dawi. Tancerz słyszał niegdyś historie o plujących ogniem i siarką broniach brodatych kurdupli, lecz nigdy nie zdarzyło mu się widzieć jednej z niesławnych "strzelb" na własne oczy.
-Brodaczu, lepiej dobrze wykorzystaj swoją okazję do strzału, gdyż na Bóstwa Lasy przysięgam ci, iż nie będziesz miał drugiej okazji..-powiedział cicho elf i stanął w pozycji bojowej.
-Zaczynajcie-odezwał się głos Hrabiego. I zaiste, zaczęli.

Gdy Asrai skoczył w kierunku Fjalara, ten błyskawicznie przystawił strzelbę do oka i wycelował.
-No, brudasie, zobaczymy, jak se będziesz skakał z kilogramem metalu w brzuszku!-zawył inżynier i wystrzelił.
Kula poleciała bezbłędnie w kierunku Alariona i nastąpił huk. Fjalar zaśmiał sie okrutnie i spojrzał na elfa.
Ten jednak przystanął i rozejrzał się ze zdziwieniem. Na jego ciele nie było śladu po kuli.
Krasnolud wrzasnął z wściekłości i wydobył swą młot, lecz Asrai okazał się szybszy. Błyskawicznie pokonał dystans dzielący go od inżyniera i wykonał trzy cięcia. Krasnolud wzniósł broń w celu sparowania ataku, lecz elf odbił niezdarna próbę bloku i przeciął kolczugę Fjalara, raniąc go w ramię. Inżynier spojrzał na cieknącą krew i zaśmiał się maniakalnie.
-Nie jestem z tych, co padają po jednym ciosie, drzewojebie!
Alarion uśmiechnął się smutno i gwałtownie pchnął ostrzem przed siebie. Krasnolud próbował odskoczyć, lecz ciosy elfa okazały się śmiertelnie celne.
Fjalar wytrzeszczył oczy, gdy miecze Tancerza Wojny po raz kolejny ominęły jego zastawę.
I zarazem po raz ostatni.
Ostrze wbiło się w ciało inżyniera, przebijając klatkę piersiową. Z ust inżyniera pociekła stróżka krwi. Odsunął się gwałtownie do tyłu i złapał się za pierś. Czuł, jak jego serce powoli zamiera, nie mogąc pompować krwi do reszty ciała.
Spojrzał się ostatkiem sił na elfa i syknął:
-My....my się jeszcze spotkamy kiedyś.....dzikusie...zdrajcy....parszywi zdrajcy...
Po czym z jękiem padł na ziemię. Gasnącym wzrokiem widział, jak Alarion podchodzi do niego. Asrai pochylił się nad umierającym Dawi i szepnął:
-Nie miej do mnie żalu, krasnoludzie. Umieraj w spokoju.
Po czym odwrócił się i ruszył ku wyjściu. Gdy tłumy skandowały jego imię, Tancerz Wojny powiedział cicho:
-Nie jestem z tych, co padają po jednym ciosie...Po dwóch jednak tak.
Na twarzy elfa wykwitł smutny uśmiech.



Khurgaz Burzyciel (Krasnoludzki Zabójca) vs Wampir-Lysippos

-Gdy nadejdzie czas, powstaniemy, po zgładzić wrogów naszych!-odezwał się dudniący głos.
-Gdy nadejdzie czas, powstaniemy, po zgładzić wrogów naszych!-powtórzyło za nim dziewięć zakapturzonych postaci.
-Gdy zgładzimy wrogów naszych, nagroda wielką będzie a my, wierni słudzy, wyniesieni zostaniemy w Jego oczach!-powiedział głośno Albrecht Schwarzdorf, patrząc na zbór.
Gdy zgładzimy wrogów naszych, nagroda wielką będzie a my, wierni słudzy, wyniesieni zostaniemy w Jego oczach!-skandowali za nim akolici.
-Chwała Temu, Który...
W tym momencie drzwi oddzielające miejsce zboru od reszty świata otwarły się głośno. Wtajemniczony spojrzał ze zdziwieniem, iż do pomieszczenia wbiegł czarodziej, znany organizator osławionych Aren Śmierci. Mag z rozbiegu wpadł w tłum akolitów, wywracając ich na posadzkę.
-Do jasnej cholery Albrechtcie, nadchodzi czas kolejnej walki a ty zabawiasz się tutaj i tracisz czas!-krzyknął czarodziej. Co ty sobie myślisz? Co to za gościna?
Po chwili czarodziej zorientował się, iż coś jest nie tak.
-Chwileczkę-powiedział.
Po czym zaczął desperacko przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu czegoś.
-Do diaska! Moje okulary! Gdzie są moje okulary! Schwarzdorf! Zapłacisz za to! Moje drogocenne okulary z krystalicznego berylu! Bez nich ślepym jest jak kret!
Hrabia spojrzał na maga i jęknął. Niemożliwe. W jaki sposób ten obłąkany staruszek znalazł jego miejsce zboru?
-Rozejść się. Już!-krzyknął Albrecht i podszedł do maga, po czym podał mu rękę.
-Wstawaj. Widzisz mnie?
-Nie!-wrzasnął czarodziej. Nie widzę nic! Gdzie moje okulary?!
-Chodź. Wyprowadzę cie do twego pokoju. Na miejscu znajdziemy na pewno coś, co zastąpi twoje "drogocenne" okulary-powiedział Hrabia. Gdy obaj mężczyźni oddalili się, grupa akolitów wpadła do pomieszczenia i szybko sprzątnęła ślady po ceremonii. I rozbite, różowawe okulary...

Lysippos nie mógł już tego znieść. Głód krwi drążył jego ciało, wywołując fizyczny ból. Czuł, jak jego nieumarłe ciało przeszywane jest spazmami. Miał jednak szczęście. Przeklęty przez bogów deszcz przestał padać. Przebudzeni nie znoszą deszczu. Jakaś część ich istoty buntuje się przed kontaktem z wodą. Nie bez powodu zresztą. Nawet najmniejsza mżawka jest śmiertelna dla Wampirów, gdyż w razie kontaktu ze skórą wywołuje oparzenia podobne do wywołanych przez światło słoneczne. Krwawy Smok spojrzał na swego brata.
-Nadchodzi czas kolejnej walki. Czy przybędziesz, by obserwować, jak szlachtuję kolejnego głupca?
-Tak, bracie. Oglądanie zarzynania bydła zawsze należy do przyjemnych.

Khurgaz ryczał z niepohamowanej wściekłości. Miotał się, ścinając swoimi łańcuchami okoliczne krzaki i szukając przeciwnika, którego mógłby znaleźć i zarąbać. Niestety, nie znalazł nic. W ciągu nocy krasnolud skrupulatnie ściął wszystko, co tylko napotkał, przy okazji wybijając trzy grupki zwierzoludzi, karawanę kupiecką, wędrownych cyrkowców, kordon strażników eskortujący poborce podatków zmierzającego do Krankapfell, opiekunki tutejszej kapliczki Shalayi, niezliczoną liczbę krzaków i prawie wszystkie zwierzęta. Teraz zaś nadszedł czas jego walki. Burzyciel zawył z radości i ruszył w kierunku Areny Śmierci, śmiejąc się maniakalnie.

Hrabia siadł obok maga i spojrzał na niego z rozbawieniem. Starzec czyścił skrupulatnie swoje nowe okulary, oddając się temu "fascynującemu" zajęciu bez reszty. Magnat uśmiechnął się pod nosem. Miał szczęście, i to duże.
-ZATEM, NIECHAJ ODBĘDZIE SIĘ OSTATNIA WALKA ĆWIERĆFINAŁU!
Tłum zawył w odpowiedzi...
-WOJOWNICY! NA ARENĘ!

Lysippos przeszedł dumnie przez bramę i stanął na piaskach Areny, wyczekując swojego oponenta. Ten zaś pojawił się po chwili. Brama z trzaskiem rozpadła się, gdy przebiegł przez nią upadły krasnoludzki zabójca. Hrabia Albrecht zakrztusił się.
-Na bogów, co się z nim stało?-syknął i przetarł oczy ze zdumienia.
-Khorne- usłyszał szept starca, który triumfalnie założył okulary i począł przypatrywać się wojownikom. Charakterystyczna aura Dhar, smród krwi wyczuwalny z odległości dwóch mil, przekrwiony wzrok, maniakalny śmiech, obfite ślinienie się...
-Dosyć-powiedział Hrabia.

Khurgaz zatrzymał się na chwilę i spojrzał na publiczność, po czym ryknął wściekle.
-KREW! CZASZKI! TRUPY! KREW DLA BOGA KRWI! CZASZKI DO TRONU CZASZEK!
Wampir patrzył ze spokojem na swego przeciwnika. Dziwny był ten Dawi. Cały niemalże nagi, pokryty szczelną skorupą zaschłej krwi. Krwawy Smok uśmiechnął się i wskazał mieczem na Khurgaza.
-Słuchaj, śmiertelniku. Jam jest Lysippos z klanu Krwawego Smoka, pogromca tysięcy. Czy jesteś gotów stawić mi czoła? Czy jesteś gotów do tańcu z SAMĄ ŚMIERCIĄ?
Burzyciel spojrzał na Przebudzonego i warknął:
-Krew. KREW I CZASZKI!
Po czym z wrzaskiem rzucił się na wampira.
Tłumy zawyły. Walka się rozpoczęła.
Lysippos rzucił się na upadłego zabójcę, błyskawicznie zbliżając się na odległość ciosu. Krasnolud wykorzystał jednak przewagę długości swojej broni. Khuragaz wprawił łańcuchy w ruch i zakręcił nimi szaleńczo po czym posłał je w kierunku wampira. Kolczaste zadziory zaczepiły o żelazny but Przebudzonego. Khurgaz zaśmiał się, po czym pociągnął, wyrywając kawałki metalu i spory kawałek stopy wampira. Ten jednak nie wydawał się tym w ogóle przejmować. Lysippos warknął i zasypał krasnoluda atakami. Burzyciel nie próbował nawet parować. Gdy miecz przebudzonego co chwila wbijał się w jego ciało, upadły Dawi zamachnął się Wirującą Śmiercią i wycelował w głowę Wampira. Lysippos podniósł ostrze, by sparować to niezdarne w jego opinii uderzenie. Uderzenie ,które przebiło hełm wampira i błyskawicznie oddzieliło jego głowę od korpusu.
Tłum ryknął.
Ciało Przebudzonego opadło na piasek, by po chwili zniknąć i pozostawić pustą zbroję i masę popiołu. Khurgaz splunął.
Poczuł przypływ sił. Zabijanie. Śmierć czyniła go potężniejszym..

Hrabia Albrecht spojrzał na maga. Starzec odpowiedział mu spokojnym spojrzeniem i szepnął:
-Dobry jest.

PÓŁFINAŁ:

Cornelius(High elf noble) vs Sho-Pi Lee(Dow Captain)

Khurgaz Burzyciel (Krasnoludzki Zabójca) vs Alarion(Wood Elf Wardancer)


PS. Murm ratuj! Killing Blowy zabijają moją Arenę!

Awatar użytkownika
Mac
Kretozord
Posty: 1842
Lokalizacja: Kazad Gnol Grumbaki z klanu Azgamod

Post autor: Mac »

- Dobry jest... - odpowiedział mag, gwoli wyjaśnienia. Chwilę później spojrzał w kąty areny i szepnął do siebie:
- Wszystko gotowe... powinny wytrzymać...
- Co tam szepczesz pod nosem - podejrzliwie spytał Albrecht Schwarzdorf.
- Jaaa? Nieeee... - odpowiedział mag, głupio się uśmiechając.

Tymczasem szał Burzyciela nie minął. Nieumarły był nędznym darem, niegodnym Khorne'a. Brak krwi i czaszki nie zaspokoił furii jaką napędzał go bóg mordu. Khurgaz przeniósł swój przekrwiony wzrok na wysokie trybuny. Tam siedziały... tak... ofiary godne jego Pana!

Poddając się całkowicie woli mrocznych mocy, Burzyciel wznowił swą wirującą śmierć i szybko ruszył w stronę trybun. Choć najbliżej siedzący znajdowali się trzy metry nad powierzchnią areny, Khurgaz bez wahania zaczął przedzierać się przez kamienną barierę, stanowiącą ścianę areny, nadając swemu przydomkowi nowego znaczenia. W miejscu gdzie uderzał, wsporniki podtrzymujące trybuny zaczęły niebezpiecznie się chwiać, grożąc zawaleniem części widowni. Nie trudno sobie wyobrazić, reakcję ludzi na trybunach.

Wśród panicznych okrzyków, na arenę wybiegło piętnastu strażników, by powstrzymać upadłego zabójcę. Pierwszych pięciu zostało odrzuconych na bok, ciężko ranny i umierających. Reszta nie odważyła się podejść bliżej, a paru z nich uciekło, nie ważąc swego życia za marną pensję jaką otrzymywali.

W momencie gdy Khurgaz ruszył na widownię, mag siedzący obok hrabiego wstał spokojnie i zaczął recytować inkantacje:
- Co robisz do licha?! - krzyknął Albrecht starając się ogarnąć sytuacje. W każdej chwili arena mogła zostać zniszczona kończąc z kretesem nie tylko dochodowy interes, ale i ukryte plany hrabiego.

Gdy na arenie nie pozostał już żaden żywy strażnik, a na widowni brak było jakiejkolwiek publik, mag wzmocnił swój głos wymawiając ostatnie słowa inkantacji. Fioletowe kule zgromadzonej magicznej energii, jakie umieścił na piedestałach w rogach areny, uwolniły moc i ukształtowały ją w pnącza, które szybko pomknęły w stronę Burzyciela i owinęły jego kończyny, a także łańcuchy z ostrzami. Mag powoli zaczął schodzić po stopniach areny, aż doszedł przed oblicze Khurgaza.

Szał jaki go wypełniał nie był w stanie przeciwstawić się zgromadzonej magicznej energii i skrupulatnie przygotowanemu zaklęciu. Upadły zabójca, bez efektów, próbował pozbyć się magicznych więzów:
- Mówiłem Ci krasnoludzie, że będę chciał Ci się przyjrzeć... w trochę większym stopniu. Dosyć boleśnie potraktowałeś mnie w swej podziemnej celi, ale nie musisz się martwić. Będziesz w stanie odpłacić swe czyny... i to z nawiązką - uśmiech wykwitł na twarzy maga, gdy odwracał się od śliniącego i ryczącego sługi Khorne'a.
- Hrabio! Chciałbym byś zaprowadził tego o to zawodnika do mych komnat. Muszę z nim... hmm... "podyskutować" na temat paru kwestii. Wierzę, że siły w strażnikach jakie Ci pozostały będą mogły uczynić to bez większych problemów - mag zwrócił się w stronę Albrechta, a zaraz potem ruszył ku wyjściu z areny.

Będąc już parę kroków dalej, mag przyklęknął, zauważając, iż wśród kurzu jaki unosił się na arenie coś błyszczy. Sięgnął po to, co okazało się być okularami z górskiego szkła, "upuszczonymi" przez poprzedniego zawodnika, Fjalara:
- Ah, okulary! Świetnej roboty! No wreszcie będę mógł normalnie widzieć! - tym bardziej zadowolony mag ruszył w stronę swych komnat.
"Remember, a Dwarf's only as big as his beard."

Awatar użytkownika
Jab
Kradziej
Posty: 924
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: Jab »

- Dziś mają się odbyć dwie walki? - zapytał Cornelius jednego ze strażników.
- Tiaa... walki zaczną się jak słońce zacznie zachodzić. Wisz... tien nieumarlak ma bitkę, więc jego walka będzie w nocy. - powiedział dłubiąc sobie w zębach.
- Rozumiem, dziękuje Ci, zatem mam jeszcze trochę czasu nim się ściemni.
Elf postanowił że spędzi ten czas w karczmie. Tylko której? Gdy tak o tym rozmyślał zauważył kątem oka znak:
"Pod dębem"
Zajazd wyglądał porządnie. Chyba dość nie dawno go zbudowano, przeszedł pod drzewem od, którego karczma wzięła swą nazwę i śmiało wszedł do środka. Ludzi było dość nie wielu, a w dodatku byli zadbani. No największym atutem tej karczmy było to że nie śmierdziało tutaj aż tak strasznie. Mistrz miecza spojrzał na cennik i zrozumiał czemu jest tak mało gości. Zwykli ludzie nie mogli sobie pozwolić na taką rozrzutność, lecz elfowi to nie przeszkadzało. Oparł swoje wielkie ostrze o ścianę karczmy i zamówił pieczonego królika a do tego butelkę najlepszego wina w nadziei że będzie ono choć w połowie tak dobre jak na jego rodzinnym Ulthuanie. Zamknął oczy pozwalając sobie na krótką chwilę odpoczynku.
- A więc tak wyglądają elfy... - ani chwili wytchnienia w tym świecie, pomyślał. Czyż nie widzą że teraz chce zebrać myśli? Otworzył oczy a przed nim ukazała się dość ładna dziewczyna. Miała długą błękitną suknie z aksamitu i długie splecione w warkocz włosy. Za nią stało dwóch uzbrojonych mężczyzn. Pewnie jej ochroniarze.
- Nigdy nie było Mi dane spotkać żadnego z was! Czyż to nie cudowne?
- Zależy jak na to spojrzeć ... kobieto.
- Uważaj jak mówisz do Lady Felicji, prostaku. Szlachetnie urodzeni zasługują na szacunek, psie! - asrai zmrużył groźnie oczy. W końcu był elfem wysokiego rodu i żaden pachołek nie będzie do niego tak mówił.
- Radziłbym Ci ostrożniej dobierać słowa. Młody człowieku. Nie chciałem nikogo urazić, jednak jak nie zniżysz tonu to będę zmuszony wyzwać Cię na pojedynek. A tego możesz nie przeżyć...
- Rzucasz MI wyzwanie?! Oczywiście, że będę walczył w imię Lady Felicji!
- Opanuj się Ronaldzie! Nie pamiętasz tego elfa? Przecież to jeden z zawodników areny. To On powalił sługę chaosu i tego nikczemnego asasyna. - Twarz osiłka pobladła, zaś dziewczyna odwróciła się z powrotem - Wybacz Mu panie ...
- Zwą mnie Cornelius.
- Zatem miło Mi cię poznać sir Corneliusie. Widzisz my w bretonii bardzo poważnie traktujemy sprawy pojedynków i etykietę.
- Bretonii? Rozumiem że jest to kolejne królestwo ludzi?
- Nie inaczej. Znajduje się ono na południe stąd. Zaraz obok Athel Loren, królestwa twoich leśnych pobratymców.
- Hmm... Athel Loren wiem gdzie to się znajduje... Także Ty również Mi wybacz brak szacunku, jaki nieświadomie Ci okazałem.
- Przeprosiny przyjęte - rzekła z uśmiechem - pozwolisz, że zasiądę obok Ciebie?
- Naturalnie.
- Zatem opowiedz Mi proszę o twoim domu. Słyszałem wiele legend o twojej ojczyźnie. Podobno zamiast wody płynie tam pitny miód a na złote drzewa wydają plony kilka razy w roku a ...
- Dobrze zatem. Pozwól że Ci przerwę. Ulthuan to wyspa położona daleko na zachód stąd. To piękna wiecznie zielona kraina, którą otrzymaliśmy w prezencie od starożytnych w zamian za służbę i zasługi dla tego świata. Co prawda nie posiadamy złotych drzew i rzek miodu pitnego, ale mamy piękne tereny, które swoją urodą urzekają każdego żyjącego na tym świecie. Każdy kto był tam choć raz na zawszę będzie tęsknił za tą ziemią. Ludzie niestety nie mają wstępu na wyspę poza jednym miejscem.
- Jakim? Jakim?
- Jest to wielkie miasto portowe Lothern. To miasto handlowe przez, które utrzymujemy kontakt z innymi rasami. Żyje tam wielu, nie tylko elfów.
- Dlaczego nie dopuszczacie ludzi na resztę wyspy! To przecież nie sprawiedliwe. My wam pozwalamy przemierzać nasze ziemie.
- To dlatego, że te ziemie są przeznaczone tylko dla elfów. To my je mamy chronić i pielęgnować. A tak poza tym na wyspie żyją stworzenia, które tolerują tylko obecność asrai, więc o ile nam nic na wyspie nie grozi to dla zwykłego człowieka mogłoby być bardzo niebezpiecznie.
- Och... szkoda... tak bardzo chciałbym to zobaczyć...
Mistrz miecza przez jeszcze wiele godzin opowiadał o Ulthuanie a lady Felicja chłonęła jego słowa.
- Pani nie chciałbym się wtrącać, lecz czas już...
- Ah! Na śmierć bym zapomniała! Sir Corneliusie czy zechcesz Mi towarzyszyć w drodze na arenę?
- Jestem zaszczycony propozycją i przyjmuję ją. Ruszajmy zatem.
Niedługo potem znaleźli się na miejscu. Usiedli wygodnie. Rozpoczęła się pierwsza walka.
- Phe! Krasnolud nie ma poczucia honoru! Używać w pojedynku broni palnej! - wycedził przez zęby jeden z pachołków.
- To prawda. Nie godzi się aby w walce używano takiego oręża. - dodała Felicja.
- Każdy wykorzystuje swoje atuty w walce. Choć rzeczywiście muszę wam przyznać rację że jest to dziwne.
Elf unikając strzału podbiegł do adwersarza, teraz w starciu bezpośrednim leśniak miał znaczną przewagę. Mistrz miecza miał szanse przyjrzeć się stylom walki stosowanych przez jego krewniaka. Były one całkiem podobne do jego własnych, choć w jego ruchach widać dzikość. Pewnie przez lata przebywania w lesie perfekcyjne taktyki uległy modyfikacjom. Nie trwało to długo nim tancerz wojny zadał przeciwnikowi ostateczny cios.
- Ten Asrai to dobry wojownik. Choć moje serce smuci fakt że dwie w gruncie rzeczy dobre istoty musiały stanąć na przeciwko Siebie.
- A czemuż to, zacny panie?
- Widzisz... każdy zawodnik tej areny to mistrz w swojej dziedzinie. Wyobraź Sobie, ile mogliby zadać strat w bitwie przeciw chaosowi. A tak giną bezproduktywnie.
- Elfy to prawdziwi altruiści. Zawsze myślą o dobru świata. Jak szlachetnie, ale w takim razie co Ty tu robisz?
- Przybyłem tu z misją o której nie powiem słowa.
- Aha... o patrz kolejna walka. - wskazała palcem na plac bojów. - Tylko gdzie krasnolud.
Faktycznie to dobre pytanie. Przez ostatnie parę dni było o nim cicho. Jakby zapadł się pod ziemię... Póki co na arenie stał dumnie wampir. Ten nieumarły to istota zepsuta do szpiku kości, zatraciła całe swoje człowieczeństwo tylko po to aby móc siać więcej śmierci i zniszczenia. Odrażające... z jego rozmyśleń wyrwał go huk. Przez zniszczone wrota przechodził właśnie ogarnięty chorym szałem krasnolud. To jednak nie było najgorsze... wokół niego była dobrze wyczuwalna aura plugawej magii. Podobna do tej jaką emanował wybraniec z którym na początku walczył.
- Na miłość Ishy... ten krasnolud... Thalael... - w języku ludzi oznaczało "upadły".
- Co masz na myśli Corneliusie?
- Ten Dawi... nie. On już nie zasługuje na to by go tak nazywać. To coś zaprzedało swą duszę mrocznym bogom... Zdrajca!
- Krasnolud?! - krzyknął jeden z pachołków. - To chyba jakiś żart? W takim razie jeżeli przeżyje arenę to wyzwijmy g na pojedynek! Taka nikczemność nie może ujść nikomu płazem!
- Nie! To by było wbrew zasadom. Z tym ścierwem policzę się na piaskach areny... o ile przeżyje.
Tak dwie abominacje ruszyły na Siebie. Jeden z nich wirował, drugi również szaleńczo ciął. Po chwili po placu potoczyła się głowa wampira. Szybka walka. Jadnak to było zbyt mało dla upadłego dawi... ten postanowił się rzucić na publikę. Nikczemny... jak nisko można jeszcze upaść? Wtedy na arenie zrobiło się zamieszanie. Krasnolud wdał się w walkę ze strażnikami a chwilę później został spętany bardzo potężną magią.
- To dość nie typowy ciąg wydarzeń... - stwierdził elf.
- Faktycznie. - powiedziała Felicja. - To był długi dzień Sir Corneliusie, myślę że czas wracać do zajazdu.
- Racja...
Paskudny uśmiech power gamera

Awatar użytkownika
Eriks281
Chuck Norris
Posty: 537

Post autor: Eriks281 »

Elf stał dumnie na pisaku areny. Walka się rozpoczęła... asrai chciał jak najlepiej wczuć się w swój piękny taniec śmierci, wiedział ,że to będzie łatwa walka ,przecież nie można ufać tym krasnoludzkim wymysłom. Taniec był po prostu idealny, cios za cięciem obrót za skokiem to było coś pięknego , w pewnym momencie walki elfowi aż przypomniała się ojczyzna
-Wspomnienia...-pomyśał po czym weszła jakby w niego jakaś nadludzką(nadelfia :D?) siła... gdy zadał ostateczny cios nie mógł powstrzymać się od łez. Walka tak szybko się skończyła jak i zaczęła, elf inaczej niż ostatnio postanowił obejrzeć kolejną walkę.
________________________________________________________________
Dwie plugawe istoty ,strasznie zastanawiało Alariona zachowanie krasnoludzkiego zabójcy... elf widziała ,że brodacz nie walczył już dla honoru ,lecz dla czegoś innego... on walczył z tak wielką furią i wściekłością ,a gdy po walce zaatakował widzów, elf był pewien
-Chaos...
_________________________________________________________________
Asrai pośpieszył zobaczyć z kim będzie walczyć... gdy zobaczył listę walk...
-Będę mógł zgładzić tego sługę chaosu... a w dodatku krasnoluda-elf splunął z obrzydzeniem-poza tym mam nadzieje ,że nie będę musiał walczyć z tym elfem ,mam nadzieje ,że chociaż nie zginie z mojej ręki.
- Klnę się na Sigmara - nigdy nie weźmiecie mnie żywcem, upadli słudzy ciemności!

- Nigdy nie zamierzaliśmy. Zastrzelcie go.

Takaris Fellblade, kapitan Czarnej Arki "Udręka"

Awatar użytkownika
Jab
Kradziej
Posty: 924
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: Jab »

Ostatnie dwa dni spędził z lady Felicją i jej strażnikami, głównie rozmawiając. Cornelius dowiedział się bardzo wiele o Bretonii. Systemie władzy, sposobie prowadzenia polityki, podział społeczeństwa i elf musiał przyznać, że bardzo mu przypominało to co jest na Ulhuanie. Zaskakujące, gdyż nigdy by nie powiedział, iż ludzie mogą być zdolni do stworzenia tak zaawansowanego systemu władzy.
Wszystko co ma swój początek, ma też swój koniec, więc Mistrz miecza pożegnał się z nimi, jednak gdy podchodził do Rolanda ten powiedział.
- Nie sądzisz chyba, że zapomniałem o naszym pojedynku?
- Pojedynku?
- My w bretonii bronimy honoru bardziej niźli naszego żywota, dlatego proszę Cię o pojedynek. Udowodnij żeś tak szlachetny i daj mi szanse na odkupienie godności.
- W takim razie. Ronaldzie de Tullanise wyzywam cię na pojedynek, do pierwszej krwi. Czy przystajesz na te warunki?
- Corneliusie z Ulthuanu przyjmuje twe warunki.
- Zaczynajcie zatem panowie. - powiedziała Felicja.
Mistrz miecza postanowił dać się wykazać młodzieńcowi. W jego obronie było pełno luk a elf spokojnie parował wszystkie ciosy i za każdym razem jak rycerz odsłaniał się Hoethanin uderzał go niezbyt mocno płazem ostrza.
- Złap ten miecz porządnie! - Ronald dostał boleśnie w udo. - Trzymaj tarczę bliżej ciała!
Walczyli tak przez parę minut. Chłopak dyszał ciężko próbując daremnie nadążyć za elfem. Nim chłopak zarejestrował mistrz miecza wytrącił mu broń z ręki i zrobił naciął mu rękę, po której na pewno zostanie blizna.
- A to żebyś nie zapomniał moich nauk. Kiedyś mogą Ci ocalić życie. - Rycerz złapał się za rękę i wstał.
- Ja Ronald de Tullanise oddaje Ci cześć jako lepszemu szermierzowi oraz jako szlachetnej istocie, która udowodniła że zna wartość honoru. Dziękuje Ci. Wiedz że nigdy nie zapomnę twych nauk.
- Zatem żegnajcie. Niechaj wam światło zawsze rozjaśnia drogi.
I tak elf ruszył przed Siebie zastanawiając się co przyniesie mu przyszłość...
Paskudny uśmiech power gamera

Awatar użytkownika
Mac
Kretozord
Posty: 1842
Lokalizacja: Kazad Gnol Grumbaki z klanu Azgamod

Post autor: Mac »

Pokój w którym się znajdował był mały, duszny i ciemny. Jedyne okno jakie się tu znajdowało było tak zakurzone, że światło ledwie przez nie przechodziło, tworzące mroczną atmosferę. To wrażenie było jedynie spotęgowane przez sterty ksiąg i papierów walających się wszędzie po podłodze i na posłaniu. Poza tym w rogu pokoju stał stół alchemiczny, z którego unosił ostry i drażniący zapach różnokolorowych mikstur i wywarów.

Na środku pomieszczenie znajdował się oktagram, przedstawiający osiem szkół magii. W tym momencie mag uruchamiał każdy z tych wiatrów magii, przechodząc od jednego symbolu do drugiego, wypowiadając odpowiednie słowa inkantacji i używając szczególnych składników - język ognistej salamandry by ożywić Aqshy, grudkę czystego gromrilu by ożywić Chamon, pióro kruka by ożywić Ulgu, pył z rogu jednorożca by ożywić Ghur, błyskawicę zamkniętą w słoju by ożywić Azyr, nasiona dębu Loren by ożywić Ghyran, oddech umierającego zamknięty w słoju by ożywić Shyish. Gdy mag wypowiadał słowa, składniki te przemieniały się w płynną energię wiatru magii, która wpływała w otwór wydrążony na krawędzi oktagramu. Od każdego otworu reprezentującego szkołę magii prowadziły płytkie kanały, aż do środka oktagramu. Kanały te były jeszcze zamknięte, gdyż została jeszcze jedna szkoła magii...

Mag nie dokończył w pełni rytuału, lecz oczekiwał czegoś, z każdą upływającą sekundą coraz bardziej zniecierpliwiony. W końcu u drzwi do jego pokoju dało się słyszeć pukanie:
- No wreszcie! Ile można czekać?! Schwarzdorf i jego tłuści, leniwi strażnicy - mruknął pod nosem mag i otworzył drzwi. Przed nim stało dwóch strażników, ledwo utrzymując upadłego zabójcę, Khurgaza Burzyciela. Gdyby nie magiczne więzy, których użył na arenie Ci strażnicy za nic by nie utrzymali tego, którego opętał Khorne.
- Dobra robota! Wrzućcie go do oktagramu i wynoście się! - strażnicy szybko uwinęli się z resztą zadania chcąc jak najszybciej pozbyć się ciężaru zabójcy.

Gdy Burzyciel leżał już na środku oktagramu, szaleńczo próbując się wyrwać, mag przemówił:
- O nie, nie, nie! Tak to nie zadziała. Musisz stać nieruchomo! - zaraz potem mag wymówił krótkie słowo i magiczne więzy, pętające Khurgaza rozwinęły swe końce, zaczepiając je w fioletowych kulach energii umieszczonych na piedestałach w rogu pomieszczenia. Dodatkowo więzy skróciły się zmuszając sługę mrocznych mocy do przyjęcia postawy stojącej.
- Tak lepiej, czyż nie? - uprzejmie zapytał mag. Odpowiedziało mu tylko nadmierne ślinienie się, ryki i warkoty. Mag nie zwrócił na to uwagi i rozpoczął dokańczanie rytuału.

Symbol światła z Arabii, ożywił ostatni z wiatrów reprezentujących osiem szkół magii - Hysh. W tym momencie kanały otworzyły się a płynna energia magiczna popłynęła wolnymi strumieniami w stronę środka oktagramu. Gdy się połączyła, kolor płynu zmienił się na biały, wstrząsając pokojem i wzbijając w górę kurz i pergaminy. Na chwile wokół pentagramu utworzyła się klatka z białej energii magicznej, lecz zaraz potem zniknęła. Mag pstryknął palcami i więzy magiczne, pętające Khurgaza zniknęły. Sługa Khorne'a nie czekał.

Szybko rzucił się do ataku na maga, lecz nie przeszedł kroku, gdy magiczna klatka rozbłysła ostrym białym światłem i odrzucił go z powrotem w oktagram. Khurgaz próbowal jeszcze wiele razy, doznając przy tym ostrych oparzeń, lecz bez skutku:
- Ahh, Qhaysh tak łatwo nie złamiesz, krasnoludzie - mag powoli ruszył w stronę alchemicznego stołu, z którego wziął mały kufer. Kuferek zrobiony był z grubej warstwy ciemnego metalu, co czyniło go ciężkim jak na własne rozmiary.
- Widzisz, krasnoludzie - kontynuował mag, zmierzając z kuferkiem w stronę oktagramu - Twoja rasa jest dość odporna na wpływ mrocznych bogów, lecz Ty się najwyraźniej mu poddałeś. Nietrudno było sobie wyobrazić, że staniesz się ulubieńcem Khorne'a, patrząc na to w jaki sposób walczysz. Jednakże, ta krasnoludzka odporność i upór Twej rasy stanowi teraz pewien problem. Zapewne i dla mnie i dla Twojego Pana. Bo widzisz, może stałeś się już bezmyślnym i śliniącym się sługą, lecz Twoje ciało i świadomość cały czas walczy i się temu opiera. Niestety dla Ciebie, ten upór będę musiał stłamsić i zniszczyć. A jakże łatwiej to uczynić niż wzmacniając wolę twego Pana? - w tym momencie, mag uśmiechając się, otworzył kuferek, ujawniając jego zawartość - mały kryształ o charakterystycznym, ostrym zielonym kolorze.
- Tak, spaczeń. Dhar w czystej i skondensowanej postaci. Zdecydowanie pomoże.

Gdy mag powoli zbliżał kuferek ze spaczeniem w stronę magicznej klatki, energia Qhaysh ujawniła się w pełni stając się coraz bardziej niestabilna i gwałtowna. Mag nie zwlekał z zadaniem - zdecydowanie nie chciał by zabójca uwolnił się z klatki. Nie dotykając spaczenia wrzucił go do środka oktagramu. W miejscu gdzie kryształ dotknął Qhaysh powstała mała dziura, szybko wypełniona białą energią.
- Trochę długo by trwało, gdyby zostawić Cię z tym kryształem, a zarówno ja, jak i Ty nie mamy tyle czasu. Pamiętasz chyba jeszcze o arenie, czyż nie? - zapytał mag, nie czekając odpowiedzi i rozpoczynając kolejną inkantację.

Powoli, wraz z wymawianymi przez maga słowami, spaczeń rozpuszczał się wypełniając klatkę Qhaysh mroczną energię, która zaczęła zakrywać upadłego zabójcę. Gdy czysty Dhar wypełniał klatkę, Qhaysh gwałtownie wybuchał białą energią i wyginął się niemożliwie, grożąc eksplozją.

W końcu Dhar całkowicie zasłonił Khurgaza i wypełnił całą klatkę. W tym momencie Qhaysh nie wytrzymało i rozprysło się. Mag szybko zareagował, osłaniając się zaklęciem ukrytym w jednym ze swoich pierścieni, unikając kontaktu z mroczną energią. Po chwili Dhar rozwiało się i rozmyło. "Teraz przez jakiś czas, będę musiał uruchamiać pierścień ochronny zanim wejdę do tego pokoju ehh" - pomyślał mag.

W środku oktagramu leżał Khurgaz - jego nieprzytomne i bezwładne ciało. Jego wola została stłamszona i poddała się mrocznemu bóstwu. Widać było już tego pierwsze oznaki. Ciało na jego ramionach, głowie, udach i brzuchu zaczęły pokrywać metalowe czarne i lśniące płyty, wyrastające powoli, prosto z pod skóry. Towarzyszył temu niemiły odgłos wyginania się i pękania kości.
- Proces mutacji się rozpoczął. Teraz trzeba poczekać, aż się zakończy... uff... - mruknął mag do siebie i ponownie uruchomił magiczne więzy z piedestałów w rogach pokoju, pętając nieprzytomnego Burzyciela.

Godzinę później, na rozkaz maga, wciąż nieprzytomne, mutujące ciało Khurgaza strażnicy przenieśli do żelaznej klatki z jednym otworem prowadzącym na arenę. Nie gwarantowało to bezpieczeństwa Krankapfell, ale mag nie miał sił ani składników by ponownie stworzyć klatkę Qhaysh. To musiało wystarczyć...
"Remember, a Dwarf's only as big as his beard."

Varinastari
Masakrator
Posty: 2297

Post autor: Varinastari »

Cornelius(High elf noble) vs Sho-Pi Lee(Dow Captain)

Victor von Ruben nie należał do uboższych Starego Świata. Jako potomek jednego z najzacniejszych rodów kupieckich z Nuln, od dziecka miał wpajane zasady i strategie potrzebne, by móc skutecznie zarabiać w targanym wojnami Imperium Sigmara. Jego wygląd w pełni odzwierciedlał jego status. Nalana, wiecznie czarowne twarz. Tłusty kałdun uniemożliwiający zapięcie jakiejkolwiek kurtki czy koszuli. Grube paluchy, przypominające tłuste kiełbasy. Świńskie, zapadnięte w twarzy oczka. I nieszczery uśmiech potęgowany paradą zgniłych zębów i dziąseł.
Tak, Von Ruben to prawdziwy pionier konsorcjów handlowych.

Teraz zaś leżał martwy, z wyprutymi wnętrznościami w kałuży własnej krwi i moczu. Wokół ciała kupca i jego liczącej dziesięciu chłopa eskorcie krążyły czarne kruki, szykujące się na obiad. Przy zniszczonej karawanie kupieckiej zawzięcie pracowali słudzy Hrabiego, zabierając co cenniejsze dobra, wiezione przez Von Ruben'a na wymianę. Dzień chylił się ku końcowi. Albrecht Schwarzwald spojrzał z ukosa na poplecznika swego. Postać okryta szatami odpowiedziała mu spojrzeniem.
-Dobrze się spisałeś. Zostaniesz odpowiednio wynagrodzony-powiedział chicho magnat.
Jegomość nie odpowiedział. Bez słowa oddalił się, znikając po chwili w gęstwinie Drakwaldu.
Hrabia uśmiechnął się pod nosem. Zaiste, dobrze jest mieć wykwalifikowanych sojuszników. Wiedział, iż już niedługo nadejdzie czas realizacji Wielkiego Planu. A w takowym znaczącą rolę odgrywać będzie właśnie ten "człowiek".

Sho-Pi Lee ze smutkiem spoglądał na bory Drakwaldu. Czuł wszechogarniającą aurę desperacji i bólu. Wiedział, iż miejsce to było przeklęte. W głębi duszy Kitajczyk wielce ubolewał nad tym, iż musi stawić czoła tak szlachetnej istocie jaką był Wysoki Elf. Widział walki Mistrza Miecza i czuł jego Ja. Wiedział, iż powody, dla których Ulthuańczyk przybył na Arenę Śmierci nie są spowodowane złymi intencjami. Jednak prawo walk było nieubłagane. Mnich uśmiechnął się. Pojedynek ten uzna za kolejny etap do pokonania w drodze to samodoskonalenia, w drodze do idealnego Ja. Sho-Pi Lee przymknął powieki i oddał się medytacji.

Cornelius siadł w karczmie i zamyślił się. Od czasu swego przybycie na ziemie Starego Świata nauczył się wiele. Ludzie okazali się być w rzeczywistości niezwykle ciekawą rasą, pełną skrajności. Ulthuańczyk zawiódł się zaś na krasnoludach. Gdy przez jego myśli przetoczył się obraz upadłego Zabójcy, elf zmarszczył brwi. Nigdy nie spodziewał się, iż starsza rasa tak łatwo poddaje się wpływom Chaosu. Być może to właśnie Mroczni Bogowie popchnęli brodaczy do wywołania Wojny o Brodę? Umysł Mistrza Miecza opanowały wątpliwości. Niewątpliwy był wpływ Druchii na rozwój konfliktu, lecz czy przypadkiem szał i całkowity brak strachu przed śmiercią, tak charakterystyczny dla kulty zabójców, nie był przypadkiem także sygnaturą sługów takich bóstw jak Khaine czy Khorne? Cornelius spojrzał przez okno. Padało. Nadchodzi czas jego walki. Walki, która przybliżała go do wypełnienia misji, dla której przybył do Starego Świata.


Widownia była pełna. Tłum skandował co chwila imion swoich faworytów, wokół kręcili się słudzy Hrabiego, organizując zakłady.
Albrecht Schwarzdorf uśmiechnął się nieszczerze i podniósł rękę. Trybuny zamilkły.
-Oto jest początek półfinału! Zmierzą się ze sobą najlepsi z najlepszymi! Skończył się czas eliminacji. Niechaj zawodnicy wstąpią na piaski Areny i niechajże zaczynają!
Sho-Pi Lee i Cornelius stanęli naprzeciwko siebie i spojrzeli sobie w oczy. Obaj byli zdeterminowani by wygrać, skupieni na sobie, jak i przeciwniku. Obaj przygotowywali w myślach strategie ataku i obrony.
-Zaczynajcie- odezwał się Hrabia.

Elf uśmiechnął się smutno i ruszył na Mnicha, chcąc w końcu poznać, jak pięści i nogi mogą przeciwstawić się morderczemu wyszkoleniu Mistrza Oręża. Sho-Pi Lee stanął w pozycji obronnej i przygotował się na atak. Cornelius przeprowadził błyskawiczne cięcie, celując w bok, po czym gwałtownie skierował miecz ku dołowi i uderzył w nogi mnicha. Ten jednak w porę odskoczył na bezpieczną odległość. Ulthuańczyk kątek oka zauważył błysk malutkiego, niebieskiego amuleciku na szyi Kitajczyka. Zmarszczył brwi. Zatem jego przeciwnik dysponował czymś więcej, niźli swoim ciałem. Tymczasem Mnich skoczył na elfa, przeprowadzając trzy uderzenia pięścią, starając się wytrącić miecz z rąk oponenta. Cornelius odskoczył i wykorzystawszy swą nieludzką szybkość zripostował, przeprowadzając zamaszyste cięcie i celując w klatkę piersiową człowieka. Ten jednak znowu w porę znalazł eis poza zasięgiem Mistrza Miecza. Elf zaczął pojmować, z kim ma do czynienia. Ten mnich był niezwykle zwinny, jednak nie z racji swego wyszkolenia. To ten magiczny naszyjnik dodawał mu sił i przyśpieszał jego ruchy. Co więcej, najwyraźniej stymulował koordynację mięśniowo- ruchową, skoro Kitajczyk uniknął wszystkich ataków, jakie przeprowadził Cornelius.
Wysoki Elf wzniósł miecz ku górze i stanął w pozycji Gwałtownego Wichru. Zamierzał pokonać mnicha jego własną bronią i obrócić jego szybkość przeciwko niemu samemu. Sho-Pi Lee odbił się od ściany i zaczął okrążać Corneliusa, bacznie go obserwując. Adept Niebiańskiego Smoka dostrzegał fortel elfa jednak nie mógł nic z tym fantem uczynić. Jego przeciwnik posiadał znacznie dłuższą broń i przy odrobinie wprawy, mógłby skutecznie atakować Mnicha nie prowokując tym samym kontry z jego strony. Jednak w głowie kitajczyka zaczął kiełkować plan, który mógłby zadziałać.
Cornelius tymczasem rzucił się do przodu, widzą zamyślenie swego oponenta. Zasypał człowieka atakami, starając się w końcu trafić mnicha i choćby przelać pierwszą krew. Sho-Pi Lee tylko na to czekał. Gdy ostrze miecza raniło go w pierś, Kitajczyk przeprowadził kontrę wycelowaną w głowę Mistrza Miecza i z całej siły trzasnął elfa w twarz.
Widownia zawyła. Elf zresztą też.
Mistrz Miecza odskoczył i złapał się za nos. Czuł krew pulsującą pod jego dotykiem, zalewającą jego piękny Ilthimarowy pancerz. Co najgorsze jednak, czuł się upokorzony. Nie docenił tego mnicha i teraz płacił za to karę. Kitajczyk tymczasem stanął pod ścianą i spojrzał na okropną ranę, jaka wykwitła na jego piersi. Czuł, iż jeśli walka będzie się przedłużała, zaistnieje możliwość wykrwawienia się.
Elf spojrzał na mnicha i skierował miecz ku niemu. Czuł, iż czas zaryzykować. Mistrz Miecza ruszył na człowieka, w mgnieniu oka pokonując dystans, jaki dzielił obu wojowników. Wzniósł ostrze do góry i powiedział melodyjnym głosem:
-Wybacz Mi to, co uczynię teraz. Wiedz jednak, iż jest to powinność Areny, która zmusza nas czasem do poświęceń.
Mnich spojrzał w oczy elfa i odpowiedział cicho:
-Poświęcenie. Masz rację elfie.
Cornelius uśmiechnał się smutno i gwałtownie opuścił ostrze. Czuł, iż nic nie stawia oporu jego mistrzowskiej broni. Jakby ciął powietrze.
-Powietrze-pomyślał. I zorientował się w swoim brzemiennym w skutkach błędzie.
Gdy Elf opuścił ostrze, mnich gwałtownie padł na ziemię i przeturlał się obok, po czym skoczył na Mistrza Miecza.
Sho-Pi Lee skupił całą swą energię Ki w jednym, potężnym uderzeniu i stosując technikę Wnoszącego się Smoka, skierował pięść ku piersi Corneliusa.
Ulthuańczyk zachłysnął się krwią. Poczuł okropny ból, który promieniował w okolicach serca. Machnął desperacko ostrzem, starając się odgonić mnicha od siebie. Było już jednak za późno. Ostatkiem sił zmusił się do spojrzenia w dół. Na jego piersi ziała głęboka rana po ciosie. W miejscu, gdzie znajdowało się serce.
Cornelius spojrzał gasnącym wzrokiem na Mnicha i kiwnął mu głową w geście pojednania. Po czym skonał na piaskach Areny.

Hrabia Albrecht ziewnął ostentacyjnie po czym udał się do swoich komnat. Nikt nie zauważył okrytej płaszczem postaci, która mu towarzyszyła...

Awatar użytkownika
Jab
Kradziej
Posty: 924
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: Jab »

Myślałem że choć raz będę miał prostą walkę, jednak ward save robi swoje <co do ciosu w głowę to mam nadzieję że Vari pamiętałeś że mam hełm :wink: >

Cornelius czuł jak uchodzi z niego życie. Patrzył na nieboskłon. Było dokładnie takie samo jak na Ulthuanie. Wspaniałe...
Elf pomyślał o swojej misji, zawiódł lorda Teclisa, zawiódł stary świat. Jednak nie okrył się hańbą. Dał z Siebie wszystko i był gotowy na osąd. Zamknął oczy i opuścił swe ciało...
Znalazł się pod bramami tym razem jednak nie stała tam przerażająca postać boga wojny, lecz jakiś stary elf w białej tunice. Mistrz miecza pokłonił się swojemu patronowi.
- Corneliusie zakończyłeś swój ziemski byt po dwóch tysiącach czterystu pięćdziesięciu ośmiu latach. Nie udało Ci się wypełnić misji, którą Ci powierzono, lecz żyłeś jak na mojego sługę przystało. Byłeś wierny moim zasadom i odkupiłeś swą duszę w moich oczach. Przyjmuje cię więc na moje łono i odpocznij.
- Hoethcie, Ty który znasz ścieżki losu wyjaw Mi czy ta misja, której nie wypełniłem czy ona... czy ona zmieniałaby świat na lepsze?
- Widzę, iż nie da Ci to spokoju. Dobrze zatem. Poznaj odpowiedz.
Wszystko jakby zaczęło się zamazywać. Chwilę później stali obok Caledora i Selidiusa oraz wielu innych magów, którzy przygotowywali się do stworzenia wielkiego wiru. W oddali było widać Aenariona dosiadającego Galraucha. Właśnie mierzyli się z przeogromnym Krwiopijcem Khorna. Mistrz miecza skulił się w przerażeniu, gdy ujrzał tą bestie.
- Spokojnie Corneliusie, to obrazy sprzed siedmiu tysięcy lat. Oni Cię nie widzą, lecz ja byłem tutaj i pobłogosławiłem wielkie dzieło waszej rasy.
- Wybacz mi panie ma słabość. Jednak opowieści o tym dniu w żaden sposób nie oddają ogromu heroizmu i poświęcenia mojej rasy. Wspaniały widok.
- Zaiste... już nie widuje się takich rzeczy... zbyt często. - powiedział znajomy szept.
- Czy to Ty Teclisie? - zapytał retorycznie bóg. I w tym momencie do wizji wdarł się pan białej wierzy. Pokłonił się i poszedł bliżej.
- Jak? - tylko był w stanie powiedzieć Cornelius.
- To bardzo proste. Nim opuściłeś wyspę rzuciłem na twą duszę zaklęcie. Dzięki niemu mogłem Cię znaleźć nawet tutaj.
- Przebiegły jak zwykle. Zastanawiam się czy nie powinienem Cię ukarać za zakłócanie mojego spokoju... -powiedział bóg z wyraźną dezaprobatą w głosie.
- W takim razie błagam Cię o wybaczenie, ale i o docenienie moich wysiłków.
- Racja. W takim razie patrz.
W tym momencie obraz bitwy ruszył. Aenarion właśnie powalał demona Khorna. A Caledor musiał krzyczeć aby się przebić przez zgiełk bitwy.
- Selidiusie nie możesz dziś umrzeć! Musisz znaleźć ją!
- Chyba postradałeś zmysły, przyjacielu! Nie zamierzam zostawić was w naszym dziele!
- Dzięki twojej pomocy jesteśmy teraz w stanie to zrobić bez Ciebie! Lecz ona musi być gdzieś w starym świecie!
- Skąd możesz w ogóle zakładać że nam pomoże?!
- Musi bo taka jej natura! Idź już! Niech Hoeth będzie z Tobą! - Caledor się obrócił i stanąwszy w środku kręgu rozpoczął inkantację. Selidius obrócił się na pięcie i pobiegł. Tutaj wizja się kończyła.
- Zadowolony? - powiedział z dozą złośliwości bóg do Teclisa.
- O kim oni mówią? Jaka "ona"? - zapytał Cornelius.
- Rozumiem! - wreszcie niemal krzyknął pan białej wierzy. - On mówi o Viydagg! Legendarnej istocie, demonie zrodzonym nie z zawiści a dobroci. Określa się ją mianem demona praworządności. A więc Selidius z Caledorem znaleźli sposób aby ją przywołać! Muszę dorwać drugą część dziennika arcymaga za wszelką cenę. Zorganizuję wyprawę. Jeśli jest choć najmniejsza szansa na pozyskanie tak potężnego sprzymierzeńca to jest to wart każdego wysiłku. Corneliusie wiedz, że wykonałeś swe zadanie. Idź zaznaj spokoju.
- Zaiste... Choć. - powiedział bóg obejmując mistrza miecza. - Czas już na nas.
Cornelius nie bardzo rozumiał co się właśnie wydarzyło, lecz wszystko wskazywało na to że mimo wszystko jego śmierć nie poszła na marne. Nie mogło być większej pociechy niż to. Teraz elf z radością mógł przejść przez wrota, zaznać odpoczynku, którego tak pragnął.
Paskudny uśmiech power gamera

Varinastari
Masakrator
Posty: 2297

Post autor: Varinastari »

Khurgaz Burzyciel (Krasnoludzki Zabójca) vs Alarion(Wood Elf Wardancer)

Gdy dzień powoli chylił się ku końcowi, w malutkiej chatynce Lidia spojrzała na swoją mamusię z wyczekiwaniem. Na wieczór, tuż przed snem, dziewczynka miała zwyczaj wysłuchiwać opowieści jej rodzicielki. Od czasu śmierci tatusia, Lidia starała się pomagać matce swej w jej pracach. Razem jeździły do Hurgonburga, by zakupić niezbędne zapasy na zimę. Razem sprzątały swój dom, położony tak blisko granicy lasu. Razem gotowały. Razem też spędzały wolny czas. Dziewczynka patrzyła na swoją mamusię i uśmiechnęła się. Kochała słuchać, dowiadywać się czegoś nowego o świecie, w którym żyła. Wspaniałym, kolorowym świecie dziecka!
Czas opowieści nadchodził.

-Zatem córeczko, posłuchaj uważnie. Słyszałaś kiedyś o krasnoludach?
-Nie, mamusiu!
-To nisku lud, od wielu lat pomagający nam w ciężkich czasach. Krępi i brodaci są, czasami spotykani w większych miastach. Są bardzo zdolni, kują miecze dla naszych dzielnych wojowników.
-Miecze? Cóż to takiego?
-Służą nam do obrony, córeczko.
-Przed czym, mamusiu?
Kobieta drgnęła i posmutniała.
-Przed złymi rzeczami. Rzeczami, które...zabiły twego ojca, Lidio.
Dziewczynka spojrzała ze strachem na rodzicielkę.
-Gdzie są te złe rzeczy?
Wtem drzwi do chatki rozpadły się na drzazgi a wokół rozbrzmiał okrutny, zachrypły śmiech:
-ZA TOBĄ, DZIWKO!

Po chwili było po wszystkim. Khurgaz Burzyciel rozejrzał się po pobojowisku i zarechotał. Trupy obu kobiet zostały przez niego tak zmasakrowane, iż nie dało się poznać, kim były za życia. Wzrok sługi Khorna padł na klapę w podłodze. Podszedł do niej , otworzył i zajrzał do środka.
-Spiżarnia!-warknął.
Nie minęło wiele czasu, gdy Chaosyta wyszedł na ganek i siadłszy na ławie, począł popijać mocne Ale, zapewne trzymane w piwnicy na "specjalną" okazję. Ironia losu jest zadziwiająca....
Spojrzał na zmasakrowane zwłoki swych ofiar i syknął:
-NA ZDROWIE, ŚCIERWA!

Nadchodził czas kolejnej walki na Arenie Śmierci.

Las Drakwald tętnił życiem. Bandy przebrzydłych, nienazwanych istot kłębiły się wokół wielkich, kamiennych obelisków usmarowanych krwią, wnętrznościami i kałem. Koszmary ludzkości tańczyły wokół ognisk rozpalonych na stosach kości, wywrzaskując przy tym bluźnierstwa niepojęte. Nadchodziły złe czasu. Każdy to wiedział. Tłumy biczowników niczym za dawnych dni ruszały gościncami, głosząc nadchodzącą zgubę. Kapłani prawili o karze boskiej, zesłanej przez niebiosa na niewierny lud. Straż Traktów zdwoiła i troiła patrole. Lecz to nie wystarczało. Coś złego wisiało w powietrzu.

Alarion wyskoczył z gęstwiny i błyskawicznie ściął trzech Ungorów, stojących na straży obozowiska stada. Nędzne istoty nawet nie zdążyły pisnąć, gdy ich ciała padły bez życia na ziemię. Asrai spojrzał ze smutkiem na polanę, gdzie plugawe pomioty Cynthair'a. Wiedział, iż mimo swego wyszkolenia, nie da rady okołu pięćdziesięciu zwierzoludziom. Postanowił powrócić do Krankapfell. Miał jednak całkiem dobry humor. W ciągu dnia udało mu się upolować około piętnastu plugawców, głównie masywnych Gorów.
-Zwierzoludzie, na Bóstwa Lasów i Loec'a przysięgam, iż zabijać was będę bez litości. Wasza sama obecność plugawi to miejsce!
Tancerz Wojny odwrócił się i ruszył w kierunku wioski.
Nadchodził czas jego walki.

-No gdzie oni są!?-syknął Hrabia i spojrzał na maga. Ten w odpowiedzi głośno puścił wiatry i począł ostentacyjnie drapać się po nodze, chichocząc opętańczo. Schwarzdorf złapał się za głowę. W ciągu swojego długiego życia zdarzyło mu się spotkać z wieloma adeptami magii, lecz żaden z nich nie był tak obłąkany jak ten staruszek.
-Wojownicy niebawem przybędą, Albrechcie- odezwał się głos z tyłu.
Hrabia odwrócił się i spojrzał na postać stojącą za nim.
-Siądź z nami, obejrzyj tą bezmyślną rzeź. To rozluźnia i wprawia w dobry humor.
Okryta płaszczem osobistość siadła obok Magnata i spojrzała na piaski Areny.
Zbliżał się czas walki.

Wojownicy stanęli naprzeciw siebie. Spokojny i skoncentrowany zarazem Alarion patrzył na abominację ,z którą miał się zmierzyć. Ochlapany posoką Dawi nie przypominał już niemalże krasnoluda. Na jego piersi widniało krwawiące piętno Boga Krwi a oczy jarzyły się czerwonym blaskiem. Asrai zmrużył oczy. Zabijając tego szaleńca, uwolni świat od kolejnego plugawego sługi Chaosu.
-NIECHAJ WALKA ROZPOCZNIE SIĘ-wydarł się nagle mag, spadając przy tym z krzesła i wywracając przy okazji Hrabiego.

Khurgaz tylko na to czekał. Z rykiem rzucił się na Alariona, wymachując wokół łańcuchami i śmiejąc się opętańczo:
-KREW DLA BOGA KRWI! CZASZKI DO TRONU CZASZEK!
Asrai odskoczył poza zasięg broni Upadłego i począł przygotowywać strategię ataku. Wiedział, iż broń jego oponenta była niezwykła i co gorsze, strasznie długa. Tancerz Wojny uśmiechnął się. Walka zapowiadała się na ciekawą. Skoczył na krasnoluda i stosując Taniec Gnającej Śmierci, uderzył trzy razy, celując w głowę Dawi. Krasnolud w odpowiedzi chlasnął łańcuchem, owijając go wokół miecza Asrai. Elf zaprzestał ataku i próbował się wycofać. Jednak było za późno. Khurgaz z rykiem pociągnął i wyrwał broń z ręki leśnego elfa. Alarion był w tarapatach. W desperacji zaatakował, omijając wirujące łańcuchy i wbijając ostrze w ramię Burzyciela. Ten jednak tylko spłonął krwią i chwyciwszy zadziory znajdujące się na końcach łańcucha w ręce, wbił je w brzuch Asrai.
Elf krzyknął.
Czuł, jak krew leje się mu obficie z paskudnej rany. Spojrzał na swego przeciwnika. Ten już pędził do niego, wymachując szaleńczo Wirującą Śmiercią. Asrai chwycił ostrze w ręce i zmrużył oczy.
-Czas zatańczyć ze śmiercią- powiedział cicho.
I skoczył na spotkanie Khurgazowi.
Obaj wdali się w gwałtowną wymianę ciosów. Nie. To nie była wymiana ciosów. Elf unikał ataków Burzyciela, starając się zarazem zbliżyć na odległość ciosu mieczem, gdy Dawi śmiejąc się opętańczo machał na ślepo łańcuchem , wybijając piasek w powietrze.
Trybuny skandowały imiona swoich faworytów.
Wtem Krasnolud zaczepił łańcuchem o nogę elfa. Asrai drgnął, czując szarpnięcie, lecz zaatakował, wbijając miecz w pierś Burzyciela, po czym odskoczył i stanął w pozycji obronnej.
Upadły Dawi spojrzał przekrwionym wzrokiem na elfa i zaśmiał się:
-JUŻ JESTEŚ MÓJ!
Po czym z całych sił pociągnął łąńcuchem. Alarion znalazł się na piasku. Szybko przetoczył się na bok i próbował wstać, lecz po czuł kolejne uderzenie. Tym razem łańcuch wbił mu się w brzuch. Elf jęknął i próbował wstać.
Było już jednak za późno.
Khurga podbiegł do Asrai i wbił mu z całych sił ostrza w ciało, po czym pociągnął, rozpruwając Tancerzowi brzuch. Alarion krzyknął z bólu. Czuł, jak jego dusza powoli opuszcza ciało. Wiedział, iż nadszedł już kres jego żywota.. W jego uszach dzwonić poczęła delikatna muzyka Loec'a która po chwili pochłonęła go całkowicie. Elf zamknął oczy. Nie czuł już nic. Nawet tego, jak Khurgaz masakruje jego ciało łańcuchem, wyrywając mu wnętrzności i rzucając nimi dla zabawy po Arenie.

Nie czuł już nic.

Panowie...i Panie!
Oto zbliża się Grand Finale!

W ostatniej walce zmierzą się....

Sho-Pi Lee(Dow Captain) i Khurgaz Burzyciel (Krasnoludzki Zabójca)

Walka rozegrana zostanie jutro.
Pozdrawiam i miłej nocy życzę!
:wink:

Awatar użytkownika
Eriks281
Chuck Norris
Posty: 537

Post autor: Eriks281 »

No i padłem ,ale herbatka dobra!! :D
- Klnę się na Sigmara - nigdy nie weźmiecie mnie żywcem, upadli słudzy ciemności!

- Nigdy nie zamierzaliśmy. Zastrzelcie go.

Takaris Fellblade, kapitan Czarnej Arki "Udręka"

Awatar użytkownika
Jab
Kradziej
Posty: 924
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: Jab »

Eriks281 pisze:No i padłem ,ale herbatka dobra!! :D
8-[

Ja oczywiście stawiam na mnicha! Prawo i porządek muszą zwyciężyć! <choć moja nie elfia natura mówi mi że zwycięży krasnolud bo ile razy można zdać ward save 4+ ](*,) >
Paskudny uśmiech power gamera

Awatar użytkownika
Mac
Kretozord
Posty: 1842
Lokalizacja: Kazad Gnol Grumbaki z klanu Azgamod

Post autor: Mac »

Półfinał zakończony - Upadły Zabójca i Mnich mieli stanąć na piaskach areny by rozstrzygnąć ostateczny pojedynek.

Upadły Zabójca jednak był problemem. Trudno było utrzymać jego szał, którym wypełniał go bóg mordu, w ryzach. Niestety przed półfinałową walką, zwykłe żelazne kraty areny nie wystarczyły i Khurgaz zabił parę chłopskich rodzin. Tym razem mag postanowił, że nie pozwoli by się to powtórzyło - nie z powodu śmierci jakiś chłopków, lecz w swym szale sługa mrocznego boga mógł uciec daleko, niwecząc tym samym plany maga.

Żelazna krata była zniszczona, więc postawiono nową. Gdy to się stało mag rzucił zaklęcie ochronnej bariery, a także zaklęcie ognistej bariery. Teraz poza stale płonącą, żelazną kratą, ochronna bariera absorbowała większość z uderzeń upadłego krasnoluda.

Mag przyglądał się Khurgazowi Burzycielowi. Z przekonaniem stwierdził, iż po finałowej walce, o ile krasnolud przeżyje, będzie mógł dokończyć swego dzieła. Ciągła walka przyspieszała efekt mutagenny - wolą Khorne'a było by jego słudzy zmagali się w wiecznych krwawych i okrutnych walkach. Czarne metalowe płyty, coraz bardziej rozrastały się na ciele krasnoluda. Nie były jeszcze na tyle mocne, by ochraniać go przed jakimikolwiek ciosami, lecz mutacja jeszcze nie dobiegła końca. Zdecydowanie nadawały mu mroczny i morderczy wygląda, szczególnie, że większa część głowy, poza samą brodą została nimi przykryta. Spod płyty ziajały szkarłatne oczy, emanujące rządzą mordu. Na szczęście kraty i magia na nie rzucona wytrzymywały.

- Już niedługo finał krasnoludzie. Jeśli przeżyjesz, w końcu mój plan się ziści, a Ty... - mag nie dokończył. Wyraz jego twarzy mógł oznaczać wszystko, lecz los Khurgaza Burzyciela nie został wyjawiony.
"Remember, a Dwarf's only as big as his beard."

ODPOWIEDZ