Arena nr 29 (Ogrze królestwa)
Re: Arena nr 29 (Ogrze królestwa)
Walka nr3 Aachenre Neferkare - Kratos, duch Kurgan
Nastąpiła długa przerwa w walkach na śmierć i życie, spowodowana kilkoma „utarczkami” z sąsiednim, o wiele mizerniejszym plemieniem, które niedługo zostało wybite w pień. Wioska nabrała przez to kolejnych kolorów. Na palach przed każdym budynkiem, w tym przy kwaterach zawodników, wbite były umazane fioletowymi tatuażami głowy ogrów i ich całe gnoblary. Na ich czubkach postawiono świece, więc przez jakiś czas mogły pełnić rolę całkiem zgrabnych latarni.
Tak Kratos, duch Kurgan, jak i Aachenre Neferkare, przystąpili do walki skupieni. Wojownik chaosu był zupełnie niezadowolony ze swego przeciwnika. Nie takim już głowy ścinał! Cholerny trup, a tyle tu chaosytów, no jak na złość! Jeszcze na uczcie ryknął głośno ze zlości i rzucił potężnym udkiem Rhinoxa w Coena, wyznawcę Slaanesha. To był oczywisty sygnał do bojki, więc rozpętała się bójka, raczej nieszkodliwa, gdyż broń kazano zostawić przed wejściem, jak zawsze. W zasadzie to tylko taka rozrywka była. To pozwoliło się rozgrzać i na pewno dobrze przygotowało do walki.
Tymczasem Khemrijski Dzierżyciel ikony, niemal obrażany zapraszaniem go na ucztę, siedział w swej zatęchłej kwaterze i, wręcz mechanicznymi ruchami polerował swoje ostrze. Było ostre niczym żyleta, musiał doprowadzić je do perfekcji, by zniszczyć swego przeciwnika jak najszybciej. Pogardzał nim, a gdyby mógł, splunąłby na ziemię.
W końcu obaj zostali wprowadzenia na arenę.
Kratos zlekceważył przeciwnika, stojąc przed nim na arenie, odwrócił się i ryknął w stronę publiki. –Kogo dajecie mi do walki, co?! Trupa? Ledwie się rusza! Dajcie mi jakiegoś chaosytę, już ja się z nim rozprawię!- W tym czasie Aachenre bardzo powoli, lecz sumiennie zbliżał się do swego przeciwnika. Był już blisko, już unosił swą broń by zadać cios… Wtem wojownik odwrócił się, wystarczająco szybko, by wyprowadzić miażdżący cios w tułów mumii. Miażdżący to jednak za dużo powiedziane. Wróg wszystkich bogów chaosu, nieopatrznie spojrzał w oczy przeciwnika, a raczej w miejsce gdzie winny się znajdywać. Coś go na chwilę oślepiło i pozwoliło Aachenre sparować cios, a także kolejny, zadany już w sposób zbyt chaotyczny, nieprzemyślany. Kratos otrząsnął się, lecz było za późno. Został staranowany tarczą, a ciężka zbroja pozwoliła mu tylko się przewrócić i mieć trudności ze wstaniem… Dzierżyciel Ikony podszedł powoli i nastąpił na niego, pragnąc już wbić ostrze w wizór jego Barbuty… Ale to nie miał być koniec. Mumia została zepchnięta i kopnięta z rozpędu w kostkę, po czym legla na ziemię. Duch Kurgan wstał, po czym zaczął sukcesywnie okładać ciało przeciwnika seriami okropnych ciosów, pamiętając przy tym, by nie spojrzeć tam gdzie przedtem. Odkruszał kawałki zbroi, odłupywał małe fragmenty kości, otrzymując bardzo niezdarne i bardzo słabe kontrataki, zdawało się, że tej przewagi nie da się już roztrwonić… Ryczał w morderczym szale, atakując na zmianę to jednym, to drugim ostrzem, strącając z glowy przeciwnika szyszak, tarczę, odkopał gdzieś daleko ikonę faraona Chumchotepa. Nieumarły zdawał się już niezdolny do walki… Wojownik odstąpił, ryknął tryumfalnie i pochylił się nad nim, odrzucił miecze, zdjął hełm i obiema dłońmi złapał czaszkę, by oddzielić ją od reszty ciała. Spostrzegł błysk. To był ostatni błysk jaki dane mu było zobaczyć. Dołączył do martwych przeciwników Khemrijskiej potęgi.
Nastąpiła długa przerwa w walkach na śmierć i życie, spowodowana kilkoma „utarczkami” z sąsiednim, o wiele mizerniejszym plemieniem, które niedługo zostało wybite w pień. Wioska nabrała przez to kolejnych kolorów. Na palach przed każdym budynkiem, w tym przy kwaterach zawodników, wbite były umazane fioletowymi tatuażami głowy ogrów i ich całe gnoblary. Na ich czubkach postawiono świece, więc przez jakiś czas mogły pełnić rolę całkiem zgrabnych latarni.
Tak Kratos, duch Kurgan, jak i Aachenre Neferkare, przystąpili do walki skupieni. Wojownik chaosu był zupełnie niezadowolony ze swego przeciwnika. Nie takim już głowy ścinał! Cholerny trup, a tyle tu chaosytów, no jak na złość! Jeszcze na uczcie ryknął głośno ze zlości i rzucił potężnym udkiem Rhinoxa w Coena, wyznawcę Slaanesha. To był oczywisty sygnał do bojki, więc rozpętała się bójka, raczej nieszkodliwa, gdyż broń kazano zostawić przed wejściem, jak zawsze. W zasadzie to tylko taka rozrywka była. To pozwoliło się rozgrzać i na pewno dobrze przygotowało do walki.
Tymczasem Khemrijski Dzierżyciel ikony, niemal obrażany zapraszaniem go na ucztę, siedział w swej zatęchłej kwaterze i, wręcz mechanicznymi ruchami polerował swoje ostrze. Było ostre niczym żyleta, musiał doprowadzić je do perfekcji, by zniszczyć swego przeciwnika jak najszybciej. Pogardzał nim, a gdyby mógł, splunąłby na ziemię.
W końcu obaj zostali wprowadzenia na arenę.
Kratos zlekceważył przeciwnika, stojąc przed nim na arenie, odwrócił się i ryknął w stronę publiki. –Kogo dajecie mi do walki, co?! Trupa? Ledwie się rusza! Dajcie mi jakiegoś chaosytę, już ja się z nim rozprawię!- W tym czasie Aachenre bardzo powoli, lecz sumiennie zbliżał się do swego przeciwnika. Był już blisko, już unosił swą broń by zadać cios… Wtem wojownik odwrócił się, wystarczająco szybko, by wyprowadzić miażdżący cios w tułów mumii. Miażdżący to jednak za dużo powiedziane. Wróg wszystkich bogów chaosu, nieopatrznie spojrzał w oczy przeciwnika, a raczej w miejsce gdzie winny się znajdywać. Coś go na chwilę oślepiło i pozwoliło Aachenre sparować cios, a także kolejny, zadany już w sposób zbyt chaotyczny, nieprzemyślany. Kratos otrząsnął się, lecz było za późno. Został staranowany tarczą, a ciężka zbroja pozwoliła mu tylko się przewrócić i mieć trudności ze wstaniem… Dzierżyciel Ikony podszedł powoli i nastąpił na niego, pragnąc już wbić ostrze w wizór jego Barbuty… Ale to nie miał być koniec. Mumia została zepchnięta i kopnięta z rozpędu w kostkę, po czym legla na ziemię. Duch Kurgan wstał, po czym zaczął sukcesywnie okładać ciało przeciwnika seriami okropnych ciosów, pamiętając przy tym, by nie spojrzeć tam gdzie przedtem. Odkruszał kawałki zbroi, odłupywał małe fragmenty kości, otrzymując bardzo niezdarne i bardzo słabe kontrataki, zdawało się, że tej przewagi nie da się już roztrwonić… Ryczał w morderczym szale, atakując na zmianę to jednym, to drugim ostrzem, strącając z glowy przeciwnika szyszak, tarczę, odkopał gdzieś daleko ikonę faraona Chumchotepa. Nieumarły zdawał się już niezdolny do walki… Wojownik odstąpił, ryknął tryumfalnie i pochylił się nad nim, odrzucił miecze, zdjął hełm i obiema dłońmi złapał czaszkę, by oddzielić ją od reszty ciała. Spostrzegł błysk. To był ostatni błysk jaki dane mu było zobaczyć. Dołączył do martwych przeciwników Khemrijskiej potęgi.
Natomiast wszystkim prawicowym purystom ideologicznym, co to rehabilitują nacjonalizm, moge powiedziec że odróżanianie nacjonalizmu od faszyzmu, przypomina poznawanie rodzajów gówna po zapachu;-)).
Istavan ulotnił się dosłownie kilka sekund po końcu walki. W końcu jego będzie następna, musiał się więc odpowiednio... przygotować. Jednakże krew ogrów i gnoblarów była raczej mało pożywna, o gównianym smaku nawet nie wspominając. Trzeba będzie się rozejrzeć za czymś lepszym.
Istavan wleciał na czubek swojej wieży, będącej obecnie najwyższym punktem w okolicy, i przysiadł na kamiennym gargulcu (wampir wychodził z założenia, że wieża bez gotyckich gargulców nie jest godna jego zacnej osoby). Stamtąd obserwował. Chmury pędziły po nieboskłonie jak szalone, przybierając fantastyczne kształty. A on nadal siedział, jak cierpliwy drapieżnik. W sumie to strasznie nie lubił polować. U siebie w domu zazwyczaj organizował małe wypady do Stirlandzkich wsi, gdzie bez większych problemów dopadał samotnych podróżników, zazwyczaj młode kobiety. Z kolei tu, wśród skał i piachu, musiał specjalnie starać się o posiłek. Było to co najmniej irytujące.
Kilka godzin przed świtem nagle go oświeciło. Ten cały Kratos nie przyjechał tu sam. Przywiózł ze sobą elfkę, która teraz siedziała samotnie w tawernie. Idealna okazja...
- Nie- Powiedział sam do siebie - Okażę Kratosowi namiastkę szacunku. W końcu miał zaszczyt zginąć z nieumarłej ręki...
Nie miał pojęcia skąd wzięło się u niego to miłosierdzie, ale nie miał zamiaru zawracać sobie tym głowy. Wyciągnął swój piękny miecz i poleciał poszukać jakiegoś ogra.
Najadłszy się, poszedł odpocząć. Nazajutrz weźmie się za zabijanie orków...
Istavan wleciał na czubek swojej wieży, będącej obecnie najwyższym punktem w okolicy, i przysiadł na kamiennym gargulcu (wampir wychodził z założenia, że wieża bez gotyckich gargulców nie jest godna jego zacnej osoby). Stamtąd obserwował. Chmury pędziły po nieboskłonie jak szalone, przybierając fantastyczne kształty. A on nadal siedział, jak cierpliwy drapieżnik. W sumie to strasznie nie lubił polować. U siebie w domu zazwyczaj organizował małe wypady do Stirlandzkich wsi, gdzie bez większych problemów dopadał samotnych podróżników, zazwyczaj młode kobiety. Z kolei tu, wśród skał i piachu, musiał specjalnie starać się o posiłek. Było to co najmniej irytujące.
Kilka godzin przed świtem nagle go oświeciło. Ten cały Kratos nie przyjechał tu sam. Przywiózł ze sobą elfkę, która teraz siedziała samotnie w tawernie. Idealna okazja...
- Nie- Powiedział sam do siebie - Okażę Kratosowi namiastkę szacunku. W końcu miał zaszczyt zginąć z nieumarłej ręki...
Nie miał pojęcia skąd wzięło się u niego to miłosierdzie, ale nie miał zamiaru zawracać sobie tym głowy. Wyciągnął swój piękny miecz i poleciał poszukać jakiegoś ogra.
Najadłszy się, poszedł odpocząć. Nazajutrz weźmie się za zabijanie orków...
Prawdziwy krasnolud gardzi słonecznikiem.
- Nieumarłe ścierwo! Jak nie lubię tych zaplutych wyznawców chaosu, tak ciebie tym bardziej - powiedział Olafomir i splunął soczyście. - Oby dane mi było zniszczyć cię w kolejnej rundzie... - mruknął pod nosem, a potem udał się do knajpy
Edit: powodzenia Chomik
Edit: powodzenia Chomik

"Spam jest sztuką, której nikt nie potrafi zrozumieć" - Anyix
"Pan Bóg nie gra w kości" - Albert Einstein
"Bo gra w Warhammera!" - Sa!nt
"Pan Bóg nie gra w kości" - Albert Einstein
"Bo gra w Warhammera!" - Sa!nt
Postaram się jutro, jak będę miał wenę, napisać tę walkę
A tak generalnie to podobają się walki? Staram się jak mogę, ale boję się, że są zbyt monotonne.

A tak generalnie to podobają się walki? Staram się jak mogę, ale boję się, że są zbyt monotonne.
Natomiast wszystkim prawicowym purystom ideologicznym, co to rehabilitują nacjonalizm, moge powiedziec że odróżanianie nacjonalizmu od faszyzmu, przypomina poznawanie rodzajów gówna po zapachu;-)).
Ten kto nie jest martwyAbaddon pisze:nigdy nie moge jednoznacznie stwierdzic kto wygrał walkę, nie wiem dlaczego.

Natomiast wszystkim prawicowym purystom ideologicznym, co to rehabilitują nacjonalizm, moge powiedziec że odróżanianie nacjonalizmu od faszyzmu, przypomina poznawanie rodzajów gówna po zapachu;-)).
- Naviedzony
- Wielki Nieczysty Spamer
- Posty: 6354
Na arenę wmaszerował w karnym dwuszeregu oddział Strażników Grobowców. Nie zwalniając kroku rozwinęli szyk i otoczyli Dzierżyciela Ikony murem złota i żelaza. Wśród szczęku i chrobotu klekoczących kości rozległy się szepty, najpierw ciche, potem coraz głośniejsze, przejmujące. Przytłumiony blask otoczył Złoty Orszak, gdy dawno zapomniani bogowie Nehekhary obdarzyli nieumarłego sługę swoją łaską. Ujęta w zmumifikowane palce ikona uniosła się ku słońcu. Widzowie zasłaniali oczy, nie mogąc patrzeć wprost na jaśniejącą postać wewnątrz niewzruszonego kordonu trupów.
Po chwili Złoty Orszak opuścił arenę, a ciepły, złoty blask rozpłynął się w powietrzu.

Po chwili Złoty Orszak opuścił arenę, a ciepły, złoty blask rozpłynął się w powietrzu.
Akurat to jest zły przykład, bo obydwaj zawodnicy są martwi.Ten kto nie jest martwy

No włąsnie, Poprostu, nie jest to zaznaczane tak klarownie jak w poprzednich arenachnindza77 pisze:Ten kto nie jest martwyAbaddon pisze:nigdy nie moge jednoznacznie stwierdzic kto wygrał walkę, nie wiem dlaczego.

Turniejowo nowe WEwenanty pisze: Anioł zagłady przerzuca się na budżetową kawę? Koniec świata (sic!).
12/4/5
Ale tylko jeden jeszcze chodziNaviedzony pisze:Akurat to jest zły przykład, bo obydwaj zawodnicy są martwi.Ten kto nie jest martwy

@Abaddon
A, może masz i rację, ale to taka fajna nutka domysłu, w zasadzie i tak w końcu nie ma się wątpliwości


Natomiast wszystkim prawicowym purystom ideologicznym, co to rehabilitują nacjonalizm, moge powiedziec że odróżanianie nacjonalizmu od faszyzmu, przypomina poznawanie rodzajów gówna po zapachu;-)).
Ogrzy rzeźnik miał mnóstwo pracy. W końcu trzeba coś robic z ciałami zabitych na arenie, a on nie lubił jak marnowało się tyle jedzenia.
Właśnie przed chwilą przyniesiono potężnie zbudowanego wojownika. Ani grama tłuszczy, wprost idealny na pieczeń!
Białe mięsko-mruknął widząc, jaki kolor ma skóra wojownika. Uspokoił się gdy stwierdził, że mięso nie jest zepsute, a kolor skóry nie zmniejsza jego walorów kulinarnych. Wziął do ręki ogromny tasak i już w myślach delektował się pysznymi steakami, gdy trup otworzył oczy!
Kratos nie wiedział gdzie jest. Widząc tylko ogra z uniesionym tasakiem chwycił go za gardło. Poczuł jak miażdżona jest tchawica. Złapał ogra za głowę oburącz. Po chwili wyrwał ją z karku w akompaniamencie fontanny krwi. Odnalazł swoje miecze i ruszył w kierunku karczmy, zabijając po drodze pare zdumionych ogrów.
Nie do końca rozumiał co się stało. Zdawało mu się, że przez wieczność nie stąpał po tym świecie, a tymczasem nie minęła nawet godzina od jego walki.
Ten błysk... Potem znalazł się w dziwnej krainie. Niebo nad jego głową było czarne, ale mimo to nie było ciemno. Ziemia mieniła się różnymi kolorami. Za każdym razem widział inny kolor, choć nigdy nie mógł uchwycić zmiany barwy. W okół widział pokracznie wykrzywione gołe pnie drzew i ośmiokątne skały. Wśród nich przemieszczały jakieś stworzenia. Demony! W końcu trafił do tego miejsca. Do królestwa bogów Chaosu. Dobył mieczy.
DRŻYJCIE BOGOWIE! NARESZCIE DOKONA SIĘ MOJA ZEMSTA!!! -zakrzyknął i skoczył w kierunku demonów...
Choć wytężał myśl, nie mógł do końca przypomnieć sobie co stało się dalej.
Widocznie bogowie woleli wrócić mnie do życia, niż stanąć ze mną twarzą w twarz!- pomyślał.
Wtedy zauważył, że doszedł w końcu do karczmy.
Gdy wszedł do pokoju zastał Feainnewedd klęczącą na podłodze. Z jej oczy lały się strumienie łez. Gdy podszedł do niej, uniosła głowę. Bała się, że to ten ubrany na czarno jegomość, co walczył na Arenie. Od jakiegoś czasu czuła na sobie jego baczne spojrzenie. Ponoć był wampirem. bała się, że ten wykorzysta śmierć Kratosa i... Jakież było jej zdumienie, gdy zobaczyła przed sobą znajomą postać białoskórego wojownika z czerwonym tatuażem na twarzy i torsie. Tyle, że nieco zakrwawionego. Rzuciła mu się na szyję. Czuł, jak jej gorące pocałunki spadały na jego policzki, czoło i szyję. Szepnęła mu do ucha:
Myślałam, że utraciłam cię na zawsze.
Wreszcie wydusiłaś z siebie coś po ludzku.-usłuszała w odpowiedzi.-Jak widzisz, nie tak łatwo mnie zabić. Zostaniemy do końca Areny, a zaraz potem ruszamy.
Twoja zbroja...
Dostałem ją od Khorna. Pieprzyć ją, jak widać przyniosła mi pecha. Prawdziwy wojownik jest w stanie walczyć bez zbroi...
***
Nindzia, czy nie masz nic przeciwko, jeśli będę pisał co spotkało Kratosa w królestwie Chaosu? Obiecuję,że nie będę zaczepiał innych uczestników Areny
Właśnie przed chwilą przyniesiono potężnie zbudowanego wojownika. Ani grama tłuszczy, wprost idealny na pieczeń!
Białe mięsko-mruknął widząc, jaki kolor ma skóra wojownika. Uspokoił się gdy stwierdził, że mięso nie jest zepsute, a kolor skóry nie zmniejsza jego walorów kulinarnych. Wziął do ręki ogromny tasak i już w myślach delektował się pysznymi steakami, gdy trup otworzył oczy!
Kratos nie wiedział gdzie jest. Widząc tylko ogra z uniesionym tasakiem chwycił go za gardło. Poczuł jak miażdżona jest tchawica. Złapał ogra za głowę oburącz. Po chwili wyrwał ją z karku w akompaniamencie fontanny krwi. Odnalazł swoje miecze i ruszył w kierunku karczmy, zabijając po drodze pare zdumionych ogrów.
Nie do końca rozumiał co się stało. Zdawało mu się, że przez wieczność nie stąpał po tym świecie, a tymczasem nie minęła nawet godzina od jego walki.
Ten błysk... Potem znalazł się w dziwnej krainie. Niebo nad jego głową było czarne, ale mimo to nie było ciemno. Ziemia mieniła się różnymi kolorami. Za każdym razem widział inny kolor, choć nigdy nie mógł uchwycić zmiany barwy. W okół widział pokracznie wykrzywione gołe pnie drzew i ośmiokątne skały. Wśród nich przemieszczały jakieś stworzenia. Demony! W końcu trafił do tego miejsca. Do królestwa bogów Chaosu. Dobył mieczy.
DRŻYJCIE BOGOWIE! NARESZCIE DOKONA SIĘ MOJA ZEMSTA!!! -zakrzyknął i skoczył w kierunku demonów...
Choć wytężał myśl, nie mógł do końca przypomnieć sobie co stało się dalej.
Widocznie bogowie woleli wrócić mnie do życia, niż stanąć ze mną twarzą w twarz!- pomyślał.
Wtedy zauważył, że doszedł w końcu do karczmy.
Gdy wszedł do pokoju zastał Feainnewedd klęczącą na podłodze. Z jej oczy lały się strumienie łez. Gdy podszedł do niej, uniosła głowę. Bała się, że to ten ubrany na czarno jegomość, co walczył na Arenie. Od jakiegoś czasu czuła na sobie jego baczne spojrzenie. Ponoć był wampirem. bała się, że ten wykorzysta śmierć Kratosa i... Jakież było jej zdumienie, gdy zobaczyła przed sobą znajomą postać białoskórego wojownika z czerwonym tatuażem na twarzy i torsie. Tyle, że nieco zakrwawionego. Rzuciła mu się na szyję. Czuł, jak jej gorące pocałunki spadały na jego policzki, czoło i szyję. Szepnęła mu do ucha:
Myślałam, że utraciłam cię na zawsze.
Wreszcie wydusiłaś z siebie coś po ludzku.-usłuszała w odpowiedzi.-Jak widzisz, nie tak łatwo mnie zabić. Zostaniemy do końca Areny, a zaraz potem ruszamy.
Twoja zbroja...
Dostałem ją od Khorna. Pieprzyć ją, jak widać przyniosła mi pecha. Prawdziwy wojownik jest w stanie walczyć bez zbroi...
***
Nindzia, czy nie masz nic przeciwko, jeśli będę pisał co spotkało Kratosa w królestwie Chaosu? Obiecuję,że nie będę zaczepiał innych uczestników Areny

WELCOME TO ESTALIA GENTLEMEN
Jak nie będziesz mi ubijał więcej ogrów i nie będziesz zaczepiał zawodników to sobie pisz, ja tam lubię czytać obrazki krwawych rzezi 

Natomiast wszystkim prawicowym purystom ideologicznym, co to rehabilitują nacjonalizm, moge powiedziec że odróżanianie nacjonalizmu od faszyzmu, przypomina poznawanie rodzajów gówna po zapachu;-)).
Killing Blow 
A tak to mizialiście się raczej (słabe rzuty po obu stronach, za to dobrze zdawane sv i parowania)

A tak to mizialiście się raczej (słabe rzuty po obu stronach, za to dobrze zdawane sv i parowania)
Natomiast wszystkim prawicowym purystom ideologicznym, co to rehabilitują nacjonalizm, moge powiedziec że odróżanianie nacjonalizmu od faszyzmu, przypomina poznawanie rodzajów gówna po zapachu;-)).
Za bezmyślne zabijanie ogrów powinny być jakieś kary. Biedne grubaskinindza77 pisze:Jak nie będziesz mi ubijał więcej ogrów i nie będziesz zaczepiał zawodników to sobie pisz, ja tam lubię czytać obrazki krwawych rzezi

kubencjusz pisze:Młody. Było powiedziane czwartek. Spójrz na kalendarz. Spójrz na ten post. Spójrz jeszcze raz na kalendarz. Dziś nie jest czwartek. Siedzę na koniu.
Proponuje bezmyślne zabijanie elfów, może mniej mięsa ale fajne łupy
"Księga Armii Nocnych Goblinów"( 09.11.2011
http://www.docstoc.com/docs/94525591/No ... 99ga-Armii
http://www.docstoc.com/docs/94525591/No ... 99ga-Armii
się pisze
Do wieczora będzie gotowa.

Natomiast wszystkim prawicowym purystom ideologicznym, co to rehabilitują nacjonalizm, moge powiedziec że odróżanianie nacjonalizmu od faszyzmu, przypomina poznawanie rodzajów gówna po zapachu;-)).
Durag wyszedł z swojego pokoju o ile można tak nazwać śmierdzącą klitke z spróchniałych desek i rozwalającym sie łóżkiem zżeranym przez korniki nakrytym słomą. Wyszedł na obiad skacowany po wczorajszym bieśiadowaniu z ogrami.
Te brzuchale to całkiem fyjne hopaki są.
Prawie z jęzorem na wieszchu szedł się czegoś napić i nagle doszła do niego myśl że to dziś!
Dzisiaj wielki dzien cała banda liczy na mnie! Rozkurwić tego trupa tra! Nie na po to żem najpotężniejszy szef aby jakis ludz trup mnie pokonał!
Zsunął niżej kaptur gdyż nie znosił światła słonecznego, następnie wziął woreczek przypięty do pasa i wyciągnął jeden grzybek i go zjadł, przeszedł go dreszcz.
Zoboczom te psie syny ze nie warto było mnie odsyłać jak Durag był mały! ( chodzi o orków którzy wyrzucili go ze swojej gromady przez to że nie dokonca był orkiem ) Jak tylko wygrom tą arene to zobaczom mojom sile i moich hopakow z czornego kaptura
Te brzuchale to całkiem fyjne hopaki są.
Prawie z jęzorem na wieszchu szedł się czegoś napić i nagle doszła do niego myśl że to dziś!
Dzisiaj wielki dzien cała banda liczy na mnie! Rozkurwić tego trupa tra! Nie na po to żem najpotężniejszy szef aby jakis ludz trup mnie pokonał!
Zsunął niżej kaptur gdyż nie znosił światła słonecznego, następnie wziął woreczek przypięty do pasa i wyciągnął jeden grzybek i go zjadł, przeszedł go dreszcz.
Zoboczom te psie syny ze nie warto było mnie odsyłać jak Durag był mały! ( chodzi o orków którzy wyrzucili go ze swojej gromady przez to że nie dokonca był orkiem ) Jak tylko wygrom tą arene to zobaczom mojom sile i moich hopakow z czornego kaptura
kangur022 pisze: Ze niby czarodziejki są szpetne ?
dzikki pisze:Wypadki z kotłem się zdarzają ;] , nożem rytualnym można się skaleczyć jak się ofiara poruszy. Tudzież jakieś obmierzłe praktyki seksualne.
Kacpi 1998 pisze:te praktyki to chyba z użyciem cegły...
Walka nr 4 Istavan von Carstein - Durag Czarny Kaptur
W końcu, po krótkiej przerwie, zniecierpliwieni widzowie mieli doczekać się półmetka pierwszej rundy Areny Śmierci. Stanąć naprzeciw siebie, mieli tym razem zaiste, bardzo potężni wojownicy. Jednym z nich, był wampir z rodu von Carstein, co samo w sobie budziło ogromny, wręcz fanatyczny respekt. Można powiedzieć, że w tak dalekich krainach każdy członek tego rodu, był żywą legendą. Jego przeciwnikiem miał być Czarny Ork. Może nie całkiem ork, ale na pewno nie mniej groźny, chociaż trzeba przyznać, że przy wampirze, wyglądał prawie żałośnie, jak jakiś dzikus.
Zainteresowani stawili się już na piasku areny, każdy patrzał na drugiego z nieukrywaną nienawiścią.
-Zginiesz, żałosny pomiocie życia. Niedorobiona cząstko istnienia… Myślisz, że stawisz czoła potędze nieśmierci? Myślisz, że możesz zrobić cokolwiek? Mylisz się…- Wyszeptał Istavan. Mimo, że głos był cichy, rozbrzmiał złowrogo w uszach wszystkich i wszyscy wiedzieli, że musi wygrać.
-Ty? Że trupiszcze, hy? Ha ha ha ha! Ja mieć dużom kose, prawie jak Ty być! Ja Cie zakopać i Ty być na swoje miejsce! Tam gdzie trup!- Zaryczał, trzeba przyznać, że nie mniej groźnie… I zabrzmiał gong.
Ork ruszył z okrzykiem WAAAAAGGGHHH!, który z pewnością miał siłę, która przeraziłaby każdego przeciwnika. Każdego poza nim, wampir nie drgnął nawet, tylko spokojnie ruszył w jego kierunku. Był szybszy, jednak to rozpędzony Durag zaatakował jako pierwszy, trzymając swój Bastard oburącz oburącz tnąc na odlew. Wampir sparował cios, jednak zaangażowanie czarnoskórego orka budziło podziw. Zdołał jeszcze zadać dwa szybkie ciosy. Cięcie nie przyniosło rezultatu, jednak pchnięcie przebiło kolczugę. Kilka kółek rozprysło się na boki, a ork pchnął mocniej, wlewając w umysł nieumarłego dręczącą pieśń. Powinien teraz paść na kolana, jęczeć jak zwykły śmiertelnik… Jednak nim nie był. Uśmiechnął się, odepchnął tylko przeciwnika, niemal z dziecinną łatwością na kilka metrów. Rana paskudnie krwawiła, nie mógł sobie na to więcej pozwolić… Zdążył wypić miksturę, przysłaną mu przez przyjaciela, by zasklepić ranę i już musiał przyjąć kolejny atak dzikusa. Tym razem był na to przygotowany, najpierw uniknął ciosu, a potem wywinął mieczem, jednocześnie odsuwając się od niebezpiecznej klingi orka, trafiając nieszczęśnika w przygłupią czaszkę. Coś zachlupotało, to był dźwięk miażdżonej kości Duraga. Po obu stronach głowy, po ramionach, popłynęły obfite strużki krwi. Czy to był jego koniec? Na pewno nie śmiał się poddać i naparł na Istavana z niemą furią, tym razem zadając szybsze ciosy jedną ręką, karwaszami na drugiej odbijał z trudem ciosy wampira. Kilka razy udało mu się trafić i zadał wampirowi obrażenia, tak iż nieumarły ledwie słaniał się na nogach. To była jego ostatnia szansa. –Giń orku…- Szepnął i znalazł w sobie siłę by ruszyć biegiem. Widział, że ork nie miał zbyt wiele siły, nie uda mu się odbić morderczego ciosu… -Szlag!- Wampir nie spodziewał się tego, co nastąpiło w tym momencie. Nie spodziewał się… Kopnięcia. But orka był tak silny, że Istavan stracił przytomność przytomność jeszcze w locie. Wystarczyło go dobić. Ork zaryczał tryumfalnie, po czym zniesiono go, okropnie zmęczonego, z areny. Wampirze truchło zniknęło natychmiast, natomiast jego wieżę zasiedliły królewskie gnoblary.
W końcu, po krótkiej przerwie, zniecierpliwieni widzowie mieli doczekać się półmetka pierwszej rundy Areny Śmierci. Stanąć naprzeciw siebie, mieli tym razem zaiste, bardzo potężni wojownicy. Jednym z nich, był wampir z rodu von Carstein, co samo w sobie budziło ogromny, wręcz fanatyczny respekt. Można powiedzieć, że w tak dalekich krainach każdy członek tego rodu, był żywą legendą. Jego przeciwnikiem miał być Czarny Ork. Może nie całkiem ork, ale na pewno nie mniej groźny, chociaż trzeba przyznać, że przy wampirze, wyglądał prawie żałośnie, jak jakiś dzikus.
Zainteresowani stawili się już na piasku areny, każdy patrzał na drugiego z nieukrywaną nienawiścią.
-Zginiesz, żałosny pomiocie życia. Niedorobiona cząstko istnienia… Myślisz, że stawisz czoła potędze nieśmierci? Myślisz, że możesz zrobić cokolwiek? Mylisz się…- Wyszeptał Istavan. Mimo, że głos był cichy, rozbrzmiał złowrogo w uszach wszystkich i wszyscy wiedzieli, że musi wygrać.
-Ty? Że trupiszcze, hy? Ha ha ha ha! Ja mieć dużom kose, prawie jak Ty być! Ja Cie zakopać i Ty być na swoje miejsce! Tam gdzie trup!- Zaryczał, trzeba przyznać, że nie mniej groźnie… I zabrzmiał gong.
Ork ruszył z okrzykiem WAAAAAGGGHHH!, który z pewnością miał siłę, która przeraziłaby każdego przeciwnika. Każdego poza nim, wampir nie drgnął nawet, tylko spokojnie ruszył w jego kierunku. Był szybszy, jednak to rozpędzony Durag zaatakował jako pierwszy, trzymając swój Bastard oburącz oburącz tnąc na odlew. Wampir sparował cios, jednak zaangażowanie czarnoskórego orka budziło podziw. Zdołał jeszcze zadać dwa szybkie ciosy. Cięcie nie przyniosło rezultatu, jednak pchnięcie przebiło kolczugę. Kilka kółek rozprysło się na boki, a ork pchnął mocniej, wlewając w umysł nieumarłego dręczącą pieśń. Powinien teraz paść na kolana, jęczeć jak zwykły śmiertelnik… Jednak nim nie był. Uśmiechnął się, odepchnął tylko przeciwnika, niemal z dziecinną łatwością na kilka metrów. Rana paskudnie krwawiła, nie mógł sobie na to więcej pozwolić… Zdążył wypić miksturę, przysłaną mu przez przyjaciela, by zasklepić ranę i już musiał przyjąć kolejny atak dzikusa. Tym razem był na to przygotowany, najpierw uniknął ciosu, a potem wywinął mieczem, jednocześnie odsuwając się od niebezpiecznej klingi orka, trafiając nieszczęśnika w przygłupią czaszkę. Coś zachlupotało, to był dźwięk miażdżonej kości Duraga. Po obu stronach głowy, po ramionach, popłynęły obfite strużki krwi. Czy to był jego koniec? Na pewno nie śmiał się poddać i naparł na Istavana z niemą furią, tym razem zadając szybsze ciosy jedną ręką, karwaszami na drugiej odbijał z trudem ciosy wampira. Kilka razy udało mu się trafić i zadał wampirowi obrażenia, tak iż nieumarły ledwie słaniał się na nogach. To była jego ostatnia szansa. –Giń orku…- Szepnął i znalazł w sobie siłę by ruszyć biegiem. Widział, że ork nie miał zbyt wiele siły, nie uda mu się odbić morderczego ciosu… -Szlag!- Wampir nie spodziewał się tego, co nastąpiło w tym momencie. Nie spodziewał się… Kopnięcia. But orka był tak silny, że Istavan stracił przytomność przytomność jeszcze w locie. Wystarczyło go dobić. Ork zaryczał tryumfalnie, po czym zniesiono go, okropnie zmęczonego, z areny. Wampirze truchło zniknęło natychmiast, natomiast jego wieżę zasiedliły królewskie gnoblary.
Natomiast wszystkim prawicowym purystom ideologicznym, co to rehabilitują nacjonalizm, moge powiedziec że odróżanianie nacjonalizmu od faszyzmu, przypomina poznawanie rodzajów gówna po zapachu;-)).
Coen obudził się dość późnym popołudniem, wszyscy szli oglądać walkę to poszedł z nimi. Wiedział, że musi przestać tyle pić ale jakoś nie miał ochoty. Jeszcze tylko dzisiaj pomyślał. W końcu to półmetek 1 rundy, niebywała okazja żeby się napić. A od jutra już tylko walki na pięści. No może od pojutrza..