Odrobina prywaty

Niekulawy język oraz zdjęcia mile widziane!

Moderator: RedScorpion

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
GrimgorIronhide
Masakrator
Posty: 2724
Lokalizacja: "Zad Trolla" Koszalin

Re: Odrobina prywaty

Post autor: GrimgorIronhide »

będziecie tak dalej próbować wycisnąć uparcie mleko z kamienia ?
O sekunda własnie się kończy...
A to już połowa kolejnej minuty...
Zaraz godzina upłynie Gniewko wrzucaj !
Klafuti pisze:To, że nie można liczyć na ustalenie kiedy dokładnie Gniewko coś dopisze jest oczywiste. Jak napisze, to napisze. Istotne jest w zasadzie tylko to, że pamięta (albo mu przypomniałem swego czasu pisząc w tym temacie), by dodać nowy odcinek.
pzdr

Awatar użytkownika
Barney
Mudżahedin
Posty: 246

Post autor: Barney »

GrimgorIronhide pisze:będziecie tak dalej próbować wycisnąć uparcie mleko z kamienia ?
O sekunda własnie się kończy...
A to już połowa kolejnej minuty...
Zaraz godzina upłynie Gniewko wrzucaj !

no nie wiem jak ci się miesiące w sekundy mijają to już mój drogi długo nie pożyjesz :roll:

sam nie jestem zwolennikiem zrzędzenia. ale fakt, że gniewko mówi będzie za tydzień a nie ma po miesiącu to trudno się dziwić że ktoś się niecierpliwi. nie wnikając w życie osobiste autora, może nie ma czasu, nie chce mu się albo cokolwiek. ale nie lepiej napisać po prostu będzie kiedy będzie , na razie nie mam czasu pisać dla was tych bzdurnych bajek , poczytajcie se hobbita . i ogólnie się ode mnie odj***cie. :wink:

pis jo

Awatar użytkownika
Wojtuś
Szef Wszystkich Szefów
Posty: 3726
Lokalizacja: The Gamblers Wrocław

Post autor: Wojtuś »

Tekst już jest przygotowany. Od jakichś trzech tygodni - Gniewko musi tylko go wrzucić, więc się nie martwcie. :)
https://idefly.eu - robimy koszulki, bluzy itd dla klubów!

Awatar użytkownika
Gniewko
Masakrator
Posty: 2319
Lokalizacja: czasem Bielitz, czasem Breslau

Post autor: Gniewko »

Kto czekał, ten się doczekał. Z pozdrowieniami dla dwóch ulubionych battlowców z Gdańska.



Dębowa belka z hukiem walnęła w skrzydło bramy i odbiła się, pozostawiając po sobie niewielkie wgniecenie. Kilku zbrojnych odciągnęło ją na linach w tył, po czym zwolniło. Odgłos kolejnego uderzenia utonął w zgiełku szalejącego pod murami starcia. Bretończycy parli do bram miasta, choć książę Roderyk nie miał nawet cienia złudzeń, że uzyska tym szturmem cokolwiek, poza rozeznaniem. Postanowił popróbować wroga i oszacować jego wolę walki, nim miał zdecydować o tym gdzie skierować główne uderzenie. Siedział na koniu otoczony panami niższej rangi i lustrował pole bitwy wzrokiem, co jakiś czas coś pomrukując pod nosem. Poranek dobrze się dla niego zaczął i miał nadzieję, że nie były to miłe złego początki.
Żołnierze pod bramą byli w zdecydowanie gorszym nastroju, dostając śniadanie po cesarsku: grad kamieni, bełtów i wrzątku, którym bezustannie raczyli ich obrońcy. Sierżant dowodzący drużyną przy taranie skulił się odruchowo, gdy jakiś odłamek uderzył go w hełm. Klnąc obficie wcisnął się głębiej pod zadaszenie, osłaniając sobie bok tarczą. Wokół niego chaos rósł z każdą chwilą. Drabiny strzelały w górę jedna za drugą, a tłum zbrojnych obłaził je niczym mrówki.
- Uderzać żwawiej! – ponaglił stękających przy taranie podkomendnych. – Rozbujajcie tego sękatego fiuta, niech zerżnie to miasto!
W górze zagrzechotały muszkiety i kilku atakujących spadło na zadeptane przedmurze jak gruszki. Z dołu łucznicy odpowiedzieli płonącymi strzałami, które jak rój os powpadały przez okna do domostw bezpośrednio przylegających do muru. Ogień szybko zaczął przeskakiwać z dachu na dach i kilka chwil później pół ulicy stało w płomieniach. Taran ponownie uderzył w okute deski wrót, rozszczepiając jedną z nich przy radosnym okrzyku szturmujących żołnierzy.
- Dalej, jeszcze raz! – ryknął sierżant, ale jego krzyk zupełnie zagłuszył wystrzał moździerza na jednej z bastei przy bramie. Pocisk ze świstem zatoczył w powietrzu ostry łuk i eksplodował w samym środku grupki zbrojnych zmierzających w stronę muru z kolejną drabiną. Potrzaskane kawałki drewna i fragmenty ciał pofrunęły na wszystkie strony razem z kawałami darni, a ci, którzy ocaleli, rozbiegli się bezładnie z wrzaskiem.
Z obozu w kierunku miasta wybiegł kolejny oddział żołnierzy, któremu przewodziło kilku spieszonych rycerzy. Co sił w nogach pokonali dystans dzielący ich od muru i bramy, wznosząc tarcze nad głowami. Jeden z rycerzy wbiegł pod zadaszenie tarana i ryknął:
- Który dowodzi?
Sierżant uniósł rękę z poszczerbionym kordem i znów wzdrygnął się, gdy jeden z wystrzelonych przez obrońców bełtów wbił mu się w pawęż. Kątem oka dostrzegł herb – dwa skrzyżowane srebrne szczupaki w błękitnym polu – i okrytą kilkudniowym rudawym zarostem twarz, noszącą ewidentne znamiona solidnego kaca po zeszłonocnej popijawie.
- Jestem… - krzyknął rycerz.
- Wiem kim jesteś, panie. Jesteś Lucas z L’Anguille, pocztowy księcia Leofrica. A teraz wleź głębiej pod dach.
- Co?!
- Pod dach. Głębiej. Panie, znaczy się. Bo wam dupę odstrzelą albo inny ważny organ. Z całym szacunkiem dla waszej dupy.
Jakby na potwierdzenie słów sierżanta, wokół Lucasa świsnęło kilka kul. Rycerz wepchnął się całkiem pod zadaszenie, wyrzucając na zewnątrz jednego ze zbrojnych.
- Co tak się z tym guzdrzecie? Są jakieś postępy? – spytał nerwowo, roztaczając wokół siebie charakterystyczną woń przetrawionego wina.
- Solidne wrota. Ale w końcu puszczą. Poza tym ci z góry nie ułatwiają nam roboty, a naszym coś kiepsko idzie zganianie ich z murów.
- Jesteście cipy, a nie wojsko – syknął Lucas. – Kramarze i krawcy dają wam odpór!
- Nie nam, tylko tym, co po drabinach lezą. Moi chłopcy robią swoje, panie – obruszył się sierżant, a na potwierdzenie jego słów taran zgruchotał kolejne deski w bramie.
- No to oby tak dalej – mruknął rycerz i krzyknął w stronę swoich zbrojnych:
- Młody! Młody, gdzie jesteś do cholery?! Już cię zdążyli ubić?
Z rojącego się pod murami tłumu dobiegła wykrzyczana falsetem odpowiedź:
- Tutaj! Na twoje nieszczęście nadal żyję!
Lucas dostrzegł machającą rękę z mieczem, a gdy tłum na moment się przerzedził, również złośliwy uśmiech i kpiące oczy wieńczące postać Charlesa de Petrie, uparcie przezywanego przez Lucasa „Młodym”, choć różnica między nimi wynosiła ledwo kilka lat.
- Twoja matka musiała się z osłem na rozumy pozamieniać, kiedy kazała mi cię niańczyć – warknął, podbiegając do Charlesa, który beztrosko stał w oku cyklonu, ignorując rój pocisków wokół siebie.
- Raczej dobrze wiedziała co robi, wszak ukochany kuzyn nie da mi zrobić krzywdy…
- Gdzie reszta twojego pocztu? – spytał Lucas, rzucając nerwowo wzrokiem na lewo i prawo.
- A bo ja wiem? Ten z malinowym nochalem…jak mu było…mniejsza z tym, niech będzie, że Malina, zapił wczoraj tak, że chyba do tej pory śpi. A Długi Charles gdzieś tu był jeszcze przed chwilą. Chociaż mając na względzie bystrość jego umysłu, równie dobrze może szturmować właśnie wychodek i być w pełni przekonanym, że to Altdorf.
- Litości… - wyjęczał Lucas. – Później sobie ich dorwę. A teraz na górę, mur sam się nie zdobędzie. I nie waż się ginąć!

Na szczycie muru chaos był równie wielki jak u jego podstawy. Żołnierze miejskiego garnizonu i uzbrojeni mieszczanie biegali we wszystkie strony jak mrówki. Kristoff Fischer usadowił się wygodnie w jednej z bastei i spokojnie przeładowywał kuszę. Miał stąd doskonały widok zarówno na przedmurze, jak i na samą koronę murów, jednocześnie będąc relatywnie bezpiecznym – basteja wystawała kilka metrów ponad głównym ciągiem fortyfikacji, a dostać się do niej można było jedynie krętymi schodkami wpuszczonymi w wąski kanał w murze, których bez problemu mógł bronić jeden żołnierz. Fischer założył bełt i wycelował przez strzelnicę. Szczęknęła cięciwa i kolejny z atakujących zwalił się z drabiny w błoto. Reiklandczyk uśmiechnął się, odnotowując w pamięci piąte trafienie. Popołudniowe ćwiczenia na podmiejskich łąkach w strzelaniu do czajek i kuropatw nie poszły na marne.
Za plecami coraz bardziej czuł żar stojącej w ogniu ulicy. Choć mieszczanie dwoili się i troili, żeby opanować pożar, płomienie trawiły dom za domem, a ciasna zabudowa utrudniała skuteczne gaszenie. Nagle blask pożogi zmienił barwę na zieloną, potem na fioletową, by ułamek chwili później stać się błękitny. Fischer odwrócił głowę i zobaczył, jak stojąca w ogniu apteka magistra Wiesenerotha strzela w niebo wstęgami płomieni o wszystkich kolorach tęczy. Zgromadzone w aptecznym składziku sole i ałuny barwiły ogień, co czyniło spektakl równie pięknym jak przerażającym.
„Gdyby tylko skierować ten ogień na wroga, przypalić te bretońskie dupska na kolorowo…” przemknęło mu przez myśl.
- Dlaczego czarodzieje nam nie pomogą? – rzucił do towarzyszących mu w bastei trzech innych obrońców.
- Nie opuszczą murów Akademii, o ile cesarz im nie rozkaże. Albo ktoś z cesarskim pełnomocnictwem – odparł jeden z nich, barczysty dryblas w wypłowiałym mundurze straży miejskiej. – A cesarza nikt od dawna nie widział. Do pałacu wciąż nikogo nie wpuszczają.
- Skąd wiesz?
- Mój brat jest klerykiem w świątyni Vereny. Usłyszał jak arcykapłan rozmawiał na ten temat z jednym z urzędników z ratusza.
- W takim razie możemy liczyć tylko na siebie? – spytał Kristoff.
- Albo na cud – odparł dryblas i wypalił z muszkietu w stronę wroga.


Lucas poczuł uderzenie w bok hełmu w monecie, gdy przeskakiwał przez blanki. Metaliczny brzęk rozległ się w jego skacowanej głowie ze zdwojoną siłą. Odruchowo machnął mieczem na bok, jakby opędzał się od natrętnej osy, ale przeciwnik uskoczył i ostrze zgrzytnęło jedynie po kamieniach.
- Zabij go, albo przynajmniej się posuń – zabrzmiał z dołu zniecierpliwiony głos Młodego. Lucas zrobił pół kroku na bok, nie wychodząc z obronnej postawy, i szybkim spojrzeniem ocenił sytuację na najbliższym odcinku muru. Po lewej dwóch artylerzystów obsługujących moździerz mocowało się z dwoma zbrojnymi. Jeden z kanonierów wywinął właśnie młynka wyciorem do lufy osadzonym na długim trzonku, zmiatając Bretończyka na uliczny bruk. Z prawej sytuacja wyglądała korzystniej – ostatniego z obrońców dobijał właśnie ciosami długiego noża jakiś piechur. Młody zeskoczył z drabiny, zlustrował pobojowisko i mruknął:
- Ładnie. Co teraz?
- Tam – Lucas wskazał mieczem na drewnianą hurdycję, prowadzącą do wieży bramnej.
- Proste – odparł de Petrie. Nagle z wieży wysypała się grupa cesarskich żołnierzy i z wrzaskiem ruszyła w stronę obu rycerzy.
- Albo i nie – dodał Lucas, zrywając się do biegu.


Fischer rozsupływał właśnie kolejny pęczek bełtów, które zmagazynowano w bastei, gdy do jego nosa dotarł apetyczny zapach, zupełnie nieprzystający do wszechobecnej woni spalenizny i prochu. Reiklandczyk pomyślał, że płonie jakaś piekarnia albo skład ze zbożem. Rzeczywistość jednak zupełnie przerosła jego przypuszczenia.
Nagle bowiem zza załomu muru przy wejściu wyłoniła się Frau Gessler, taszcząc ze sobą brązową brytfannę, na której parowała sterta kaszy z mnóstwem słoninowych skwarków. Tuż za nią dreptał kuchcik z kociołkiem pełnym gulaszu i naręczem glinianych misek, za nim zaś do bastei wgramolił się na przemian sapiący i przeklinający oficer.
- Przyniosłam wam obiad – zaszczebiotała, odgarniając z czoła złociste loczki. – Ufff, ale tu u was wysoko.
- Ile razy mam się drzeć, do kurwy nędzy?! Ogłuchłaś babo? Na mur mają wstęp tylko zbrojni albo sanitariusze. Do wieży bramnej tym bardziej! A ty…
- A ja jak najbardziej jestem sanitariuszką w tym momencie. Niosę ulgę dla trawionych głodem kiszek. Niech pan wraca do dowodzenia obroną, czy co tam pan ma do roboty.
- To bardzo miło z pani strony, ale nie bardzo mamy teraz czas jeść… - rzucił jeden z żołnierzy.
- Och, ależ to nic – zaćwierkała Frau Gessler. – Po prostu zostawimy to tutaj i zjecie w wolnej chwili.
Następnie wzięła kociołek z gulaszem i postawiła go na koksowniku, gdzie tliły się węgle do odpalania lontów.
- Tutaj nie wystygnie. Zaś co do kaszy…
- Nieee, nie wytrzymam, dość tego! – ryknął oficer i złapał za brytfankę. – Won stąd, ty spasły pulpecie!
Frau Gessler chwyciła za metalowe naczynie z drugiej strony i syknęła:
- Po moim trupie!
Oboje zaczęli szarpać się zawzięcie, zataczając kółka po całej bastei i rozsypując kaszę gdzie popadnie. Nagle oficer wypuścił brytfankę z rąk – palce ześlizgnęły się z pokrytej tłuszczem blachy, a Frau Gessler fiknęła do tyłu, z głośnym plaśnięciem uderzając tyłkiem o posadzkę. Wypełnione już tylko do połowy kaszą naczynie wystrzeliło w powietrze jak z katapulty i zgrabnym łukiem poleciało za blanki bastei.


Lucas zwarł się z pierwszym z nadbiegających obrońców. Szybkim ruchem odbił nadchodzący cios i wyprowadził kontrujące cięcie przez pierś przeciwnika. Ostrze gładko przecięło tkaninę i ciało, a biały reiklandzki mundur błyskawicznie spąsowiał od krwi. Bretończyk odtrącił kopniakiem padającego żołnierza. Tuż obok Młody zebrał na tarczę cios halabardy. Ciężkie ostrze rozłupało kryte pergaminem deski. De Petrie odrzucił bezużyteczne odłamki i odskoczył przed kolejnym zamaszystym ciosem. Broń wroga minęła go o cal i uderzyła o kamienie pod nogami, krzesząc kilka iskier. Nim przeciwnik zdołał unieść halabardę z powrotem, Młody opuścił opancerzoną nogę na drzewce, ułamując je tuż przy żeleźcu. Reiklandczyk cofnął się odruchowo, wpadając na stojącego za nim towarzysza. Miecz Charlesa przeorał mu twarz, odrąbując niemal pół czaszki.
- Dobrzeee! – ryknął Lucas, przepuszczając do walki z cesarskimi kilku stojących za nim zbrojnych.
- Już się wyręczasz kmieciami? – zaśmiał się Młody, widząc jak jego towarzysz ciężko łapie oddech.
- Ech, było tyle nie pić wczoraj na biesiadzie. W skroniach mi pulsuje jakbym nurkował w…
Końcówka wypowiedzi Lucasa zniknęła w głośnym ‘mlask!’, kiedy wielka bryła kaszy niespodziewanie osiadła na jego hełmie i naramiennikach. Tuż obok wylądowała z łomotem osmolona od spodu brytfanka z brązu. Młody w osłupieniu opuścił miecz i patrzał, jak pozlepiane stygnącym tłuszczem grudki spływały po herbowej szacie, kolczym czepcu i polerowanych blachach zbroi. W końcu wybuchł tak histerycznym śmiechem, że graniczył on z drgawkami. Ledwo łapiąc oddech spojrzał ponownie na Lucasa i wyrzęził:
- Jaglany Rycerz…..herbu Micha Kaszy….na cycki Pani, nikt mi nie uwierzy!
- Jęzor ci utnę, jak komukolwiek piśniesz choć słowem – warknął Lucas, starając się zachować godność, co z trzęsącymi się w brodzie kawałkami słoniny było karkołomnym zadaniem.
- Ucinaj, ucinaj. Co widziałem, to moje – odparł de Petrie i znów zaczął rechotać, patrząc jak jego towarzysz usiłuje strząsnąć z siebie resztki niecodziennego pocisku.
- Jak matkę kocham, jeśli oni cię nie zabiją, to ja to zrobię. Gołymi rękami!
- Utopisz mnie w kaszy? Najpierw niech oni spróbują, Panie Jaglany! – zawołał z uśmiechem Młody i ponownie skierował się w stronę wroga.
Lepiej doma iść za pługiem, niż na wojnie szlakiem długiem.

Awatar użytkownika
Klafuti
Szef Wszystkich Szefów
Posty: 3445
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: Klafuti »

Obrazek
Obrazek
"Głos opinii publicznej nie jest substytutem myślenia."
~Warren E. Buffett

Awatar użytkownika
GrimgorIronhide
Masakrator
Posty: 2724
Lokalizacja: "Zad Trolla" Koszalin

Post autor: GrimgorIronhide »

He he. Jagal z L'anguille i Mlody. Jak wydasz wreszcie te ksiazke to cala spolecznosc Battla bedzie slawna ! I jakby mieli zrobic z tego serial obsada gotowa ;)

Awatar użytkownika
Jagal
Niszczyciel Światów
Posty: 4288
Lokalizacja: Gdańsk SNOT

Post autor: Jagal »

Dwa szczupaki w herbie :D? Skąd wytrzasnąłeś akurat 2 szczupaki :)? A opowiadanko, jak zwykle zacne i jak zwykle : MOAAAAAAAR!

;)
Kupię bretońskie modele z 5tej edycji:
Metalowi quesci,
French Games Day Knight 'L'Hermite De Malemont' !! ,
4ed rycerze na piechotę.


Snot Fanpage <<--- , klikać! ;)

Awatar użytkownika
Gniewko
Masakrator
Posty: 2319
Lokalizacja: czasem Bielitz, czasem Breslau

Post autor: Gniewko »

Jakiś herb musiałem wymyślić :P Możesz podać własny, to zmienię.
Lepiej doma iść za pługiem, niż na wojnie szlakiem długiem.

Awatar użytkownika
Andrew
Masakrator
Posty: 2193
Lokalizacja: XIII Kohorta Bydgoszcz

Post autor: Andrew »

zacny kawałek
"Pogrożę mu tylko palcem" - rzekł Thorin, kładąc go na cynglu handgun'a
"Przybyłem...Zobaczyłem...Zapaliłem" - Thorin, na skraju Athel Loren

Awatar użytkownika
Matis
Szef Wszystkich Szefów
Posty: 3633
Lokalizacja: Puławy/Wrocław

Post autor: Matis »

Zacny kawałek tekstu, niestety jest go jak zwykle za mało. =D> =D>
M&M Factory - Up. 14.01.2017 Ostatnia trójka pegazów

Awatar użytkownika
Geralt
Wałkarz
Posty: 69

Post autor: Geralt »

Gniewko, ponad rok minął. Jest szansa na kolejne kawałki? :D :D :D :D
dzikki' pisze:Miękkie siusiaki padają pod krytyką a srogie penisy prą do przodu ;]
mistrz :D

Awatar użytkownika
Gniewko
Masakrator
Posty: 2319
Lokalizacja: czasem Bielitz, czasem Breslau

Post autor: Gniewko »

Powiem szczerze - jest. Nastały wakacje, byłem na pierwszej w sezonie imprezie rekonstrukcyjnej i mam dużo wolnego czasu, a we łbie klimatyczny koktajl. Na pewno coś będzie.
Lepiej doma iść za pługiem, niż na wojnie szlakiem długiem.

Awatar użytkownika
Geralt
Wałkarz
Posty: 69

Post autor: Geralt »

toż to najszczęśliwsza rzecz dla mnie od wyjścia trailera do Wiedźmina 3 :D :D :D :D :D
dzikki' pisze:Miękkie siusiaki padają pod krytyką a srogie penisy prą do przodu ;]
mistrz :D

Awatar użytkownika
Szczwaniak
Chuck Norris
Posty: 435
Lokalizacja: Legion Kraków

Post autor: Szczwaniak »

+1 do inteligencji za czytanie ze zrozumieniem i zerkaniem na daty :D gapa ze mnie a z komputra szajs. Ave ja =D>
Kiedyś cierpieliśmy z powodu plag społecznych, dziś cierpimy z powodu lekarstw na nie. - Friedrich August von Hayek

Awatar użytkownika
Geralt
Wałkarz
Posty: 69

Post autor: Geralt »

skoro zbliżają się 4 lata od wypuszczenia pierwszego kawałka tekstu, to może będzie coś na rocznicę? :)
dzikki' pisze:Miękkie siusiaki padają pod krytyką a srogie penisy prą do przodu ;]
mistrz :D

Awatar użytkownika
Gniewko
Masakrator
Posty: 2319
Lokalizacja: czasem Bielitz, czasem Breslau

Post autor: Gniewko »

Tratataaaa! Spodziewał się ktokolwiek? Ha? No to macie, pozdro dla Jagala, który nigdy nie stracił nadziei :) <3


- Nie może być. Jeszcze trochę i zdobędziemy miasto z marszu! - zawołał Vincent de Beauchamps, jeden z pocztowych księcia, nie odwracając wzroku od wznoszących się o jakieś dwieście metrów dalej murów Altdorfu.
Nad miastem przybywało kolumn dymu w miarę jak pożar pochłaniał kolejne budynki. W ogniu stało już kilka ulic, a desperackie wysiłki mieszczan walczących z ogniem niweczył silny wiatr, który podsycał płomienie i kierował je w stronę centrum metropolii.
Roderyk zmarszczył tylko brwi i mruknął coś niezrozumiale pod nosem. Nagle jego brwi uniosły się w jednakim stopniu ze zdziwienia i podziwu. Na jednej z bastei przylegających do Bramy Końskiej załopotała chorągiew w czarno-białą szachownicę, znak jednego z jego wasali i podległych mu zbrojnych. Czytelny sygnał, że fragment wrogich fortyfikacji właśnie upadł. W przypadku mniejszego miasta lub granicznego zamku już byłoby po bitwie - spanikowani obrońcy porzuciliby daremny opór, widząc, że wróg przedarł się do twierdzy. Altdorf był jednak wielkim miastem, a jego centralną część wciąż otaczał drugi, o wiele bardziej wiekowy pierścień fortyfikacji. Był on reliktem czasów, gdy to Nuln dzierżyło w Imperium palmę pierwszeństwa, a Altdorf był jedynie stołecznym miastem jednego z landów. I choć stare mury od lat nie były naprawiane, to nadal stanowiły solidną, zdatną do obrony barierę i wystarczyłoby zatrzasnąć pięć bram wiodących do śródmieścia, by oblężenie wróciło do punktu wyjścia.

Roderyka szczerze martwiły te błyskawiczne postępy. Jego wojska przetoczyły się jak lawina po terytorium cesarstwa, staczając ledwo jedną poważną bitwę przed oblężeniem stolicy. Gdyby nie kaprysy wiosennej aury, stanąłby obozem pod miastem o tydzień wcześniej. Najpotężniejsze państwo na kontynencie broniło się przed nim jak przytułek dla obłąkanych - czasem ktoś pokrzyczał, czasem rzucił kamieniem, czasem skoczył z pazurami do oczu. Opór był pozbawiony koordynacji i sensu. Jednostki walczyły, ale brak im było zorganizowania, tak, jakby cała centralna władza przestała istnieć albo udawała, że nic się nie dzieje.
Książę walczył z załogami zamków, strażami miejskimi, dowódcami pozbieranych przypadkowo do kupy regimentów i pogodą, ale nie z Imperium. Nie z państwem prochu, stali i wiary, które odnosiło wielkie zwycięstwa nad hordami barbarzyńców z północy i swą pancerną pięścią ścierało na pył całe plemiona orków. Absurdalna łatwość tej kampanii nie dawała mu spać, a wojenne doświadczenie bezustannie szeptało mu, że wchodzi lwu w paszczę. Tożsamość owego lwa była jednak dla niego wciąż tajemnicą.

- Niech się pan zbytnio nie łudzi, panie Beauchamps - odparł po chwili, również nie odrywając oczu od bitewnego spektaklu. - To miasto wytrzymało szturmy Azagha Rzeźnika i Włada von Carsteina. Wywerny, drakolicze i trolle nie dały rady tym murom, a panu się marzy, by zrobili to nasi chłopi. Na moje oko....
Książę urwał zdanie w połowie i nagle skulił się w siodle tak mocno, jak tylko pozwalała mu na to zbroja.

- Wasza miłość! - wykrzyknął Beauchamps i doskoczył do księcia pewien, że jego suwerena ugodziła kula z muszkietu albo bełt.
Roderyk wyrzęził jedynie przez zęby „kamień!” i osunął się z grzbietu wierzchowca w nadstawione ramiona przybocznych. Nigdzie nie było jednak widać ani śladu krwi lub uderzenia jakimkolwiek pociskiem.
- Panie, gdzie was ugodzono? - spytał nerwowo jeden z rycerzy.
- Nigdzie...kamień w nerkach... - wychrypiał Roderyk, a łzy pociekły mu strumieniem po twarzy. - Zabierzcie mnie stąd i wołajcie po Służkę Pani.
- A szturm, wasza miłość? - spytał Beauchamps.
- Pan chwilowo dowodzi. Przeć dalej wgłąb miasta, skoro dobrze idzie. Jeśli traficie na silny opór, wycofać się do obozu.
- Wedle życzenia waszej miłości - odparł Beauchamps i odprowadził wzrokiem swojego seniora wspartego na dwóch zbrojnych. Skrzywił się widząc, jak książę moczy nogawice z bólu i pomyślał, że kolki nerkowej nie życzyłby nawet największemu wrogowi. Sam cieszył się względnie dobrym zdrowiem, choć jego dwóch starszych braci kilka lat wcześniej szalejąca na południu kraju ospa wysłała na tamten świat. Zaraza trawiła wtedy ludność przez kilka tygodni, jednako ścinając biedotę i szlachetnie urodzonych. Nigdy w życiu bardziej się nie bał, niż wtedy. Przed napaścią można było się bronić, pożar ugasić, na nieurodzaj czy suszę naszykować zapasy, ale jak zatrzymać niewidzialny, bezcielesny mór, który skakał z człowieka na człowieka wedle uznania? Gdy do wyboru była wojna lub choroba, Beauchamps nie miał żadnych wątpliwości. Tyle, że jedno nieszczęście zawsze szło ramię w ramię z pozostałymi. Wojna, zaraza i głód lubiły swoje towarzystwo i nigdy nie rozstawały się na długo.

Beauchamps odwrócił się z powrotem w stronę miasta i wsłuchał w bitewny zgiełk. Z daleka starcie wyglądało pięknie. Było jak wielkie przedstawienie z monumentalnymi dekoracjami i mnóstwem efektownych detali. Huki, błyski, setki aktorów i tancerzy, snopy iskier i furkoczące płaty tkanin. Wszystko drogie, wystawne i kiczowate jak elfie dożynki.
„Dożynki to chłopska rzecz” pomyślał, nie mając najmniejszej ochoty na skracanie bezpiecznego dystansu, jaki dzielił go od murów miasta i lecących z nich gradem pocisków. Straceńcy pokroju Lucasa z L’Anguille mogli sobie do woli szukać sławy na murach i ginąć z przestrzelonymi łbami albo skręconym karkiem po upadku z blanków. Na co martwemu sława? Dla Beauchampsa ideałem rycerskości było umiejętne cieszenie się owocami zwycięstwa bez utraty życia i zdrowia, a to osiągało się przez umiejętne dowodzenie niższymi od siebie. To wodzom nakładało się na skronie zwycięskie laury, nie rzeszy bezimiennych mrówek, które wódz posyła w bój. Naturalnie w dobrym tonie było cały wodzowski splendor okrasić kilkoma powalonymi w pojedynkach przeciwnikami, możliwie o równie wysokim statusie. „Co to, to nie, naturalnie, pofechtować z wrogiem ku pokrzepieniu podwładnych zawsze można” gęgał do siebie w myślach, sam siebie okłamując co do własnych umiejętności szermierczych, choć ostrze jego miecza nie opuściło pochwy nawet raz od początku wojny. No bo i po co, skoro ma tysiące mrówek do żądlenia wroga?


********************


Lucas znów zwarł się w bezsensownym klinczu z cesarskim żołnierzem, zataczając się po niebezpiecznie wąskiej koronie murów. Czuł, że imacz od tarczy ledwo się trzymał na swoim miejscu, prawdopodobnie naddarty jakimś źle zablokowanym ciosem albo uderzeniem o kant blanków. Młody do spółki z kilkoma zbrojnymi zdołał opanować przestrzeń za nim, więc jego plecom na razie nic nie groziło. Dostępu do bastei przy bramie nadal jednak broniło trzech żołnierzy, a przejścia wystarczało na jedną osobę. Szamotał się więc w uścisku z przeciwnikiem, czując jak pozostali dwaj starają się partyzanami zadawać mu ciosy. Bili jednak słabo i nieskładnie, nie chcąc przypadkowo trafić swojego kolegi. Ostrza zgrzytały po blachach zbroi i dzwoniły po hełmie, a Lucas modlił się w duchu, żeby w całym zamieszaniu żaden z wrogów nie znalazł dość miejsca i siły, żeby wbić mu grot pod pachę albo w okolice szyi, gdzie chroniła go tylko kolczuga.
Czując, że z bezsensownej szamotaniny nic dobrego nie wyniknie, Bretończyk postanowił ruszyć głową. Dosłownie. Landsknecht walnięty z dyni prosto w twarz stalową skorupą basinetu stęknął cicho i osunął się na ziemię nieprzytomny z rozwalonym czołem. Lucas z rozpędu ciął szeroko po skosie robiąc wypad do przodu i przeorał kolejnego przeciwnika czubkiem miecza po żebrach i brzuchu. Tamten padając podciął koledze nogi i ostatni z obrońców z wrzaskiem spadł na ulicę poniżej muru. Dostępu do bastei broniły teraz już tylko zawarte na głucho grube drzwi.
- Ładnie - skwitował lakonicznie Młody i naparł z całej siły na drewnianą zaporę, która nie drgnęła nawet o milimetr. - I co teraz?
- Pewnie są od drugiej strony zastawione sztabą albo belką wpuszczoną w kanał w murze. Łatwiej rozkuć ścianę niż je wyważyć.
- W takim razie nic tu po nas. Chodźmy w drugą stronę, do najbliższego zejścia z murów do miasta.
Lucas wychylił się nieco za blanki i spojrzał w stronę bramy, pod którą załoga tarana bez ustanku biła okutą belką w coraz bardziej pokiereszowane wierzeje.

- Musimy się tam dostać. Wrota zaraz puszczą, a za nimi na pewno jest jeszcze brona. Jeśli jej nie podniesiemy, to z tamci na dole będą mogli co najwyżej pomachać fiutami w stronę obrońców i wrócić do obozu.
- Obrońca ugnojonych wszarzy się znalazł... - warknął Młody. - Jak niby chcesz tam wleźć? Od góry nie da rady, za wysoko.
- Normalnie, przez drzwi - odparł Lucas, podbiegając do stojącego nieco dalej na murach moździerza. - Nie stój tak, tylko mi pomóż! Baryłka prochu pod drzwi i po krzyku.
- Tu nie ma żadnych pierdolonych baryłek prochu!
- Przecież jakoś muszą nabijać te działa - wystękał Lucas, a jego twarz była czerwona w równym stopniu z wysiłku, co ze złości.
- Mam! To te pakunki! - zawołał Młody, rozsupłując jeden z kilkunastu płóciennych woreczków ułożonych w drewnianej skrzyni stojącej w dość sporej odległości od samego moździerza.
- Myślisz, że jeden wystarczy? Nie mam pojęcia ile tego używają.
- Dajmy jeden na próbę, jak coś mamy zapas, nie? - w oczach Młodego zabłysnął płomyk szaleństwa.

Podłożony pod drzwi pakiet z prochem wyglądał na idiotycznie maleńki w porównaniu z dębowymi dylami, które miał rozsadzić. Bretończycy wiedzieli jednak jaką mocą dysponuje ów niepozorny, czarny proszek i przezornie oddalili się niemal pod sąsiednią basztę.
- I co teraz? Jak to stąd odpalimy? - spytał Młody, gdy obaj kucali już w ukryciu, mając przed sobą dwóch zbrojnych z wielkimi pawężami, którzy trzęśli się jak osiki.
- Nie wiem - syknął Lucas. - Zdałby się teraz łucznik z zapaloną strzałą.
- Oni nie mają łuczników przy każdym jebanym dziale!
- To łap żagiew i zapierdalaj tam odpalić to sam!

Młody, tylko jakby na to czekając, wstał i dziarskim krokiem ruszył w stronę drzwi bastei, zabierając po drodze kopcącą lontownicę, która stała przy moździerzu. Lucas przygryzł dolną wargę z nerwów, widząc jak jego gorącogłowy krewny nonszalancko kładzie pręt z żarzącym się lontem na pakiecie, odwraca się i rusza spokojnie w stronę swoich.
- Szybciej, barani łbie! Albo wrócisz do domu w częściach!
- Spokojnie, lont musi przepalić worek, a to chwilę...

Głos Młodego utonął w eksplozji, która rzuciła go prosto na pawęże i skulonych za nimi zbrojnych. Boczna ściana bastei wraz z drzwiami zniknęły na moment w fontannie ognia i iskier, nad którą w niebo pomknęła pęczniejąca chmura gęstego dymu.

- Litości... - jęknął Lucas, powoli gramoląc się z ziemi razem z innymi, po czym rzucił okiem w stronę bastei. Drzwi nadal tkwiły tam gdzie wcześniej, jedynie solidnie osmalone eksplozją, podobnie jak spora część murów wokół.

- Trzeba dać tego tam więcej, tak ze trzy razy - stwierdził Młody tonem wytrawnego znawcy.
- Zaraz ty dostaniesz trzy razy po gębie - odparł Lucas i zawołał w stronę zbrojnych:
- Ustawcie ten moździerz lufą w stronę drzwi.

********************


Fischer wyczuł, że pora się ulotnić. Przeczucie zawsze uprzedzało go o zbliżających się kłopotach i nigdy nie zawodziło. Potrafił ulatniać się z łóżek niewiast chwilę przed tym, jak ich mężowie wracali do domu. Umiał tylnymi drzwiami opuścić karczmę na moment przed ogromną burdą. Raz nawet coś kazało mu przejść nagle na drugą stronę ulicy, a ułamek chwili później w miejsce gdzie stał wcześniej walnął spadający z okapu dachu olbrzymi sopel. Wszyscy mówili, że Kristoff Fischer ma niebywałego farta, ale on wiedział, że to było coś zupełnie innego. Jakaś niezwykła umiejętność instynktownego przewidzenia najbliższej przyszłości i uniknięcia jej potencjalnie przykrych skutków.
Również tym razem, gdy pozornie bezpieczną basteją wstrząsnęła eksplozja, wiedział, że drugiej szansy nie będzie. Pospiesznie wystrzelił z kuszy kolejny bełt, wcisnął garść zapasowych pocisków do kołczana przy pasie i przerzucił przez ramię torbę, w której trzymał osobiste drobiazgi - prowiant, fajkę i woreczek z zielonym tytoniem, zwój papieru, rysiki i notatnik zrobiony z powiązanych ze sobą kilku woskowych tabliczek, na których pisało się stalowym rylcem.
Wysoki, barczysty żołnierz, który razem z nim bronił bastei, rzucił okiem w jego stronę, ubijając w lufie muszkietu kolejny ładunek.
- A ty dokąd? - spytał.
- Słyszałeś jak jebnęło pod drzwiami? Mur padł z tamtej strony i teraz pewnie chcą dostać się tutaj. Trzeba wiać - odparł Fischer, mocując na plecach kuszę przy pomocy szerokiego pasa.
- I co? Teraz nagle mamy wszystko rzucić i spierdalać na rynek? Bo raz jebnęło pod drzwiami? - żołnierz parsknął drwiąco, unosząc broń do kolejnego strzału.
- Tja, nie inaczej. Jak chcesz, to tu siedź, ja spadam.

Fischer wychylił się przez niewielkie okienko w tylnej części bastei i zwinnie jak kot zeskoczył na gzyms tuż ponad otworem bramy. Żołnierzowi, który został w środku, mignęła tylko przy parapecie płowa czupryna.
- Wracaj tu, gnoju! - zawołał, ale w odpowiedzi usłyszał tylko, jak buty Fischera uderzają o bruk ulicy.
Sekundę później basteją ponownie zatrzęsło, a do pomieszczenia buchnęła chmura pyłu i odłamków, gdy moździerzowa kula rozerwała drzwi na strzępy. Żołnierz skurczył się w sobie odruchowo i zmrużył oczy, jednocześnie kierując świeżo nabity muszkiet w stronę wylotu schodów. Pierwszemu zbrojnemu, który wpadł do pomieszczenia przestrzelił pierś i kopniakiem zepchnął ciało w dół. Usłyszał jak ktoś klnie soczyście w obcym języku i chwycił w dłoń kord. Po schodach wbiegł ciężkozbrojny rycerz, osłonięty dodatkowo tarczą. Żołnierz cofnął się wgłąb pomieszczenia, nie spuszczając z oczu przeciwnika. Dostrzegł jak za jego plecami po schodach wgramoliło się dwóch kolejnych Bretończyków. Rycerz wycelował w niego sztychem miecza i rzucił jakimś słowem, które najpewniej było wezwaniem do poddania się. Kord z brzękiem uderzył o kamienną posadzkę.





Na ulicy pod Bramą Końską wrzało jak w ulu. Fischer dostrzegł przez kratownicę brony jak zewnętrzne skrzydła bramy coraz bardziej uginają się pod uderzeniami tarana, a przez szczeliny w potrzaskanych deskach w cień sklepionego przejazdu wdziera się coraz więcej smug światła.
Od centrum nadbiegał właśnie spory oddział straży miejskiej. Strażnicy błyskawicznie przebyli ostatnie metry, kurczowo trzymając się prawej strony ulicy i starając się ominąć gorąc, jaki bił od pożaru szalejącego w przeciwległych domach. Dowodzący oddziałem sierżant podbiegł do Fischera, stojącego nonszalancko na środku skrzyżowania i spytał zdyszany:
- Jak sytuacja? Ponoć szturm idzie też od strony Pechringu i Bramy Smolnej, ale tam się trzymają bez większych problemów.
- No to tutaj mamy większe problemy... - odparł Fischer, nie odwracając wzroku od brony, która nagle drgnęła i ze zgrzytem zaczęła powoli wędrować w górę, odblokowując przejście. - Lepiej zatarasujcie jakoś ulicę i wylot bramy, bo inaczej ci zza muru zjedzą dziś kolację w ratuszu.

Strażnicy czym prędzej wtoczyli w przejście pod wieżą bramną stojący nieopodal drabiniasty wóz, uzupełniając prowizoryczną barykadę beczkami, koszami i czym tylko się dało. Moment później ostatnia z zapór w bramie pękła i wrota rozwarły się z hukiem, wpuszczając do miasta chłodny powiew i strumień wrogiego wojska.


**************


- Jazda, ruszajcie się! Wszyscy na dół! - zawołał Lucas w stronę pozostałych Bretończyków, jednocześnie blokując kołowrót podnoszący bronę. Przez otwory strzelnicze w podłodze widzieli, jak tłum zbrojnych wbiega w budynek bramy i szturmuje naprędce skonstruowaną przez obrońców barykadę. Zgiełk, szczęk metalu i wrzaski rozbrzmiewały w kamiennej bastei jak w studni. Młody wybiegł na schody jako pierwszy i niemal stoczył się po wyślizganych kamiennych stopniach na sam dół, po czym wypadł przez wąskie przejście w murze prosto na ulicę biegnącą wzdłuż muru. Z lewej dostrzegł kilku mieszczan, umykających wraz z dobytkiem z płonącego domu, z prawej sporą grupę strażników miejskich broniących barykady. Nad ich głowami, na stercie skrzyń i pakunków przy jednym z budynków, stał młody chłopak w napierśniku narzuconym na cywilne ubranie, który w błyskawicznym tempie przeładowywał raz za razem kuszę i bezbłędnie strącał każdego atakującego, który zdołał się wspiąć na barykadę albo przedrzeć przez broniących ją strażników.

Tuż za Młodym z bastei wybiegł Lucas i jeden lekkozbrojny kmieć. Kusznik dostrzegł ich kątem oka i skierował broń w ich stronę. Gdy szczęknęła cięciwa, Młody zdołał jedynie zrobić krok w tył i wpaść razem z Lucasem z powrotem do klatki schodowej, a bełt odbił się od bruku pod ich nogami i z furkotem odleciał na bok.
- Kutas umie strzelać... - syknął Młody, wychylając zza węgła jedno oko. Sterta skrzyń okazał się jednak pusta, a strzelec znikał właśnie za zakrętem.
- Idziemy, droga wolna.

Dwudziestka strażników miejskich pomimo najszczerszych chęci nie była w stanie już dłużej bronić prowizorycznej bariery - połowa broczyła z ran, kilku leżało płasko na ulicy albo skulonych pod wozem. Atakujący zbrojni cofnęli się na chwilę wgłąb bramy, a na barykadę poleciały żagwie i gliniane garnki z oliwą i smołą. Wiklina i drewno zajęły się błyskawicznie, a resztka obrońców puściła się pędem w stronę centrum miasta. Lucas i Młody doskoczyli do strzelającego jęzorami ognia wozu i złapali za wystający dyszel, ciągnąc ile sił. Wóz odtoczył się częściowo w bok, a bretońskie wojsko z tryumfalnym wrzaskiem runęło wgłąb miasta.
Lepiej doma iść za pługiem, niż na wojnie szlakiem długiem.

Awatar użytkownika
Dziad
Chuck Norris
Posty: 662
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: Dziad »

Najwybitniejszy mistrz pióra ( klawiatury ? ) BP i probretońska propaganda powraca ! A tak na poważnie to nie sądziłem że jeszcze powrócisz do tej historii.

Awatar użytkownika
Gniewko
Masakrator
Posty: 2319
Lokalizacja: czasem Bielitz, czasem Breslau

Post autor: Gniewko »

Nobody expects the Bretonnian Inquisition! :D
Lepiej doma iść za pługiem, niż na wojnie szlakiem długiem.

Awatar użytkownika
Matis
Szef Wszystkich Szefów
Posty: 3633
Lokalizacja: Puławy/Wrocław

Post autor: Matis »

No przeczytałem i nie zawiodłem się. Chcemy jeszcze! :twisted:
M&M Factory - Up. 14.01.2017 Ostatnia trójka pegazów

Awatar użytkownika
GrimgorIronhide
Masakrator
Posty: 2724
Lokalizacja: "Zad Trolla" Koszalin

Post autor: GrimgorIronhide »

Aw yiss, nastał ten dzień. :) Może by zmienić nazwę wątku na Przygody Jagala i Młodego ?

ODPOWIEDZ