
Po górskich szczytach niósł się czysty dźwięk rogu. Echo pobrzmiewało wśród wapiennych zboczy, skalnych osypisk i głębokich dolin wyżłobionych przez rwące strumienie. Kamienistym traktem ciągnęło rycerskie poselstwo, dając znać gospodarzowi tych nieurodzajnych ziem o swoim przybyciu. Sześciu herbowych panów jechało w asyście giermków i czeladzi prosto do Karak Norn, największej krasnoludzkiej warowni w Górach Szarych, której masywne wieże i mury z litego kamienia wznosiły się nad Dal Svartjaern, Doliną Czarnego Żelaza.
Do samej twierdzy prowadził skomplikowany system bram, barbakanów i przerzuconych nad przepaściami mostów. Przy pierwszym z nich Bretończyków powitała krasnoludzka straż. Jeden z rycerzy zsiadł z konia, skłonił się i powiedział:
- Witajcie, szlachetni mieszkańcy gór. Mój pan - tu wskazał ręką na rycerza z trzema rybami na tarczy - pragnie widzieć się z królem Durganem w sprawie wielkiej wagi.
Dowódca straży obrzucił poselstwo pobieżnym spojrzeniem i mruknął:
- Zostawcie konie tutaj. Most jest zbyt wąski, by po nim przejechały. Spłoszą się, albo spadną w przepaść.
Wśród bretońskich panów rozległy się nerwowe i gniewne pomruki:
- Jak to? Każą nam iść pieszo? To obraza w biały dzień!
Wszelkie narzekania uciął jednak sam przywódca:
- Spokój! W domu gospodarza postępuje się wedle jego zwyczajów!
Chwilę później poselstwo, prowadzone przez dwóch tęgich krasnoludów, zaczęło wspinać się krętymi schodami do wnętrza twierdzy. Choć Karak Norn uchodziła wśród starszej rasy za jedną z pomniejszych warowni, to i tak przytłaczała swoim ogromem, niepodobna do niczego, co można by znaleźć w Bretonnii. Pomimo upływu setek, jeśli nie tysięcy lat, chodniki, sale i korytarze były w idealnym stanie. Miasto-twierdza zdawało się wrośnięte w skalne ciało gór, niemożliwe do uszkodzenia czy zdobycia. Wśród labiryntu dziedzińców i pomieszczeń niósł się gwar bezustannej pracy, brzęk kilofów i kowalskich młotów, szum hutniczych pieców i uderzenia młotów. Tutaj każdy dom był warsztatem, a każdy warsztat domem. Każdy mieszkaniec Karak Norn parał się pracą, z zamiłowania i z obowiązku. Odlewnicy i kowale, płatnerze i górnicy, dmuchacze szkła, złotnicy, grawerzy, ludwisarze, mistrzowie browarnictwa, cieśle i kamieniarze, wszyscy tworzący arcydzieła swojej sztuki, o całą klasę przewyższające wytwory ludzkich rąk.
Bretończycy wiedzieli jednak, że każdy z tych mistrzów rzemiosła jest też żołnierzem wartym dziesięciu ludzi. Żołnierzem, którego potrzebowali najbardziej.
Poselstwo dotarło w końcu do celu - przed oblicze króla Durgana. Krasnoludzki władca, choć miernego wzrostu, roztaczał wokół siebie taką aurę majestatu i potęgi, jakby był pół-olbrzymem. Biała jak śnieg broda, zapleciona w misterne węzły i warkocze, sięgała mu do samych stóp, a czoło zdobił szczerozłoty diadem z osadzonym pośrodku szafirem wielkości orzecha.
Bretończycy skłonili się nisko, po czym ich przywódca rzekł mocnym głosem:
- Ja, Etienne de Rochefort, syn Gotrfyda, pan na Bergerac i Sangleut, pozdrawiam cię, królu Durganie, władco Karak Norn i Gór Szarych.
- Witajcie ludzie - odparł król. - Jaka rzecz jest aż tak ważka, skoro chcieliście widzieć się ze mną osobiście?
- Wojna, panie. Przybyliśmy prosić was o pomoc w boju.
Durgan wstał z rzeźbionego tronu i podszedł do posłów, mierząc ich wzrokiem.
- O jakiej wojnie mówisz? Wy, ludzie, toczycie ich całe mnóstwo, a najczęściej między sobą. A kiedy sprawa jest naprawdę poważna, to wtedy przychodzicie z płaczem do nas. Nie dość już naszej krwi popłynęło, żebyście wy mogli spać spokojnie?
Baron Etienne spąsowiał nieco na twarzy, ale przytrzymał nerwy na wodzy i odparł:
- Wróg, który ku nam zmierza, jest naszym wspólnym wrogiem. Jednako go nienawidzimy. Czy dumni synowie gór pozwolą, by przeklęci wyznawcy chaosu chodzili bezkarnie po ich ziemiach?
- O jakich wyznawcach mówisz?
- Doniesiono mi, że drakkary pełne wojowników z północy przybiły do wybrzeża w pobliżu Marienburga. Spora część z nich skierowała się wzdłuż Gór Szarych i chce przekroczyć Przełęcz Szalonego Topora...
- Z Przełęczy Szalonego Topora daleka droga do naszej twierdzy. Jeśli podejdą pod nasze mury, damy im odpór.
Tym razem baron nie zdołał utrzymać nerwów na wodzy i zawołał do wszystkich krasnoludów zebranych w sali:
- Gdzie podziała się śmiałość brodatego ludu?! W Bretonni zwykliśmy mawiać, że łatwo być odważnym za zamkowym murem! Wasza wysokość hańbi swych przodków, odmawiając walki z wrogiem, któremu tyle pokoleń ludzi i krasnoludów dawało odpór!
- Ty zaś hańbisz swoich, zarzucając nam tchórzostwo - ryknął tubalnym głosem Durgan. - Ile razy ludzie, miast stanąć razem z nami i ginąć ramię w ramię, porzucali szańce i uciekali jak szczury! Ile razy łamali dane obietnice! Ile razy Dawi musieli samotnie bronić Starego Świata przed zagładą! Kto da mi i mojemu ludowi gwarancję, że i tym razem tak się nie stanie?
- Ja i moi towarzysze nie jesteśmy hołotą ze wschodu - syknął Etienne. - Milsza nam śmierć od hańby. Nikt nie kupczy nami jak cesarskim żołdakiem. Walczymy i giniemy, bo taki jest nasz obowiązek wobec króla i ziemi! Klnę się na własną krew, że stanę do boju z wyznawcami chaosu, z wami lub bez was!
Wśród zebranych w sali rozległy się pomruki wymienianych uwag i opinii. Nagle z cienia dobiegł pełen sarkazmu głos:
- Przysięgaj zatem.
Zza jednej z kolumn wysunął się krasnolud odziany jedynie w tartanowy kilt. Jego muskularne ciało pokrywały kunsztowne tatuaże i niezliczone blizny. Zarówno brodę jak i włosy ufarbowane miał na jaskrawo pomarańczowy kolor.
- Przysięgaj. Tu i teraz, na moim toporze. Własną krwią.
W ogromnej halli zapadła całkowita cisza. Baron podszedł do krasnoludzkiego zabójcy i wyciągnął miecz, po czym przejechał ostrzem po prawej dłoni.
- Ja, Etienne de Rochefort, biorąc wszystkich obecnych tutaj na świadków, przysięgam na honor, cześć i swoją własną krew, że nie ulęknę się wroga i tego, co ze sobą niesie, że nie porzucę w boju swoich towarzyszy i sojuszników, oraz że nie spocznę, póki wszyscy ci, którzy na ich życie nastają nie legną martwi. Jeśli zaś złamać miałbym ten ślub, niechaj zginę ja, cały mój ród i pamięć o nim.
To rzekłszy przesunął dłonią po ostrzu topora, znacząc je krwawym śladem.
- Twoje słowa były szczere - odparł zabójca, widząc spływającą po stylisku posokę. - Ja i moi wojownicy pójdziemy razem z tobą. Może będzie nam dane znaleźć śmierć godną pieśni.
Przysięga i idące za nią poparcie zabójców trolli odniosły nad wyraz pozytywny efekt. Oczy króla Durgana rozszerzyły się w równym stopniu ze zdziwienia i z podziwu.
- Nieczęsto słyszy się takie deklaracje od ludzi, poparte taką przysięgą. Lud Karak Norn stanie razem z wami do boju. Macie moje poparcie.
Etienne odetchnął z ulgą.
**************************
Trzy dni później połączone sojuszem armie czekały na wroga na przełęczy. Dno górskiej doliny było w tym miejscu szerokie i płaskie, wyżłobione eony lat temu przez lodowiec. Skały, które oparły się jego sile wynurzały się tu i ówdzie z żwirowatej ziemi jak garby. Poza lichymi sosnami rosły tu tylko karłowate krzewy borówek i wrzosy.
- Już tu są! - zakrzyknął krasnoludzki obserwator, usadowiony z lunetą na skalnej półce.
Z drugiego końca doliny dobiegły dźwięki rogów i potężny, bojowy okrzyk. Zza kamienistych załomów wynurzyły się sylwetki wojowników chaosu. Wojska północy wlały się w przełęcz jak czarna rzeka i bezładnie runęły w stronę przeciwnika.
Bretończycy i krasnoludy trwali jednak nieporuszeni na swoich pozycjach, jedynie konie coraz niespokojniej drobiły w miejscu, chrapiąc i rżąc nerwowo.
Baron Etienne i Ulf Trygvasson, mistrz krasnoludzkiej artylerri, wymienili znaczące spojrzenia.
Eld! - wykrzyknął krasnolud, a lufy dział i muszkietów bluznęły ogniem. Straszliwa kanonada bezbłędnie sięgnęła celu, kładąc wojowników chaosu jak zboże. W huku eksplozji bryły ziemi i skał wzbijały się w górę jak gejzery, przemieszane z kawałkami ciał i krwią.
Gdy pierwsza salwa zbierała jeszcze swe żniwo, Bretończycy posłali kolejną. Chłopi uzbrojeni w proste cisowe łuki kładli potężnych wyznawców Khorna i Nurgla jednego po drugim, stalowe groty odnajdywały szczeliny w masywnych pancerzach, wlatywały w wizury hełmów, raniły wierzchowce, które wierzgając zrzucały swych jeźdźców prosto pod nogi napierającej masy.
Wróg wytrzymał jednak morderczy ostrzał. Bojowy szał całkowicie odbierał zmysły wyznawcom mroku. Depcząc po ciałach poległych i rannych towarzyszy w błyskawicznym tempie zbliżali się do linii bretońsko-krasnoludzkiego sojuszu.
- Ich zatrzymać można tylko rąbiąc na sztuki! - zawołał Bjorni Żelazny Brzuch, zabójca, na którego topór Etienne złożył swoją przysięgię. - Synowie Grungniego! Po śmierć i chwałę!
Zastęp wytatuowanych straceńców pobiegł z wrzaskiem na spotkanie wrogowi.
- Czy zawstydzą nas krasnoludy? Śmierć wrogom Jasnej Pani! - Mathieu, chorąży armii z bojowym okrzykiem rozwinął ogromny płat jedwabiu haftowany w srebrne lilie i popędził w ślad za zabójcami, a za nim do galopu zerwało się całe bretońskie rycerstwo. Obie armie zderzyły się pośrodku doliny. Wysunięte na pierwszą linię zmutowane ogry padły przeszyte kopiami nim zorientowały się co się dzieje. Rycerze, nie tracąc rozpędu wbili się dalej we wrogie szyki. W wojskach chaosu kawalerii było niewiele - lekkozbrojni nomadzi ze stepów i kilka sfor rozszalałych ogarów nie mogły się równać z ciężkozbrojną jazdą. Na prawej flance pędził jednak również niewielki, acz elitarny zastęp rycerzy w rogatych hełmach. Swoim natarciem poważnie zagrażali krasnoludzkim działom, a w pobliżu nie było nikogo zdolnego ich zatrzymać. Nikogo, poza Mathieu. Chorąży wyszarpnął z pochwy lśniące ostrze i zawołał w kierunku czempiona chaosu, który prowadził czarną jazdę do boju:
- Stawaj do walki!
Wojownik mroku albo stchórzył, albo, co bardziej prawdopodobne, nie wiedział z kim ma do czynienia. Zignorował bowiem rzucone wyzwanie i rzucił jedynie do swoich ludzi:
- Zabijcie go.
W paladynie aż zawrzało. Spiął konia i z impetem władował się w rycerzy chaosu, wykrzykując w stronę ich lidera:
- Ty synu dziwki i złodzieja! W szmaty cię rozerwę!
Pierwszy z rycerzy, stojący Mathieu na drodze skończył szybko bez głowy. Paladyn odbił zręcznie ciosy kolejnego, po czym wbił miecz przeciwnikowi prosto w szyję. Stalowa klinga ze zgrzytem przebiła ciało i kolczugę, a przecięte tętnice trysnęły krwią. Kolejni dwaj przeciwnicy zawahali się na moment i to ich zgubiło. Chorąży odrąbał jednemu całe ramię, a drugiego pchnął między żebra, zręcznie wbijając sztych w szczelinę, gdzie napierśnik schodzi się z naplecznikiem.
Czempion chaosu chyba pierwszy raz w życiu pożałował, że stanął przeciwko sługom światła i rzucił się do ucieczki. Paladyn był jednak szybszy - cisnął mieczem, trafiając wierzchowca przeciwnika prosto w zadnie nogi. Ogier z kwikiem zwalił się na ziemię, przygniatając swego pana. Mathieu zeskoczył z siodła i podszedł do wroga, który niezdarnie próbował wygramolić się spod rannego konia i z impetem postawił okrytą stalą nogę na jego piersi, po czym wyszarpnął zza pasa puginał.
- Walczcie ile chcecie. Mogę zginąć ja i tysiąc innych, ale zawsze przyjdą nowi. Was i tych brodatych kurdupli czeka zagłada! - wycharczał czempion, rechocząc obłąkańczo.
- Takiego chuja! - zawołał w odpowiedzi Bretończyk i wraził przypominające stalowy sopel ostrze w ciało wroga. Gdy wojownik chaosu zwiotczał, ściągnął hełm by zaczerpnąć oddechu i rozejrzał się po pobojowisku. Część wojsk północy zdołała pomimo bezustannego ostrzału dobiec do krasnoludzkich linii. Kolejny czempion chaosu, sunący na stworze podobnym do wielkiego węża, zdołał przełamać obronę brodaczy i teraz siał zniszczenie na lewej flance wojsk dobra. Stojący w pobliżu pokaźny oddział bretońskich zbrojnych nie wytrzymał i rzucił się do bezładnej ucieczki, nawet nie wchodząc do walki.
- Cholerni tchórze...policzymy się z nimi w domu - syknął Mathieu i zadął w wiszący przy siodle róg. Na ten umówiony sygnał ze skalnych szczytów spadli jak biały grom rycerze na pegazach. Ich uderzenie zatrzymało częściowo natarcie wroga, ale dosiadający żmijowatego wierzchowca wojownik przedarł się i popędził w stronę centrum szyku, skąd salwę za salwą słali bretońscy łucznicy. Nie dane było jednak mu do nich dotrzeć. Brodaci artylerzyści dosłownie przerąbali go wpół armatnim pociskiem, wystrzelonym z morderczą precyzją z drugiego końca pola.
Mathieu odetchnął. Obie flanki były już pod ich kontrolą, a wróg albo leżał martwy, albo uciekał z podkulonym ogonem. W centrum wciąż jednak wrzało. Zakuci od stóp do głów wojownicy chaosu wytrzymali pierwsze uderzenie i zwarli szeregi, stawiając zdecydowany opór. Dowodzący nimi czarnoksiężnik co chwilę miotał w obrońców światła strumieniami mrocznej energii i obłokami zgnilizny. Jego zaklęcia nie odnosiły jednak specjalnie spektakularnego efektu - Bretończyków chroniła moc Pani Jeziora, a krasnoludy były zwyczajnie zbyt twarde i odporne na moc chaosu. Walka była jednak niezwykle zacięta, a zwał trupów rósł w straszliwym tempie po obu stronach. Baron Etienne, chcąc uniknąć rzezi i przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, zawołał do rycerzy stojących wokół niego:
- Zawracajcie w stronę strzelców! Weźcie nowe kopie i ponówcie szarżę! Drugiej nie ustoją!
- Nie będzie czasu na ustawienie szyku, panie! Pobiegną za nami!
- Rób jak kazałem! Ja i zabójcy trolli zwiążmy ich wystarczająco długo...
Widząc nieustępliwość barona, rycerze odskoczyli z walki i pogalopowali w stronę obozu. Baron pozostał pośród tłumu przeciwników wraz z Bjornim i jego szalonymi towarzyszami.
- Gdzie oni uciekają?! - ryknął zabójca, widząc oddalających się rycerzy.
- Wrócą. Ponowią uderzenie. Musimy im tylko dać na to czas.
- Ja nigdzie się nie wybieram... - głos Bjorniego był jednocześnie pogodny i pełen nostalgii, a jego spojrzenie powędrowało w stronę nadbiegających wojowników chaosu.
Przez kilka chwil, które zdawały się być całą wiecznością, grupka zabójców i bretoński paladyn walczyli ramię w ramię, przytrzymując trzykrotnie liczniejszego wroga. Przez kilka chwil lśniące ostrza wznosiły się i opadały, rozlewając czarną krew w niszczycielskim szale. Lecz gdy herbowi panowie zawrócili swe rumaki i stanęli w płot z nowymi kopiami, to ani Bjorniego, ani zabójców, ani barona Etienne'a nie było nigdzie widać. Zniknęli w brunatnej masie pancerzy i ostrz.
Ryk radości, jaki rozległ się wśród wyznawców mroku, błyskawicznie zmienił się jednak w agonalny wrzask. Kolejna krasnoludzka salwa sięgnęła celu, a Trygvasson krzyknął do bretońskiego chorążego, spowity chmurą artyleryjskiego dymu:
- Teraz! Teraz, ludzie! Zanim zdążą przywrócić ład w szeregach!
Herbowe chorągwie załopotały na wietrze, gdy rycerstwo ruszyło dudniącym galopem do kolejnej szarży. A w ich szarży był żal i złość, pragnienie zemsty i krwawego odwetu, święty gniew i zaciekłość, a nade wszystko niewysłowiona duma i przekonanie o tym, że nikt nie jest w stanie zagrodzić im drogę do zwycięstwa. Pochylili kopie, a ich śpiew był głośniejszy od grzmotu kopyt, odbijającego się echem między ścianami doliny.
Grande Dame, sauve le Roi!
Grande Dame, venge le Roi!
Vive le Roi...
Kopie sięgnęły celu, a szeregi wroga pękły jak kra na rzece. I tak jak potrzaskana kra płynie do morza, tak i złamane wojska chaosu poczęły pierzchać przed bretońskim natarciem.
Que toujours glorieux
Louis victorieux!
Voye ses enemis
Toujours sumis!
Huk kawaleryjskiej szarży umilkł, a wraz z nim szczęk broni i krzyki konających. Ale pieśń wciąż trwała, głosząc srogo okupiony triumf.