Arena of Death 12 (16 os)
- Murmandamus
- Niszczyciel Światów
- Posty: 4837
- Lokalizacja: Radom
Runda I
Nieznany z imienia Czempion Chaosu vs Mozgar Chan
Alfred Zielonodymny vs Lok'qua'cHAQ
Mardragg Koścignot vs Rudolf von Grotzche
Tichi-Ichi vs Rafael Ręka nienawiści
Sarmattan IV vs Elurilil Dashalf
Sir Luke vs Veskith
Jameez Waynee vs Rogacz
Cyro z białych lwów vs Dan Mroczny
Mikstury nagrody otrzymują:
Alfred Zielonodymny
Sarmattan IV
Veskith
Walki może jeszcze dzis uda się napisac pierwsze.
Nieznany z imienia Czempion Chaosu vs Mozgar Chan
Alfred Zielonodymny vs Lok'qua'cHAQ
Mardragg Koścignot vs Rudolf von Grotzche
Tichi-Ichi vs Rafael Ręka nienawiści
Sarmattan IV vs Elurilil Dashalf
Sir Luke vs Veskith
Jameez Waynee vs Rogacz
Cyro z białych lwów vs Dan Mroczny
Mikstury nagrody otrzymują:
Alfred Zielonodymny
Sarmattan IV
Veskith
Walki może jeszcze dzis uda się napisac pierwsze.
Raaaaaaaaaar, ja chcieć krwi, dużo krwi, a tu co?? że niby mam walczyć z półczłekiem? no toś to jakieś żarty, więcej krwi!! - wykrzyczał Lok'Qua'Chaq, co zrozumielibyście raczej jako serię ryków z klatki spragnionego walki saurusa..
Ostatnio zmieniony 8 lut 2009, o 22:01 przez Possessed, łącznie zmieniany 2 razy.
Cyro, Biały Lew - zabrzmiało by fajniej, jeśli już spolszczasz. Mniejsza z tym, i tak podziwiam Cię, że chce Ci się po raz kolejny prowadzić arenę 
Pierwsza runda i spaczony niziołek, mały, elitarny wojownik w puszce. - pomyślał Cyro. Nie będzie to łatwa walka, ale ma elficka zwinność powinna wziąć górę nad kurduplem. - dodał i uśmiechając się położył się spać.

Pierwsza runda i spaczony niziołek, mały, elitarny wojownik w puszce. - pomyślał Cyro. Nie będzie to łatwa walka, ale ma elficka zwinność powinna wziąć górę nad kurduplem. - dodał i uśmiechając się położył się spać.
Ostatnio zmieniony 8 lut 2009, o 21:13 przez Chmuruś, łącznie zmieniany 1 raz.
Kurde mialem od dawna gotową historię postaci i co, musiałem być na imprezie w wieczór w który zaczęła się nowa arena
Tullaris Dredbringer was dying. He knew this, and he cared not.... At last, he knew the truth that Khain had tried to share with him all theas years, and it was glorius.
"Kings of Ulthuan!" the Pheniks King spat the words sa a curse. "You are usurpres and thieves. You owne me a debt. In my name, and thad of my fadher, I call upon you to repey it now."
"Kings of Ulthuan!" the Pheniks King spat the words sa a curse. "You are usurpres and thieves. You owne me a debt. In my name, and thad of my fadher, I call upon you to repey it now."
- Tichi-Ichi vs Rafael "Ręka nienawiści" ! - wykrzyczał przysadzisty krasnolud.
Skink podniósł czujnie głowę i zaczął intensywnie rozmyślać.
- Jeśli Rafael to ten wielki brutal w klatce obok to już wiem że do zwinnych on nie należy... Przypomina mi jednego z tych olbrzymów z bitwy nad Bagami Błędnych Ogni... Ale wydaje sie inny, żaden z nich nie nosił znaku biało czarnej czaszki... Pradawni pokażą kto jutro ocali życie. Pradawni poprowadzą mnie do spotkania z nimi lub pozwolą życ.
- pomyślał Tichi po czym zapadł w medytacyjny trans starając oczyścić swój umysł.
Skink podniósł czujnie głowę i zaczął intensywnie rozmyślać.
- Jeśli Rafael to ten wielki brutal w klatce obok to już wiem że do zwinnych on nie należy... Przypomina mi jednego z tych olbrzymów z bitwy nad Bagami Błędnych Ogni... Ale wydaje sie inny, żaden z nich nie nosił znaku biało czarnej czaszki... Pradawni pokażą kto jutro ocali życie. Pradawni poprowadzą mnie do spotkania z nimi lub pozwolą życ.
- pomyślał Tichi po czym zapadł w medytacyjny trans starając oczyścić swój umysł.
Ostatnio zmieniony 8 lut 2009, o 20:56 przez Lasti, łącznie zmieniany 1 raz.
- Dead_Guard
- "Nie jestem powergamerem"
- Posty: 189
- Lokalizacja: Kraków
Moją wolą jest śmierć szlachetnie urodzonego, tak też się i stanie...
Mam kilka uwag co do strony fabularnej przyszłej Areny.
Wyobraź sobie, Murmandamus, będziesz miał do przeczytania 16 opowiadań, z których większość jest wątpliwej, "nakolanowej" jakości. My którzy wymyślamy te historie możemy pisać epopeje o naszych bohaterach ale po co jeśli czytanie tego wszystkiego będzie katorgą?
Proponuję wprowadzić ograniczenie do powiedzmy pięciuset słów, żeby była szansa, że ludzie będą to czytać z przyjemnością, a nie z musu. W sumie wtedy sami uczestnicy mogliby głosować jawnie na najlepsze historie nieswoje.
Gdyby jednak głód na historie był zbyt duży można by pisać takie wstępy przed każdą walką, coś na kształt retrospekcji a la "Lost". Każdy mógłby dać w opowiadaniu jakieś wskazówki dla Ciebie jak bohater będzie się zachowywał względem przeciwnika podczas walki, jaką zastosowałby taktykę itp.
Na koniec jeszcze taka moja subiektywna
szatańskie słowo
uwaga na temat historii typu "Jestem mhrocznym Czempionem Chałasu. Nazywam się Destrakszion Rozpierdalajson i wszyscy się mnie boją! Wszyscy! I ty, i ty i ty też! Co tam jeszcze? Aha, chcem bić, miażdżyć, walić, siekać, pokazywać wam figę z makiem! Wrrr!!". Generalnie chodzi mi o wszelkie historie o bohaterach "tak strasznych, że... sztampowych". To jest po prostu tak nudne, że nie da się tego czytać...
Wyobraź sobie, Murmandamus, będziesz miał do przeczytania 16 opowiadań, z których większość jest wątpliwej, "nakolanowej" jakości. My którzy wymyślamy te historie możemy pisać epopeje o naszych bohaterach ale po co jeśli czytanie tego wszystkiego będzie katorgą?
Proponuję wprowadzić ograniczenie do powiedzmy pięciuset słów, żeby była szansa, że ludzie będą to czytać z przyjemnością, a nie z musu. W sumie wtedy sami uczestnicy mogliby głosować jawnie na najlepsze historie nieswoje.
Gdyby jednak głód na historie był zbyt duży można by pisać takie wstępy przed każdą walką, coś na kształt retrospekcji a la "Lost". Każdy mógłby dać w opowiadaniu jakieś wskazówki dla Ciebie jak bohater będzie się zachowywał względem przeciwnika podczas walki, jaką zastosowałby taktykę itp.
Na koniec jeszcze taka moja subiektywna


- Master of reality
- Oszukista
- Posty: 833
- Lokalizacja: Warszawa
44 dzień poszukiwań.
Skąd tu się wziął nieumarły? Trudno stwierdzić, po turnieju będę musiał jednak zbadac te sprawę dokładniej. No cóż przynajmniej dam udręczonej duszy spocząć w pokoju.
-Z dziennika Elurlila Dashlaffa Mistrza Miecza
(Ej sorry że się pytam ale to moja pierwsza arena. Czy te wszystkie walki odbywają się jednego dnia (oczywiśie nie realnego tylko w opowieści) czy może każdy para walczy innego?)
Skąd tu się wziął nieumarły? Trudno stwierdzić, po turnieju będę musiał jednak zbadac te sprawę dokładniej. No cóż przynajmniej dam udręczonej duszy spocząć w pokoju.
-Z dziennika Elurlila Dashlaffa Mistrza Miecza
(Ej sorry że się pytam ale to moja pierwsza arena. Czy te wszystkie walki odbywają się jednego dnia (oczywiśie nie realnego tylko w opowieści) czy może każdy para walczy innego?)
Ostatnio zmieniony 8 lut 2009, o 23:35 przez Master of reality, łącznie zmieniany 1 raz.
Mur, tak ma przed każdą areną i jakoś nie narzeka, a pisanie historii swoich bohaterów, a w nich tego jacy to oni nie są zajebiści stanowi nie odłączną część areny. To który z nich jest naj rozstrzygnie się na końcu.MarsnTwix pisze:
Wyobraź sobie, Murmandamus, będziesz miał do przeczytania 16 opowiadań, z których większość jest wątpliwej, "nakolanowej" jakości. My którzy wymyślamy te historie możemy pisać epopeje o naszych bohaterach ale po co jeśli czytanie tego wszystkiego będzie katorgą?
// kończy składać rewolwery po czyszczeniu // W moich stronach bydło oznakowuje się żelazem i przegania od jednego do drugiego wodopoju, a kiedy jakaś sztuka jest chora stosuje się terapię spaczeniową - kula w łeb i do spalenia. // na próbę kręci każdym bębenkiem // Tutaj zezwala im się uczestniczyć w walkach... // Powoli ładuje świecące, zielone naboje // Właśnie dlatego chcę wypróbować przyspieszony sposób obchodzenia się z bydłem a la Dziki Zachód. // Wkłada błyszczące pistolety do kabur // Od razu przejdę do terapii spaczeniowej - kula w łeb // połyka smarka i spluwa na ziemię gdzie tworzy się krater wielkości miejskiego placu // i do spalenia... // dzwoniąc ostrogami oddala się w kierunku areny //
Ostatnio zmieniony 9 lut 2009, o 08:21 przez MarsnTwix, łącznie zmieniany 1 raz.
Mozgar poczuł nagle strach. Drżał na samą myśl o walce kimś kto jest trzykrotnie wyższy i jest zakuty w całą masę cholernego żelastwa.
Rano zapewne obudzę się na śmierć...no cóż, pora napić się eliksiru i niech Gork i Mork będą łaskawi dla Mozgara Chana "Czanego Wilka"
Rano zapewne obudzę się na śmierć...no cóż, pora napić się eliksiru i niech Gork i Mork będą łaskawi dla Mozgara Chana "Czanego Wilka"
Veskith został wyprowadzony na arenę i zaprezentowany publice. Gwizdy i krzyki wywołały dziwne uczucie w żołądku, odczuwalny był także skurcz gruczołów piżmowych. Czyżby to był strach? A może jest to podniecenie przed walką, tak-tak z pewnością to drugie, przecież taki wielki wojownik, jakim w końcu jestem, nie odczuwa tego uczucia, które jest przeznaczone tylko dla pod-ras.
Jakieś pocharkiwania tego kurdupla na górze, tak-oczywiście Veskith wcześniej słyszał to wielokrotnie, ludziki nazywają to mową, nigdy jej się nie uczył, wcale nie chciał poznać.
Rozejrzał się jeszcze raz po trybunach, tłum wcale nie składał się tylko z ludzi, widać tam było kurdupli, spiczastouchych, tych mrocznych także. Wytrenowane oko zauważyło kilku adeptów magii, a to co??? Lurk? Ten zdradziecki sługus?
- Lurk - zawołał najbardziej władczym z możliwych pisków - wracaj tutaj zdrajco. Masz mnie uwolnić i to natychmiast!!!
Sługa, jak na komendę zdębiał, co nie umknęło jedynemu oku Veskitha, tak to był strach, nawet w takiej opłakanej sytuacji, w jakiej się znalazł, był w stanie go wzbudzać. Pokrzepiające, wielce pokrzepiające. Niestety, to było działanie tylko chwilowe, Lurk po upływie kilku uderzeń serca opanował się, obejrzał, oblizał, klepnął ogonem o ziemię, w służalczej, jak się wydawało Veskithowi, pozie i zniknął w tłumie.
Dalsze oględziny tłumu nie wyszły zbyt okazale. Uwagę wodza skaveńskiego zwrócił oczywiście władca Karak Vlag, tłusty czarownik, ubrany w długie, przeszywane cekinami błękitno-złote szaty. Widać było wokół niego nimb mocy, energia wręcz emanowała od niego. Ile by oddał, by dysponować taką potęgą. Tak-tak, mając taką moc, odebrałby bez właściwie wysiłku władzę Szarym Prorokom w Skavenblight i stanął na czele Rady Trzynastu, oczywiście zaraz za Rogatym Szczurem, ma się rozumieć.
Z dalszych marzeń o potędze wytrąciła go demonstracja pierwszych par pojedynkowiczów. Więc to z tym zakutym w zbroję Bretońskim ludziem będę się pojedynkował? "Nie wygląda tak strasznie", lecz chyba sam w to nie do końca wierzył, gruczoły piżmowe były napięte do granic wytrzymałości. "Tak-tak, już wielokrotnie widziałem, jak święte kadzielnice miażdżyły takich rycerzyków zanim w ogóle trafiły do celu". Jednak to nie zbroja, ale długi, wyglądający na niesamowicie ostry miecz, powodował skurcze mięśni i żołądka. "Czy ten potężny oręż płonie???"
Veskith, już miał popuścić piżmo strachu, gdy do niego podszedł ten właśnie małolud, który tak wcześniej wrzeszczał tym gardłowym warkotem-mową. Krasnolud wręczył mu jakąś fiolkę z czymś bulgoczącym w środku. Trucizna, czy jakiś eliksir?! Tą sprawą zajmiemy się później.
"Teraz chyba w końcu czas na jakiś posiłek, nic nie jadłem od rana, nie miałbym nic przeciwko ludzinie, ostatnio dawno jej nie jadłem." - rozmyślał schodząc z areny wejściem dla gladiatorów.
Jakieś pocharkiwania tego kurdupla na górze, tak-oczywiście Veskith wcześniej słyszał to wielokrotnie, ludziki nazywają to mową, nigdy jej się nie uczył, wcale nie chciał poznać.
Rozejrzał się jeszcze raz po trybunach, tłum wcale nie składał się tylko z ludzi, widać tam było kurdupli, spiczastouchych, tych mrocznych także. Wytrenowane oko zauważyło kilku adeptów magii, a to co??? Lurk? Ten zdradziecki sługus?
- Lurk - zawołał najbardziej władczym z możliwych pisków - wracaj tutaj zdrajco. Masz mnie uwolnić i to natychmiast!!!
Sługa, jak na komendę zdębiał, co nie umknęło jedynemu oku Veskitha, tak to był strach, nawet w takiej opłakanej sytuacji, w jakiej się znalazł, był w stanie go wzbudzać. Pokrzepiające, wielce pokrzepiające. Niestety, to było działanie tylko chwilowe, Lurk po upływie kilku uderzeń serca opanował się, obejrzał, oblizał, klepnął ogonem o ziemię, w służalczej, jak się wydawało Veskithowi, pozie i zniknął w tłumie.
Dalsze oględziny tłumu nie wyszły zbyt okazale. Uwagę wodza skaveńskiego zwrócił oczywiście władca Karak Vlag, tłusty czarownik, ubrany w długie, przeszywane cekinami błękitno-złote szaty. Widać było wokół niego nimb mocy, energia wręcz emanowała od niego. Ile by oddał, by dysponować taką potęgą. Tak-tak, mając taką moc, odebrałby bez właściwie wysiłku władzę Szarym Prorokom w Skavenblight i stanął na czele Rady Trzynastu, oczywiście zaraz za Rogatym Szczurem, ma się rozumieć.
Z dalszych marzeń o potędze wytrąciła go demonstracja pierwszych par pojedynkowiczów. Więc to z tym zakutym w zbroję Bretońskim ludziem będę się pojedynkował? "Nie wygląda tak strasznie", lecz chyba sam w to nie do końca wierzył, gruczoły piżmowe były napięte do granic wytrzymałości. "Tak-tak, już wielokrotnie widziałem, jak święte kadzielnice miażdżyły takich rycerzyków zanim w ogóle trafiły do celu". Jednak to nie zbroja, ale długi, wyglądający na niesamowicie ostry miecz, powodował skurcze mięśni i żołądka. "Czy ten potężny oręż płonie???"
Veskith, już miał popuścić piżmo strachu, gdy do niego podszedł ten właśnie małolud, który tak wcześniej wrzeszczał tym gardłowym warkotem-mową. Krasnolud wręczył mu jakąś fiolkę z czymś bulgoczącym w środku. Trucizna, czy jakiś eliksir?! Tą sprawą zajmiemy się później.
"Teraz chyba w końcu czas na jakiś posiłek, nic nie jadłem od rana, nie miałbym nic przeciwko ludzinie, ostatnio dawno jej nie jadłem." - rozmyślał schodząc z areny wejściem dla gladiatorów.
- Murmandamus
- Niszczyciel Światów
- Posty: 4837
- Lokalizacja: Radom
Czarodziej usiadł w swojej loży nalewając sobie wina. Był więlce zadowolony z kolejnych walk na kolejnym turnieju która miała się odbyc za chwilę. Nie mógł nadziwic się ilu głupców zgłaszało się do walki na śmierć i zycie. W końcu tylko jeden z nich wychodził żywy z całej imprezy ku jego uciesze i tłumu. Zastanawiał się czy oni wszyscy są tak pewni siebie że nie dopuszczają do siebie możliwości że polegną. Cóż świat był pełen głupców . A głupcy istnieli dla jego rozrywki. Czarodziej uśmiechnął się i upił łyk z kryształowego kielicha.
Biedny odurzony goblinlin wytoczył się na Arenę gdzie oczekiwała na niego wielka znacznie gówująca nad nim postac zakuta w żelazną zbroję z niepokojącym ogniem w szczelinie hełmu. Gdyby Mozgar był trzeźwy całkowicie pewnie właśnie by lał po nogawkach. A że był odurzony dziwnym eliksirem to było mu obojętne. Był oszołomiony i zdawało się mu że typ z którym każą mu walczyć naśmiewa się z niego. Mozgar da mu nauczkę. Postac będaca jednym z wybrańców parsknął z pogardą widząc swojego przeciwnika. Cóz to dla niego ta zielona paskuda. Ostatecznie może się rozerwie ale taka rozrywka będzie trwała krótko. Nieznany z imienia uniósł broń gotując się na pierwsze swoje zabójstwo dzisiejszego dnia. Oto ukaże widowni destrukcję i entropię prawdziwego chaosu.
Rozbrzmiał gong. Wojownicy się zblizyli do siebie. Goblin z pewnym trudem wymachiwał swoim wielkszym od niego niemal toporem a wojownik chaosu czujnie obserwował jego ruchy. Wiedział że zaraz zaatakuje. We umyśle czempiona malala zaczął kiełkowac bitewny szał. Gdy go uwolni to nie zatrzyma go, póki przeciwnik nie będzie trupem. Miecz wystrzelił w kierunku goblina i zielone ciałko spłynęło zieloną krwią. Mimo że rana była głęboka, nie stanowiło to problemu dla goblina pod wpływem odurzającej mikstury. Co więcej jego rana natychmiast przestala krwawic i się nieco zabliźniła. Mozgar oddał cios toporem lecz żeleźce odbiło się niegroźnie od naramiennika czempiona malala. Ten odepchnął goblina kopniakiem i czysto wypruł wnętrznosci Mozagara. Goblin padł z rozprutym brzuchem na arenie. Nieznany wojownik chaosu opuścił miecz. Doszedł go aplauz publiki bo w koncu to było jego zwycięstwo. Nawet jeśli nawet się nie spocił. Zwycięski wojownik zszedł z areny wzruszając ramionami.
Czarodziej usmiechnął się pod nosem. Walka była szybka i dała mu nieco rozrywki nawet jeśli była bardzo jednostronna. Ale czasem Nie ma to jak gdy ktoś komuś wypruje flaki w starym dobrym stylu bez ceregieli i skąplikowanych fechtunków.
Biedny odurzony goblinlin wytoczył się na Arenę gdzie oczekiwała na niego wielka znacznie gówująca nad nim postac zakuta w żelazną zbroję z niepokojącym ogniem w szczelinie hełmu. Gdyby Mozgar był trzeźwy całkowicie pewnie właśnie by lał po nogawkach. A że był odurzony dziwnym eliksirem to było mu obojętne. Był oszołomiony i zdawało się mu że typ z którym każą mu walczyć naśmiewa się z niego. Mozgar da mu nauczkę. Postac będaca jednym z wybrańców parsknął z pogardą widząc swojego przeciwnika. Cóz to dla niego ta zielona paskuda. Ostatecznie może się rozerwie ale taka rozrywka będzie trwała krótko. Nieznany z imienia uniósł broń gotując się na pierwsze swoje zabójstwo dzisiejszego dnia. Oto ukaże widowni destrukcję i entropię prawdziwego chaosu.
Rozbrzmiał gong. Wojownicy się zblizyli do siebie. Goblin z pewnym trudem wymachiwał swoim wielkszym od niego niemal toporem a wojownik chaosu czujnie obserwował jego ruchy. Wiedział że zaraz zaatakuje. We umyśle czempiona malala zaczął kiełkowac bitewny szał. Gdy go uwolni to nie zatrzyma go, póki przeciwnik nie będzie trupem. Miecz wystrzelił w kierunku goblina i zielone ciałko spłynęło zieloną krwią. Mimo że rana była głęboka, nie stanowiło to problemu dla goblina pod wpływem odurzającej mikstury. Co więcej jego rana natychmiast przestala krwawic i się nieco zabliźniła. Mozgar oddał cios toporem lecz żeleźce odbiło się niegroźnie od naramiennika czempiona malala. Ten odepchnął goblina kopniakiem i czysto wypruł wnętrznosci Mozagara. Goblin padł z rozprutym brzuchem na arenie. Nieznany wojownik chaosu opuścił miecz. Doszedł go aplauz publiki bo w koncu to było jego zwycięstwo. Nawet jeśli nawet się nie spocił. Zwycięski wojownik zszedł z areny wzruszając ramionami.
Czarodziej usmiechnął się pod nosem. Walka była szybka i dała mu nieco rozrywki nawet jeśli była bardzo jednostronna. Ale czasem Nie ma to jak gdy ktoś komuś wypruje flaki w starym dobrym stylu bez ceregieli i skąplikowanych fechtunków.
Rarr, i to miała być walka? Wyglądało to prędzej na rozgrzewkę. Widać że sam plugawy wyznawca bogów chałasu niezbyt był zadowolony ze swojej walki, mam nadzieje że będzie bardziej zadowolony jak sam mu rozpruję jego cholerne flaki... tak, to był dobry pomysł -powiedział sam do siebie jaszczur, gdyż nikt inny za bardzo nie mógł zrozumieć co warczy...
- Murmandamus
- Niszczyciel Światów
- Posty: 4837
- Lokalizacja: Radom
Mag rozparł się wygodniej w swoim miękkim fotelu. Ciało już uprzątnięto i druga para wychodziła na arenę. Jeden z nich został wyniesiony w klatce przez 4 czarnych niewoników. Miotający się w niej jaszczur sprawiał wrażenie niesamowicie dzikiego i agresywnego. Z drugiej stronie areny wyszedła postac która sprawiła że magt wypluł wino z parsknięciem smiechu ,które miał w ustach opryskując swego sekretarza. Wychodzącym był niziołkiem z krainy zgromadzenia. Podobne reakcje ujrzał były na trybynach. Nikt nie spodziewał się tutaj przedstawiciela tej pokojowej i spokojnej rasy nie mówiąc o tym że zaden z nich nie był wojownikiem.
Loq'qu'CHAQOI i tak bylo wszystko jedno z kim walczył byle polałą się krew. To że połówka człowieka przestało mniec znaczenie. Ujrzawszy niziołka pogroził mu tylko swą halabardą czekając aż go wreszcie wypuszczą z tej klatki. Lubił te momenty gdy go wypuszczali. Dawał wtedy upust swej dzikiej naturze.
Alfred Zielodymny nie wystraszył się swego przeciwnika a do podobnych reakcji która przedstawiała widownia był przyzwyczajony. Oczywiscie reakcje trwały do czasu gdy nie pokazywał co potrafi pokonując dwa razy wiekszego przeciwnika. Wtedy nabierali do niego szacunku.
Gdy rozległ się gong, jaszczura wypuszczono z klatki. Saurus ryknął triumfalnie i ruszył na niziołka chcąc zmienić go w krwawą miazgę. Alfred zwinnie uchylił się od szarży. Mały wojownik precyzyjnie pchnął lecz trafił wtylko w zbroję. Rapier po prostu się na niej wygiął. Saurus .odwrócił się zamachnąwszy się halabardą. Niziołek przykucnął i ostrze niegroźnie przemknęło nad jego głową. Od razu wykorzystał sytuację atakując. Niestety i skóra pokryta łuskami i zbroja okazała się dla niego za twarda po raz kolejny. Co gorsza odsłonił się Jaszczur po prostu dosięgnął go teraz swoją bronią odrzucając w tył. Saurus poszedł za ciosem i ponownie natychmiast zranił niewysokiego przeciwnika. Z niziołka spływała z wielu miejsc posoka. Ten szybkko chwycił buteleczkę i przytknął ją do ust. Jego ból jak ręką odjął a rany sięzasklepiły w wiekszosci. Sztyletem starał się rozorac gardło przeciwnikowi który zbliżył się już za bardzo. Saurus chwycił jego rękę w swą paszczę i szarpnął. Alfred wrzasną a śmierć zajrzała mu w oczy. Lok'Qua'Chaq chwycił malca i rzucił go o ziemię po czym przygwoździł do niej halabardą. Niziołek nie wstał już. Saurus pastwił się dalej nad jego truchłem dając upust już tylko swej rządzy krwi.
Czarodziej skinął głową. Kolejna walka a jakże podobna do pierwszej. Niezbyt emocjonująca a jednak krwawa. Co ciekawsze tych dwóch zwycięzców spotka się w drugiej rundzie. Czarodziej spodziewał się niezłego widowiska. Zatarł ręcę.
Loq'qu'CHAQOI i tak bylo wszystko jedno z kim walczył byle polałą się krew. To że połówka człowieka przestało mniec znaczenie. Ujrzawszy niziołka pogroził mu tylko swą halabardą czekając aż go wreszcie wypuszczą z tej klatki. Lubił te momenty gdy go wypuszczali. Dawał wtedy upust swej dzikiej naturze.
Alfred Zielodymny nie wystraszył się swego przeciwnika a do podobnych reakcji która przedstawiała widownia był przyzwyczajony. Oczywiscie reakcje trwały do czasu gdy nie pokazywał co potrafi pokonując dwa razy wiekszego przeciwnika. Wtedy nabierali do niego szacunku.
Gdy rozległ się gong, jaszczura wypuszczono z klatki. Saurus ryknął triumfalnie i ruszył na niziołka chcąc zmienić go w krwawą miazgę. Alfred zwinnie uchylił się od szarży. Mały wojownik precyzyjnie pchnął lecz trafił wtylko w zbroję. Rapier po prostu się na niej wygiął. Saurus .odwrócił się zamachnąwszy się halabardą. Niziołek przykucnął i ostrze niegroźnie przemknęło nad jego głową. Od razu wykorzystał sytuację atakując. Niestety i skóra pokryta łuskami i zbroja okazała się dla niego za twarda po raz kolejny. Co gorsza odsłonił się Jaszczur po prostu dosięgnął go teraz swoją bronią odrzucając w tył. Saurus poszedł za ciosem i ponownie natychmiast zranił niewysokiego przeciwnika. Z niziołka spływała z wielu miejsc posoka. Ten szybkko chwycił buteleczkę i przytknął ją do ust. Jego ból jak ręką odjął a rany sięzasklepiły w wiekszosci. Sztyletem starał się rozorac gardło przeciwnikowi który zbliżył się już za bardzo. Saurus chwycił jego rękę w swą paszczę i szarpnął. Alfred wrzasną a śmierć zajrzała mu w oczy. Lok'Qua'Chaq chwycił malca i rzucił go o ziemię po czym przygwoździł do niej halabardą. Niziołek nie wstał już. Saurus pastwił się dalej nad jego truchłem dając upust już tylko swej rządzy krwi.
Czarodziej skinął głową. Kolejna walka a jakże podobna do pierwszej. Niezbyt emocjonująca a jednak krwawa. Co ciekawsze tych dwóch zwycięzców spotka się w drugiej rundzie. Czarodziej spodziewał się niezłego widowiska. Zatarł ręcę.
To nie była godna walka, to nie była honorowa walka, ale jaszczur miał to gdzieś. Po chwili pastwienia się nad zwłokami, czując krew najpierw w powietrzu, potem zaś jej kosztując, jaszczur uspokoił się lekko, dawno nie czuł tego błogiego stanu, krew działała na niego zarówno uspokajająco lecz zawsze kiedy ją czuł miał ochotę na więcej. Krew była dobra. Jaszczur rozejrzał się dumnie po zgromadzonej publice, najbardziej zwrócił uwagę na jedną postać, od której czuł podobną aurę od tej którą można było wyczuwać lata temu od samych wielebnych Slannów, długo nie zaprzątał sobie tym głowy i ryknął głośno pokazując że to on jest zwycięzcą, i czeka na kolejnego marnego przeciwnika, po czym wrócił do klatki, niecierpliwie usiadł i ryknął sam do siebie: Więcej krwi....