pytanie, czy następnym razem mój hero którym podejzewam bedzie to imperialny enginner bedzie miec jako bron podstawowom HLR albo rep handgun lub granatnik oraz jako dodatek pigeon bombsy??
PS: A kto zamnie się pomodli ku chwale sigmara co ??
Ostatnio zmieniony 26 lis 2007, o 18:15 przez tedzio, łącznie zmieniany 1 raz.
Elf znów przez chwilę poczuł, że zaklęcie którym jest zniewolony traci na intensywności... Mimo bólu od uderzeń, mimo krwi w ustach, czuł że przez chwilę znowu był wolny.
Teraz musi to wykorzystać do ucieczki. Czarnoksiężnik musi uwolnić go z zaklecia, by jego reakcje na arenie były szybsze. By mógł wygrać... Wszak nagroda jest niebagatelna a i prestiż dla właściciela zwycięskiego gladiatora niemały.
Tak... być może uda się wykorzystać chwilę nieuwagi i uciec... wszystko wymaga odpowiedniej koordynacji.
I szczęścia...
Jakub słodko sobie drzemał pijackim snem w mesie areny po uraczeniu się gorzałką z Norski gdy sierżant Shmidt brutalnie wyrwał go z drzemki gdzie rozkoszował się towarzystwem pięknych pań i wspaniałego wina Tileańskiego. Problem z przebudzeniami polega na tym, że niektórym trudno się pogodzić z nagłym przebudzeniem. Taką osobą był Jakub toteż sierżant Shmidt znalazł się na podłodze podczas gdy rozwścieczony Jakub walił jego głową o podłogę. Chwilę zajęło mu zrozumienie że to właśnie Shmidt a nie paskudny demon co porwał go do domeny chaosy i zesłał ból głowy pod koniec pięknego snu. Shmidt z ulgą powitał koniec bijatyki.
-Pa..panie Jakubie ja proszę nie bić.
-Hy? –spytał Jakub zionąc gorzałą od której się skręciły wąsy Shmidta po czym puścił nieszczęsnego sierżanta- a co ja z tobą robię na podłodze?
-Tylko chciałem powiedzieć że już czas na twoją walkę…
-Dobra dobra już idę. Tylko łyknę-tu czknął- dla kurażu!
Shmidt powstał. Incydent wywołał powszechne rozbawienie w mesie, no może poza główną ofiarą czyli sierżantem i sprawcą który najwyraźniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Zawstydzony sierżant wyszedł czem prędzej choć z mesy jeszcze kilka minut wybuchały salwy śmiechu. Jakub tymczasem po wypiciu kielicha nieco chwiejnym krokiem powędrował na arenę.
Hobgoblin zbłądził. Zamiast podziemnego przejścia na arenę trafił do wychodka. Nie to żeby mu się tam specjalnie nie podobało ale była teraz jego kolej na walkę i musiał się spieszyć. Wybiegł starając się przypomnieć drogę jak ona wyglądała w małym labiryncie jakim była arena. Problem polegał na tym że niedowidział toteż nie zapamiętał szczegółów korytarzy. Dla niego i tak wyglądały tak samo. W końcu zaszedł na arenę. Ale o dziwo coś tutaj dużo ludzi było. Czy to z nimi miał walczyć? Eee nonsens. Tylu na jednego. Wypatrzył w końcu takiego jednego opasłego siedzącego na jakiś poduszkach niczym hobgobla Khan. To pewnie z nim miał walczyć. Podszedł do niego i buńczucznie rzekł.
-Ty z tym piórkiem. Teraz moja kolej by się z tobą zmierzyć. Nie wiem czemu tu tylu Luda ale mnie to nie przeszkadza. Tylko gdzie piasek?
Człowiek zdębiał. Nie mógł przez chwilę słowa wyrzec na bezczelność hobgoblina. Za niego odezwał się szambelan.
-Jak smiesz zielona pokrako. Mówisz do samego księcia Mondragona pana tej Areny. Walczy się tam-wskazał właściwą arenę gdzie czekał już Jakub. Hobgoblin spojrzał i zrobiło mu się lekko niezręcznie.
-Ops.- wymamrotał.
Mondragon szepnął coś do jednego ze swej obstawy, postawnego jegomościa o bandyckiej powierzchowności. Ten zbliżył się do Ztriga.
-Pan pozwoli że wskażę drogę…
Odprowadził go kilka kroków po czym stając za nim dał solidnego kopniaka. Ztrig poleciał prosto na miasek areny metr niżej…
Gdy już stanęli na pozycji rozbrzmiał gong. Ztrig ruszył w kierunku niewyraźnej ledwo widocznej postaci Jakuba. Macał przy tym swoim mieczem przed siebie nauczony poprzednim doświadczeniem z księciem Mondragonem o pechowości swojego wzroku. Tyłek go jeszcze bolał.
Jakub widział zieloną paskudę posuwającą się powoli w jego kierunku. Problem w tym że był nieco bardziej pijany i zamiast zwykłych dwóch przeciwników z którymi zwykle się stykał było ich sześciu. W dodatku latali. Jakub wyciągnął pistolet, lecz nie mógl się zdecydować w którego wypalić.
-Ene due rabe-zaczął recytować wyliczankę - Archaon Połknął żabę, żaba była sucha, więc popił ją siwuchą. Wybrał w końcu tego nieco po prawo w górze i nacisnął spust. Nie trafił. Jakub zaklął szpetnie. Hobgoblin tymczasem podszedł na tyle że z grubsza dobrze widział Jakuba. Zakrzyknął swój okrzyk bojowy w hobgoblińskim i zaatakował Jakuba alkoholika. Człowiek nadstawił miecz do sparowania. Oba ostrza „wojowników” przejechały po dłoniach i nadgarstkach ich przeciwników. Miecze upadłu na ziemię i posypały się wulgarne przekleństwa,zarówno ludzkie i hobgoblińskie. Jakby zapominając o upuszczonych broniach oboje rzucili się na siebie z pięściami. Hobgoblin poza slepotą był trzeźwy natomiast Jakub pijany, toteż alkoholik oberwał lewym prostym w brzuch. Jakub zgiął się w kierunku Ztriga i w tym momencie żołądek odmówił posłuszeństwa. Poranne śniadanie wraz z pokaźną ilością piwska, gorzałki jako dodatku do niego wylądowała wprost na twarzy zaskoczonego hobgoblina że ten aż usiadł macając przed siebie i dookoła siebie oślepiony ciepłą smierdzącą breją. Jakub nieco oprzytomniał i widząc co się swięci rzucił się do swojego miecza chcąc rozciąć hobgoblina nim ten odzyska zdolność walki. Na nieszczęście nie trafił we właściwego mimo że jego wzrok powrócił do widzenia normalnych dwóch przeciwników. Jakub miał jednak pecha. Poślizgnął się na brei którą sam zwymiotował kiedy goblin wymacał swoje miecze na ziemi i rzucił się na oślep. Jakub lecąc na dół nadział się na nie przygniatając Ztriga. Z trybun dał się słyszeć szyderczy rechot, potem cała publika wybuchła smiechem zamiast brawami. Hobgoblin wygrzebał się spod ciała i przyjrzał pokonanemu wrogowi. Czuł dumę ze swoich umiejętności szermierczych.
(*scena poślizgnięcia i jej podobieństwo do poślizgnięcia na krwi z poprzedniej walki Hobosa było zamierzone)
Ostatnio zmieniony 26 lis 2007, o 22:31 przez Murmandamus, łącznie zmieniany 2 razy.
Wypuścili wampira ponownie na arenę gdy był tam już kolejny przeciwnik. Mięso mięso. Tak mięsooooo! Axelheart był glodny ludzkiego krwistego mięsa. Niestety. Stała przed nim elfka. Krucha, chuda. Axelheart pomyślał wtedy. Że on nie lubić elfie mięsko, bo elfie mięsko chude i łykowate, ale i tak zabić. Ledwie skończył rozmyślać z rykiem i pazurami rzucił się na elfkę.
Zattana wiedziała że będzie to jakiś dzikus ale nie spodziewała się góry mięśni i wielkich pazurów. Była pewna swych umiejętności ale walka z bestią nie będzie przyjemna. Nie mogła się nawet zabawić z przeciwnikiem odcinając mu kończyny jak lubiła. Gdy bestia wyleciała na nią była gotowa. Zdoła jedynie drasnąć potwora bo miał niewiarygodnie twardą skórę zanim zmuszona była odskoczyć by uniknąć zamachu pazurami. Za wolna była. Łapsko zawadziło nią i teraz z boku kapała solidnie krew z czterech krwawych szram. Bestia skoczyła na nią ponownie. Była znów gotowa. Axelheart dobrze wymierzył skok. Wylądował prosto na niej i pazury zamknęły się na jej głowie. Zdążyła jeszcze pchnąć sztyletem w pierś kreatury a potem nastała ciemność. Axelheart ze sztyletem w piersi rozrywał i darł ciało na sztuki aż nic nie zostało. Uspokoił go dopiero czar snu założony przez nadwornego maga mondragona. Publice za to średnio podobał się tego typu spektakl. Woleli dłuższe widowiska.
Zmierzchało. A nad Areną wzeszedł Mannslieb gdy dwaj wojownicy zakuci w kolczaste zbroje z insygniami bogów chaosu wyszli naprzeciw siebie. Na północy walki między wyznawcami różnych bóstw były na porządku dziennym toteż dla bylego maga a teraz czempiona Nurgla Zoltana nie było to specjalnie zaskoczeniem ze ma zmierzyc się z wyznawcą chaosu. Natomiast zaskoczeniem było to że przeciwnik był wyznawcą Malala. Niemal zapomnianego bóstwa renegata zaprzysiężonego niszczyć wszelki chaos mimo że sam nim był. Zoltan nie mógł pojąć tego paradoksu. Kapstrup z kolei radował się że znów miał okazję zapolować na wroga jego boskiego patrona. Każdy z nich zasługiwał na śmierć i Kapstrup w pierwszej kolejności przysiągł likwidować wyznawców Korna SLanesha Nurgla i Tzencha a dopiero potem innych. Tu miał niemal swa ofiarę podaną na tacy i rozkoszował się tym.
Zoltan przygotował broń. Takoż zrobił Kapstrup. Gdy przebrzmiał gong ruszyli na siebie. Zoltan szybszy bo z lżejszą bronią uderzył pierwszy. Maczuga z ogromną siłą wgniotła zbroję na piersi sprawiając że pękła i zaraz za nią znalało się ostrze miecza, które wniknęło w szczelinę w pancerzu. Kapstrup odskoczył nie zwracając uwagi na ranę, która i tak nie była bolesna. Ot draśniecie. Kaszlnął. Teraz jednak po odskoku złożył się do cięcia na płasko. Cios był silny. I to bardzo. Zoltan i jego nieco przegniłą zbroja chaosu nie zdołała zatrzymać potężnego topora. Ten przebił i przeciął cialo Zoltana sprawiając że czempion nurgla zgiął się w pół. Chwycił słabnącą ręką ku bluźnierczej buteleczce którą zawsze trzymał przy sobie i swiadom popełnianego czynu wypił ją. Jego ciało natychmiast zaczęło się zabliźniać a rany zasklepiać. Nie wszystkie ale znakomita większośĆ. z nową siłą zaatakował. Mieczem krótkim odszukał szczeline, którą poprzednio zrobił i wbił ostrze ponownie tym razem kręcąc w w nim swą stalą. Czempion Malala teraz poznał prawdziwe znaczenie bólu chociarz był na tyle silny i wytrzymały że zniósł to. Nie bez kozery był wybrańcem prawdziwego chaosu. Nie jakimś zgniłym mydłkiem. Chwycił ręką dłoń trzymającą miecz i nie bacząc na ciosy maczugą w jego hełm odrzucił raniące go ostrze od siebie. Dopiero teraz ponownie złożył się do ciosu. Zoltan był zbyt blisko i nie zdołał uchylić się przed ogromnym toporem. Szerokie ostrsze po prostu go zdekapitowało.Zoltan zapadl się w sobie. Nagle jego skóra do reszty odpadła od ciała pozostawiając czyste kości. Kości oczywiście rozsypały się w kałuży bulgoczącej substancji wystając z napierśnika hełma rękawic i nagolenników które jeszcze przed chwilą były ruszającym się czempionem nurgla. Kapstrup z zadowoleniem odwrócił się od truchła i zszedł z areny.
Kapstrup splunal pzrechodzac obok truchla wyznawcy Nurgla, kolejny dla Pana pomyslal. Tak duzo juz ich zabil, tak duzo, a przeciez jeszcze tak wielu zostało do zabicia. Kapstrup czekal z niecierpliowscia na kolejna walke, moc Pana przepelniala go i wiedzial ze musi zabic tu wszystkich, bo kazd ma w sobie pietno chaosu
No jakis progres widze, khornik polegl w drugiej rundzie
Pox rozsiewał wokół siebie paskudny zapach. Dotarło to też do nosa Kurta, który się wielce zkrzywił. Czego się po szczuroludzie jednak spodziewać. Ubierz go w szaty jak człowieka a i tak pozostanie szczurem. Kanalarzem. Przeciwnika zupełnie nie podobał się Hochlandczykowi ale tak wynikało z rozkładu walk.
Dla Poxa to było jednak naturalne. Swój zapach uważał za miły i sądził że niejedna samica z klanu Pestilience by się na niego skusiła. Człowieczek z którym miał walczyć wyglądał niepozornie. Dobrze. Pox gdyby miał nieco czasu to zaraziłby go i stali by się jak bracia w chorobie. Pox lubił zarażać. Ale gdy trzeba było walczyć też potrafił. I teraz zamierzał by kolejny ząbek jego planu sprowadzenia plagi na to księstewko wszedł w życie.
Gdy rozbrzmiał gong zaczął iść na Kurta rozkręcając swój płonący korbacz. Kurt przygotował się wyciągając pistoletową kuszę. Gdy Pox się zbliżył wystrzelił. Strzałki chybiły. Kurt zdążył przeładować zanim Pox się zbliżył lecz nie miał już czasu na ponowny strzał. Wsadził kuszę szybko za pas i chwycił halabardę mocniej. Niestety Pox uniknął jej samemu puszczając korbacz w jego kierunku. Kurt oberwał krawędzią płonącej kuli i smród przypalonego mięsa rozszedł się w bezpośredniej odległości od walczących. Kurt poczuł prawdziwe oblicze bólu gdy szybkim ruchem nastawił wybity bark. Ignorując dalsze ukłucia bólu z rany. Za chwilę dostał ponownie i zwalił się na ziemię. PoX zachichotał. Kurt błyskawicznie sięgnął do buteleczki i po odkorkowaniu przytknął do ust. Ożywczy płyn magicznie sprawił że rany się zabliźniły a ból w znacznej mierze ustał. Chwycił halabardę i zaatakował, jednak ciężko się atakuje będąc przed chwilą powalonym. Koniec halabardy nie trafił Poxa. Ten zakręcił korbaczem ponownie posyłając kulę w pierś Kurta. Coś trzasnęło i hochlandczyk ponownie zwalił się na piasek. Tym razem nie wstał.
@Murmi - Ciągle czekam na swoją walkę. Nie chciałbym Cię pospieszać ale cierpliwość nie jest moją mocną stroną.
@Tedzio - Mam nadzieje że Rafael nie polegnie.
ponawiam pytanie do organizatora areny czyli Murmandamus
pytanie, czy następnym razem mój hero którym podejzewam bedzie to imperialny enginner bedzie mogl miec jako bron podstawowom HLR albo rep handgun lub granatnik oraz jako dodatek pigeon bombsy??