
Arena nr 30 (Czeluścia Karak-Kadrin)
Re: Arena nr 30 (Czeluścia Karak-Kadrin)
Ach, kurde. Nawet lubiłem tego klechę 

"Spam jest sztuką, której nikt nie potrafi zrozumieć" - Anyix
"Pan Bóg nie gra w kości" - Albert Einstein
"Bo gra w Warhammera!" - Sa!nt
"Pan Bóg nie gra w kości" - Albert Einstein
"Bo gra w Warhammera!" - Sa!nt
- Naviedzony
- Wielki Nieczysty Spamer
- Posty: 6354
[kostki są nieubłagane, nie będzie mnie w piątek i sobotę, do tamtego czasu być może zdążę rozegrać jeszcze jedną walkę]
- Naviedzony
- Wielki Nieczysty Spamer
- Posty: 6354
Dni mijały, a wyryte w kamieniu areny imiona uczestników coraz gęściej jarzyły się krwistą czerwienią. Oto na oczach rozentuzjazmowanego tłumu następna para podświetliła się na niebiesko, co oznaczało rychły początek kolejnej walki.
Walka pierwsza: Gagroghz Janiewiedziećcomizrobić vs Ula'tho'issh'is Topielec, Upiór wśród Mgieł
Walka druga: Slaup Pożeracz Dusz, Wybraniec trzewi vs Filamar Oblicze Cienia
Walka trzecia: Tharri Tharrison vs Grinchai
Walka czwarta: Aachenre Neferkare vs Elhrius znad Błękitnej Wody
Walka piąta: Błogosławiony Undrag Żelazny Kieł vs Piotr von Carstein
Walka szósta: Nathanek vs Joachim Schreiber
Walka siódma: Carlini da Giabenolom vs Quetzal-Rog
Walka ósma: Svarrsoon Mocarny vs Garron Rufinson
Walka pierwsza: Gagroghz Janiewiedziećcomizrobić vs Ula'tho'issh'is Topielec, Upiór wśród Mgieł
Walka druga: Slaup Pożeracz Dusz, Wybraniec trzewi vs Filamar Oblicze Cienia
Walka trzecia: Tharri Tharrison vs Grinchai
Walka czwarta: Aachenre Neferkare vs Elhrius znad Błękitnej Wody
Walka piąta: Błogosławiony Undrag Żelazny Kieł vs Piotr von Carstein
Walka szósta: Nathanek vs Joachim Schreiber
Walka siódma: Carlini da Giabenolom vs Quetzal-Rog
Walka ósma: Svarrsoon Mocarny vs Garron Rufinson
- The WariaX
- Falubaz
- Posty: 1005
- Lokalizacja: Rybnik i okolice
Kurcze no, i moja klecha poległa
no trudno, ale starcie jakże epickie
Duch Nathanka wznosił się poza mury areny. Wtedy zrozumiał wszystko. Cała arena była oblepiona czarnymi mackami. Zło i chaos w pełni wypełniał tę ponurą krasnoludzką twierdzę.
-To dlatego wielki krasnoludzki duch opuścił tę twierdzę..... - były to ostatnie słowa Nathanka, kiedy jego dusza zniknęła w zaświaty.


Duch Nathanka wznosił się poza mury areny. Wtedy zrozumiał wszystko. Cała arena była oblepiona czarnymi mackami. Zło i chaos w pełni wypełniał tę ponurą krasnoludzką twierdzę.
-To dlatego wielki krasnoludzki duch opuścił tę twierdzę..... - były to ostatnie słowa Nathanka, kiedy jego dusza zniknęła w zaświaty.

Zapraszam do mojej galerii

http://forum.wfb-pol.org/viewtopic.php?f=10&t=35475
Maluję na zamówienie:
http://forum.wfb-pol.org/viewtopic.php? ... 13#p990613
Carlini przyglądał się liście walk
- kla … kła .. kwetzal frog? Co to ma do cholery być? Co to w ogóle jest!- krzyczał inżynier.
- Spokojnie, to tylko jaszczuroczłek, uczyliśmy się o nich w akademii. Pochodzi z Lusrii i wygląda jak … hmm wielka człekokształtna jaszczurka. Zresztą za niedługo sam zobaczysz. – odpowiedział Leonard – Z tego co wiem mają one dość twardą skórę, ale dla twojej eee … broni nie powinno to stanowić zbytniej przeszkody.
- Zmutowany gad? Wspaniale, lepiej być nie może. Ciekawe co mnie jeszcze czeka na tej przeklętej arenie?
- Nie narzekaj tylko chodź na następną walkę
Spóźnili się. Większość wampira wynoszono właśnie z placu boju, natomiast resztki czaszki były zbierane przez Wojownika Korna jako ofiara dla swego mrocznego bóstwa. Chwilę potem on także udał się na zewnątrz podśpiewując jakąś straszliwą piosenkę o meblach z czaszek. Szybko uprzątnięto Arenę i chwile potem rozgorzała następna walka.
Carlini z niesmakiem patrzył jak w tumanie kurzu ścierają się ze sobą dwaj kolejni wojownicy. Inżynier polubił obu z tych ludzi. Podziwiał siłę i zręczność najemnika, z drugiej strony niezachwiana wiara i kwieciste kazania kapłana zrobiły na nim duże wrażenie. Gdy więc Nathanek padł po desperackim ataku Scheirbera, nie wył z radości jak reszta tłumu. Umarł przecież jeden z obrońców wiary w Imperium, co wzmocniło straszliwą potęgę Chaosu. Nie miał jednak czasu na dalsze rozmyślania, walczył w następnym starciu. Trzeba się do niego dobrze przygotować.
Najpierw udał się da magazynu. Sprawdziwszy, czy go nikt nie obserwuje, uzupełnił to pełna zapas paliwa w cepie. Gdyby ktoś ,,przypadkiem” wylał beczkę z paliwem było by już po nim. Schowawszy baryłkę, udał się do pokoju aby dokonać ostatnich napraw. Wypolerował i nabił strzelbę, naoliwi zębatki i dokręcił łańcuch łączący kulę z cepem. Miał nadzieję, że wytrzyma. Następnie wypił z magiem być morze ostatnie w życiu piwo, ubrał skórznie, i dzierżąc w ręku swą niezwykłą broń udał się w stronę Areny, aby dopełnić swego przeznaczenia. (ale patos)
Nawiedzony, cieszę się że tak bardzo zaangarzowałeś się w prowadzenie areny, ale czy mógłbyś trochę zmniejszyć tempo, gdyż nie wszyscy nadążają z pisaniem tekstów. do np 2. - max 3 walk na tydzień
.
P.S. Naprawdę emocjonujące i nieprzewidywalne walki. Gratulacje!!!
- kla … kła .. kwetzal frog? Co to ma do cholery być? Co to w ogóle jest!- krzyczał inżynier.
- Spokojnie, to tylko jaszczuroczłek, uczyliśmy się o nich w akademii. Pochodzi z Lusrii i wygląda jak … hmm wielka człekokształtna jaszczurka. Zresztą za niedługo sam zobaczysz. – odpowiedział Leonard – Z tego co wiem mają one dość twardą skórę, ale dla twojej eee … broni nie powinno to stanowić zbytniej przeszkody.
- Zmutowany gad? Wspaniale, lepiej być nie może. Ciekawe co mnie jeszcze czeka na tej przeklętej arenie?
- Nie narzekaj tylko chodź na następną walkę
Spóźnili się. Większość wampira wynoszono właśnie z placu boju, natomiast resztki czaszki były zbierane przez Wojownika Korna jako ofiara dla swego mrocznego bóstwa. Chwilę potem on także udał się na zewnątrz podśpiewując jakąś straszliwą piosenkę o meblach z czaszek. Szybko uprzątnięto Arenę i chwile potem rozgorzała następna walka.
Carlini z niesmakiem patrzył jak w tumanie kurzu ścierają się ze sobą dwaj kolejni wojownicy. Inżynier polubił obu z tych ludzi. Podziwiał siłę i zręczność najemnika, z drugiej strony niezachwiana wiara i kwieciste kazania kapłana zrobiły na nim duże wrażenie. Gdy więc Nathanek padł po desperackim ataku Scheirbera, nie wył z radości jak reszta tłumu. Umarł przecież jeden z obrońców wiary w Imperium, co wzmocniło straszliwą potęgę Chaosu. Nie miał jednak czasu na dalsze rozmyślania, walczył w następnym starciu. Trzeba się do niego dobrze przygotować.
Najpierw udał się da magazynu. Sprawdziwszy, czy go nikt nie obserwuje, uzupełnił to pełna zapas paliwa w cepie. Gdyby ktoś ,,przypadkiem” wylał beczkę z paliwem było by już po nim. Schowawszy baryłkę, udał się do pokoju aby dokonać ostatnich napraw. Wypolerował i nabił strzelbę, naoliwi zębatki i dokręcił łańcuch łączący kulę z cepem. Miał nadzieję, że wytrzyma. Następnie wypił z magiem być morze ostatnie w życiu piwo, ubrał skórznie, i dzierżąc w ręku swą niezwykłą broń udał się w stronę Areny, aby dopełnić swego przeznaczenia. (ale patos)
Nawiedzony, cieszę się że tak bardzo zaangarzowałeś się w prowadzenie areny, ale czy mógłbyś trochę zmniejszyć tempo, gdyż nie wszyscy nadążają z pisaniem tekstów. do np 2. - max 3 walk na tydzień

P.S. Naprawdę emocjonujące i nieprzewidywalne walki. Gratulacje!!!

- Naviedzony
- Wielki Nieczysty Spamer
- Posty: 6354
Siódma Walka: Carlini da Giabenolom vs Quetzal-Rog
Pierwszy na piaskach areny pojawił się człowiek. Carlini da Giabenolom stanął przy jednej z kolumn i oparł się nonszalancko o nagrzane płomieniem pochodni kamienie. Starał się wyglądać na rozluźnionego, ale zaciśnięte nerwowo dłonie, muskające błyszczącą lufę strzelby, świadczyły o czymś wprost przeciwnym. Powiódł wzrokiem po widzach, ale nigdzie nie mógł dostrzec Leonarda. Poczuł się jeszcze gorzej.
Wtem krata podniosła się przy wtórze dźwięczącego metalu i saurus Quetzal-Rog wbił swoje upazurzone stopy w piach areny. Jego nozdrza zadrgały, a wargi rozsunęły się, demonstrując imponujące uzębienie. Był wielkim potworem, co do tego Carlini nie miał wątpliwości, lecz niepokojąco inteligentny błysk w żółtych ślepiach zdradzał w nim również przebiegłego wroga.
Rozległ się gong i jaszczuroczłek błyskawicznie zerwał się do biegu. Carlini poczuł się jakby czas zwolnił. Był gdzieś obok, nagle spokojny i zimny. Kolba muszkietu podniosła się i oparła o jego bark. Quetzal-Rog pędził, pokonując kilka kroków jednym susem. Głowa Carliniego przechyliła się. Palec dotknął spustu. Kropla śliny spadła z jaszczurczego jęzora i spadała, spadała, spadała lśniąc w świetle pochodni. Palec strzelca zaciskał się powoli na metalowym jęzorze spustu.
Huknął strzał.
Głowa Quetzal-Roga odskoczyła do tyłu jak uderzona kafarem. Bluznęła chmurka krwi i kawałków łuskowego pancerza. Saurus szarpnął głową i wpadł na Carliniego przewracając go swoją masą. Carlini odturlał się szybko i wstał dobywając mechanicznego cepa. Quetzal-Rog zaryczał potężnie i rzucił się na swojego adwersarza. Z lewej strony jego głowy rozwierała swe poszarpane brzegi wielka szrama. Po lewym oku zostało już tylko wspomnienie i krwawa maź na łuskach. Mimo tego saurus atakował nadal. Przypadł do inżyniera i zasypał go gradem ciosów. Wszystkie dosięgły celu.
Carlini da Giabenolom stracił wiarę we własne siły. Saurus okazał się przerażająco wytrzymałym przeciwnikiem o ponadprzeciętnych umiejętnościach. Nabijany ostrym krzemieniem miecz śmignął mu obok głowy rozcinając ramię i rozpruwając skórę na piersi. Następny cios wbił się w nogę inżyniera, a kolejny pogłębił ranę na ramieniu. Paszcza jaszczura wystrzeliła do przodu, lecz brak oka pozbawił Quetzal-Roga celności. Carlini uchylił się i potworne zębiska zacisnęły się na jego uchu, doszczętnie je rozrywając.
Tylko mechaniczny cep ocalił Carliniemu życie. Koło zamachowe uruchomiło się z warkotem podcinając saurusowi nogi. Inżynier, który ledwo trzymał się już na nogach uderzył raz jeszcze, z góry. Cios, który miał zabić, spadł na kostkę jaszczura i zdruzgotał ją zupełnie. Carlini zatoczył się jednak do tyłu, czując jak ból i upływ krwi zasłaniają mu oczy ciemnymi plamkami. Sięgnął zdrową ręką pod kaftan i wyjął małą buteleczkę. Utrącił jej szyjkę i wlał sobie gęsty, czerwony płyn do gardła. Ulga była niemal namacalna.
Quetzal-Rog zbierał się tymczasem z ziemi. Wbrew nadziejom publiczności nie zdołał już wstać. Carlini podszedł i podniósł swój bojowy cep. Koło zamachowe zawarczało głośno i ciężka końcówka cepu wbiła się w miękkie podbrzusze jaszczura. Raniony zawył strasznym, niemal ludzkim głosem.
Inżynier wiedział, że jest już po walce. Chciał odejść, ale pełne bólu ryki zatrzymały go w miejscu. Zrobiło mu się żal skulonej na piachu bestii. Sięgnął po swój muszkiet i zaczął go nabijać. Szybkie, wprawne ruchy wtłoczyły do lufy proch i ołowiany pocisk.
Zrobiło się całkiem cicho.
Carlini da Giabenolom podszedł i wycelował z bliska.
Spojrzał w mętne oko saurusa i zobaczył w nim wdzięczność.
Strzelba plunęła ogniem, a ciężki pocisk odnalazł swoje krwawe przeznaczenie. Rozległy się brawa i pojedyncze okrzyki. Carlini, obolały i zmęczony zszedł z areny, znacząc swoje kroki krwią z pokiereszowanej nogi. Otępienie wywołane miksturą coraz bardziej dawało mu się we znaki i kiedy znalazł go Leonard, spał już mocno na zimnych, krasnoludzkich kamieniach.
Pierwszy na piaskach areny pojawił się człowiek. Carlini da Giabenolom stanął przy jednej z kolumn i oparł się nonszalancko o nagrzane płomieniem pochodni kamienie. Starał się wyglądać na rozluźnionego, ale zaciśnięte nerwowo dłonie, muskające błyszczącą lufę strzelby, świadczyły o czymś wprost przeciwnym. Powiódł wzrokiem po widzach, ale nigdzie nie mógł dostrzec Leonarda. Poczuł się jeszcze gorzej.
Wtem krata podniosła się przy wtórze dźwięczącego metalu i saurus Quetzal-Rog wbił swoje upazurzone stopy w piach areny. Jego nozdrza zadrgały, a wargi rozsunęły się, demonstrując imponujące uzębienie. Był wielkim potworem, co do tego Carlini nie miał wątpliwości, lecz niepokojąco inteligentny błysk w żółtych ślepiach zdradzał w nim również przebiegłego wroga.
Rozległ się gong i jaszczuroczłek błyskawicznie zerwał się do biegu. Carlini poczuł się jakby czas zwolnił. Był gdzieś obok, nagle spokojny i zimny. Kolba muszkietu podniosła się i oparła o jego bark. Quetzal-Rog pędził, pokonując kilka kroków jednym susem. Głowa Carliniego przechyliła się. Palec dotknął spustu. Kropla śliny spadła z jaszczurczego jęzora i spadała, spadała, spadała lśniąc w świetle pochodni. Palec strzelca zaciskał się powoli na metalowym jęzorze spustu.
Huknął strzał.
Głowa Quetzal-Roga odskoczyła do tyłu jak uderzona kafarem. Bluznęła chmurka krwi i kawałków łuskowego pancerza. Saurus szarpnął głową i wpadł na Carliniego przewracając go swoją masą. Carlini odturlał się szybko i wstał dobywając mechanicznego cepa. Quetzal-Rog zaryczał potężnie i rzucił się na swojego adwersarza. Z lewej strony jego głowy rozwierała swe poszarpane brzegi wielka szrama. Po lewym oku zostało już tylko wspomnienie i krwawa maź na łuskach. Mimo tego saurus atakował nadal. Przypadł do inżyniera i zasypał go gradem ciosów. Wszystkie dosięgły celu.
Carlini da Giabenolom stracił wiarę we własne siły. Saurus okazał się przerażająco wytrzymałym przeciwnikiem o ponadprzeciętnych umiejętnościach. Nabijany ostrym krzemieniem miecz śmignął mu obok głowy rozcinając ramię i rozpruwając skórę na piersi. Następny cios wbił się w nogę inżyniera, a kolejny pogłębił ranę na ramieniu. Paszcza jaszczura wystrzeliła do przodu, lecz brak oka pozbawił Quetzal-Roga celności. Carlini uchylił się i potworne zębiska zacisnęły się na jego uchu, doszczętnie je rozrywając.
Tylko mechaniczny cep ocalił Carliniemu życie. Koło zamachowe uruchomiło się z warkotem podcinając saurusowi nogi. Inżynier, który ledwo trzymał się już na nogach uderzył raz jeszcze, z góry. Cios, który miał zabić, spadł na kostkę jaszczura i zdruzgotał ją zupełnie. Carlini zatoczył się jednak do tyłu, czując jak ból i upływ krwi zasłaniają mu oczy ciemnymi plamkami. Sięgnął zdrową ręką pod kaftan i wyjął małą buteleczkę. Utrącił jej szyjkę i wlał sobie gęsty, czerwony płyn do gardła. Ulga była niemal namacalna.
Quetzal-Rog zbierał się tymczasem z ziemi. Wbrew nadziejom publiczności nie zdołał już wstać. Carlini podszedł i podniósł swój bojowy cep. Koło zamachowe zawarczało głośno i ciężka końcówka cepu wbiła się w miękkie podbrzusze jaszczura. Raniony zawył strasznym, niemal ludzkim głosem.
Inżynier wiedział, że jest już po walce. Chciał odejść, ale pełne bólu ryki zatrzymały go w miejscu. Zrobiło mu się żal skulonej na piachu bestii. Sięgnął po swój muszkiet i zaczął go nabijać. Szybkie, wprawne ruchy wtłoczyły do lufy proch i ołowiany pocisk.
Zrobiło się całkiem cicho.
Carlini da Giabenolom podszedł i wycelował z bliska.
Spojrzał w mętne oko saurusa i zobaczył w nim wdzięczność.
Strzelba plunęła ogniem, a ciężki pocisk odnalazł swoje krwawe przeznaczenie. Rozległy się brawa i pojedyncze okrzyki. Carlini, obolały i zmęczony zszedł z areny, znacząc swoje kroki krwią z pokiereszowanej nogi. Otępienie wywołane miksturą coraz bardziej dawało mu się we znaki i kiedy znalazł go Leonard, spał już mocno na zimnych, krasnoludzkich kamieniach.
Svarrsoon był gotowy. Stał przed bramą, odziany w skóry, z toporem w ręce i toporkami do rzucania w szarży przy pasie. Czuł nadchodzącą rzeź.
Tak. Pokaże temu krasnalowi, co to znaczy pojedynek...
Mam przeczucie, że strzelec wygrał minimalnie...
Yeah, jestem następny! Kiedy mogę się spodziewać?
Tak. Pokaże temu krasnalowi, co to znaczy pojedynek...
Mam przeczucie, że strzelec wygrał minimalnie...

Yeah, jestem następny! Kiedy mogę się spodziewać?
"Spam jest sztuką, której nikt nie potrafi zrozumieć" - Anyix
"Pan Bóg nie gra w kości" - Albert Einstein
"Bo gra w Warhammera!" - Sa!nt
"Pan Bóg nie gra w kości" - Albert Einstein
"Bo gra w Warhammera!" - Sa!nt
- Naviedzony
- Wielki Nieczysty Spamer
- Posty: 6354
Carlini wygrał na prawdę minimalnie. Gdyby nie fartowny strzał na początku (na prawdę BARDZO fartowny) zostałby totalnie zmiażdżony.
Jutro 9 godzin na uczelni, więc walka odbędzie się najpóźniej w środę.
Jutro 9 godzin na uczelni, więc walka odbędzie się najpóźniej w środę.
- The WariaX
- Falubaz
- Posty: 1005
- Lokalizacja: Rybnik i okolice
Gratki
Swoją drogą, zdarzyła się kiedyś arena, żeby jakikolwiek Saurus wygrał swoją I bitwę? : P

Swoją drogą, zdarzyła się kiedyś arena, żeby jakikolwiek Saurus wygrał swoją I bitwę? : P

Zapraszam do mojej galerii

http://forum.wfb-pol.org/viewtopic.php?f=10&t=35475
Maluję na zamówienie:
http://forum.wfb-pol.org/viewtopic.php? ... 13#p990613
O, kolejna miksturka w kosmos
.
Slaup się niecierpliwił, za długo już błąkał się po tych korytarzach nie zabijając nikogo. Co gorsza, czuł jak kolejne krwawe walki odbywają się tuż obok niego. Ale już wkrótce nadejdzie jego kolej...

Slaup się niecierpliwił, za długo już błąkał się po tych korytarzach nie zabijając nikogo. Co gorsza, czuł jak kolejne krwawe walki odbywają się tuż obok niego. Ale już wkrótce nadejdzie jego kolej...
kubencjusz pisze:Młody. Było powiedziane czwartek. Spójrz na kalendarz. Spójrz na ten post. Spójrz jeszcze raz na kalendarz. Dziś nie jest czwartek. Siedzę na koniu.
Undrag z zaciekawieniem oglądał starcie człeczyny z jaszczurem. Mimo dużej ilości stoczonych walk i wielu wypraw łupieszczych nie widział jeszcze Lizardmena na żywo. Po cichu stawiał na lizaka bo nienawidził tchórzy korzystających z broni zasięgowej. Jednak Saurus nie dał rady i zgnije gdzieś jako bezimienny uczestnik Areny.
Undrag wracał do swojej komnaty gdy nagle w ciemności korytarza usłyszał cichy pisk... Pewniej ścisnął swój topór w dłoni i ostrożnie ruszył w ciemniejszą część jednego z korytarzy wokół Areny. W pewnym momencie usłyszał oszałamiający ryk i szczęk stali uderzającej o stal. Ruszył szybkim krokiem i kilkanaście metrów dalej wbiegł do niedużej jaskini i zobaczył wielką postać atakowaną przez pieprzone Skaveny. To był Slaup...! Ogr starał się utrzymać z daleka napierające na niego szczury, które otoczyły go z trzech stron, plecy Slaupa chroniła ściana jaskini do której przyległ żeby uniknąć ataku od tyłu. Undrag nie zastanawiał się zbyt długo i ruszył do walki, trochę treningu nie zaszkodzi. Wpadł między Skaveny i zaczął bezlitośnie wyrzynać futrzastych śmierdzieli. W pierwszych chwilach walki zaskoczone Szczuroczłeki ginęły na potęgę ale po kilku chwilach i tuzinie położonych trupem futrzaków zaczęli się organizować i podjęli walkę na dwa fronty. Tymczasem Slaup częściowo odciążony przez Wybrańca mógł się rozkręcić i zrobić lepszy użytek ze swojej broni, ponieważ do tej pory w natłoku ciał nie mógł porządnie machnąć swoim ostrzem. Undrag właśnie ściął głowę ubranemu w łachmany niewolnikowi, gdy na drodze stanęło mu dwóch Stormverminów uzbrojonych w długie halabardy. Natarli jednocześnie i Wojownik z trudem uniknął ich ostrzy, jedno zbił na bok swoją tarczą, a drugie zakleszczył w zagięciu styliska swego topora i szybkim ruchem złamał w pół. Skaven z ułamaną bronią cofnął się na chwilę żeby wyciągnąć zardzewiały miecz. To wystarczyło Undragowi, natychmiast ciął na odlew dosięgając klatki piersiowej drugiego Stormvermina, zgrzytnął metal i pancerz pękł, a spod niego trysnęła krew i szczuroczłek krzyknął w przedśmiertnej agonii. Drugi Szturmowiec widząc śmierć kamrata wypuścił piżmo strachu i uciekł do pobliskiego korytarza. Jednocześnie z kilku innych wejść do jaskini Undrag usłyszał tupot stóp i okrzyki alarmowe. Skavenów było mnustwo więc prędzej, czy później on i Slaup mogą potrzebować pomocy żeby wyjść z życiem z tej walki...
Zacząłem małą zadymę żeby troszkę rozruszać towarzystwo, każdy z uczestników może się dołączyć, także mistrz gry może coś dorzucić... Slaupa już włączyłem do walki, Majestic mam nadzieję że nie masz nic przeciwko
Wpisujcie swoich Herosów, może akurat są w pobliżu i włączą się do walki ze Skavenami.
Undrag wracał do swojej komnaty gdy nagle w ciemności korytarza usłyszał cichy pisk... Pewniej ścisnął swój topór w dłoni i ostrożnie ruszył w ciemniejszą część jednego z korytarzy wokół Areny. W pewnym momencie usłyszał oszałamiający ryk i szczęk stali uderzającej o stal. Ruszył szybkim krokiem i kilkanaście metrów dalej wbiegł do niedużej jaskini i zobaczył wielką postać atakowaną przez pieprzone Skaveny. To był Slaup...! Ogr starał się utrzymać z daleka napierające na niego szczury, które otoczyły go z trzech stron, plecy Slaupa chroniła ściana jaskini do której przyległ żeby uniknąć ataku od tyłu. Undrag nie zastanawiał się zbyt długo i ruszył do walki, trochę treningu nie zaszkodzi. Wpadł między Skaveny i zaczął bezlitośnie wyrzynać futrzastych śmierdzieli. W pierwszych chwilach walki zaskoczone Szczuroczłeki ginęły na potęgę ale po kilku chwilach i tuzinie położonych trupem futrzaków zaczęli się organizować i podjęli walkę na dwa fronty. Tymczasem Slaup częściowo odciążony przez Wybrańca mógł się rozkręcić i zrobić lepszy użytek ze swojej broni, ponieważ do tej pory w natłoku ciał nie mógł porządnie machnąć swoim ostrzem. Undrag właśnie ściął głowę ubranemu w łachmany niewolnikowi, gdy na drodze stanęło mu dwóch Stormverminów uzbrojonych w długie halabardy. Natarli jednocześnie i Wojownik z trudem uniknął ich ostrzy, jedno zbił na bok swoją tarczą, a drugie zakleszczył w zagięciu styliska swego topora i szybkim ruchem złamał w pół. Skaven z ułamaną bronią cofnął się na chwilę żeby wyciągnąć zardzewiały miecz. To wystarczyło Undragowi, natychmiast ciął na odlew dosięgając klatki piersiowej drugiego Stormvermina, zgrzytnął metal i pancerz pękł, a spod niego trysnęła krew i szczuroczłek krzyknął w przedśmiertnej agonii. Drugi Szturmowiec widząc śmierć kamrata wypuścił piżmo strachu i uciekł do pobliskiego korytarza. Jednocześnie z kilku innych wejść do jaskini Undrag usłyszał tupot stóp i okrzyki alarmowe. Skavenów było mnustwo więc prędzej, czy później on i Slaup mogą potrzebować pomocy żeby wyjść z życiem z tej walki...
Zacząłem małą zadymę żeby troszkę rozruszać towarzystwo, każdy z uczestników może się dołączyć, także mistrz gry może coś dorzucić... Slaupa już włączyłem do walki, Majestic mam nadzieję że nie masz nic przeciwko

Wpisujcie swoich Herosów, może akurat są w pobliżu i włączą się do walki ze Skavenami.
Welcome to the Tower of Rising Sun.
Moja galeria: http://forum.wfb-pol.org/viewtopic.php?f=10&t=28122
Kupię RÓŻNE RÓŻNOŚCI: http://forum.wfb-pol.org/viewtopic.php?f=55&t=42454
Moja galeria: http://forum.wfb-pol.org/viewtopic.php?f=10&t=28122
Kupię RÓŻNE RÓŻNOŚCI: http://forum.wfb-pol.org/viewtopic.php?f=55&t=42454
- Naviedzony
- Wielki Nieczysty Spamer
- Posty: 6354
- Panie mój! - spocony Zabójca dopadł tronu, na którym spoczywał Ungrim Żelazna Pięść, potężny władca krasnoludów - Skaveny na niższych korytarzach twierdzy! Atakują uczestników naszej areny!
Ungrim wstał. Pancerz zachrzęścił.
- Natychmiast odeprzeć atakujących i odeskortować zawodników do twierdzy! Śmierć jednego z nich to hańba, której nie zmyłaby nawet pomarańczowa broda.
Zabójca pobiegł wypełniać rozkaz, a już po chwili w tunelach Karak-Kadrin zaroiło się od długobrodych wojowników. Chaosu dopełnił jeszcze fakt, że oto następna para zawodników rozjarzyła się niebieskim światłem, lśniąc w mroku niczym rój bagiennych ogników.
Walka pierwsza: Gagroghz Janiewiedziećcomizrobić vs Ula'tho'issh'is Topielec, Upiór wśród Mgieł
Walka druga: Slaup Pożeracz Dusz, Wybraniec trzewi vs Filamar Oblicze Cienia
Walka trzecia: Tharri Tharrison vs Grinchai
Walka czwarta: Aachenre Neferkare vs Elhrius znad Błękitnej Wody
Walka piąta: Błogosławiony Undrag Żelazny Kieł vs Piotr von Carstein
Walka szósta: Nathanek vs Joachim Schreiber
Walka siódma: Carlini da Giabenolom vs Quetzal-Rog
Walka ósma: Svarrsoon Mocarny vs Garron Rufinson
Ungrim wstał. Pancerz zachrzęścił.
- Natychmiast odeprzeć atakujących i odeskortować zawodników do twierdzy! Śmierć jednego z nich to hańba, której nie zmyłaby nawet pomarańczowa broda.
Zabójca pobiegł wypełniać rozkaz, a już po chwili w tunelach Karak-Kadrin zaroiło się od długobrodych wojowników. Chaosu dopełnił jeszcze fakt, że oto następna para zawodników rozjarzyła się niebieskim światłem, lśniąc w mroku niczym rój bagiennych ogników.
Walka pierwsza: Gagroghz Janiewiedziećcomizrobić vs Ula'tho'issh'is Topielec, Upiór wśród Mgieł
Walka druga: Slaup Pożeracz Dusz, Wybraniec trzewi vs Filamar Oblicze Cienia
Walka trzecia: Tharri Tharrison vs Grinchai
Walka czwarta: Aachenre Neferkare vs Elhrius znad Błękitnej Wody
Walka piąta: Błogosławiony Undrag Żelazny Kieł vs Piotr von Carstein
Walka szósta: Nathanek vs Joachim Schreiber
Walka siódma: Carlini da Giabenolom vs Quetzal-Rog
Walka ósma: Svarrsoon Mocarny vs Garron Rufinson
-Za przodków! Za klany! - Wykrzyczał Svarrsonn, stojąc przed bramą, oczekując swego przeznaczenia
No czekam z niecierpliwością
No czekam z niecierpliwością

"Spam jest sztuką, której nikt nie potrafi zrozumieć" - Anyix
"Pan Bóg nie gra w kości" - Albert Einstein
"Bo gra w Warhammera!" - Sa!nt
"Pan Bóg nie gra w kości" - Albert Einstein
"Bo gra w Warhammera!" - Sa!nt
Światło bijące od świec zaglądało niechętnie do każdego, najmroczniejszego nawet zakamarku pokoju. Zimna kamienna podłoga nie była idealnym miejscem na wypoczynek. No cóż. Nikt niczego nie obiecywał. Joachim Schreiber zgramolił się powolnie z niewygodnego 'łoża'. Głowa pulsowała od bólu, a organizm domagał się posiłku. Przymrużonymi oczyma dojrzał komodę stojącą naprzeciw łóżka, a na nim kufel oraz talerz. Najemnik powoli doszedł do mebla. Wytrzeszczył oczy. To był porządny kawałek mięsiwa. Nie zastanawiał się ani chwili; na jadło rzucił się jak dziki zwierz. Nie zdążył jeszcze mrugnąć, a ostatni kęs zalegał w jego brzuchu. Szybko chwycił kufel. Po czym wlał w siebie całą zawartość. Skrzywił się natychmiastowo. Uderzył go okropny, gorzki smak.
- Cholera jasssna. - zaklął - Csooo to jest?
Splunął siarczyście. Koniec końców zaspokoił głód, a ciecz to zapewne jakiś medykament. Joachim potrzebował powietrza - nawet powietrza krasnoludzkich podziemi. Otworzył drzwi...
Nieprzerwana praca, determinacja, ruch. No tak to w końcu dom istot szczycących się tymi atrybutami. Schreiber zaciągnął się powietrzem. Rozległe hale trudne były do okiełzania ludzkiemu oku. Ogrom tego miejsca był zdumiewający, a zarazem przytłaczający. Człowiek przerwał swoje rozmyślania. Ruszył w stronę areny. W kilka chwil rozpłynął się w krasnoludzkim tłumie.
Gdy był już blisko usłyszał niepokojący odgłos z jaskini obok. To szczęk oręża!
- Ciekawe czy niczego nie zapomniałem.- pomyślał.
Ruszył w stronę groty. Zza rogu wyłonił się zadziwiający widok. Ohydni szczuroludzie otoczyli potężnego ogra i wojownika chaosu. To byli uczestnicy areny.
- I po co ja im pomagam. - zadał sobie pytanie, po czym...
Runął na skaveny jak żywe wcielenie furii. Niczym Święty Sigmar na Przełęczy Czarnego Ognia.
- Gińcie gnoje! - wrzasnął. Ciął na odlew. To w lewo, to w prawo. Skarlałe szczury padały niczym koszone zboża. Jedno po drugim. Cięcie od lewej. Blok. Piruet. Cięcie. Jednak skavenów było coraz więcej. Najemnik wycofał się pod ścianę, wspomóc tymczasowych sojuszników. Szczury przedzierały się przez truchła pobratymców. Jakby niezrażone potęgą adwersarzy. Walka nie ustawała. Bestie Zatoczyły półokrąg w okół uczestników areny. Gladiatorzy dotykali plecami ściany jaskini. Z otchłani wylewały się kolejni i kolejni szczuroludzie. Wojownicy stali twarzą w twarz z przeznaczeniem...
- Cholera jasssna. - zaklął - Csooo to jest?
Splunął siarczyście. Koniec końców zaspokoił głód, a ciecz to zapewne jakiś medykament. Joachim potrzebował powietrza - nawet powietrza krasnoludzkich podziemi. Otworzył drzwi...
Nieprzerwana praca, determinacja, ruch. No tak to w końcu dom istot szczycących się tymi atrybutami. Schreiber zaciągnął się powietrzem. Rozległe hale trudne były do okiełzania ludzkiemu oku. Ogrom tego miejsca był zdumiewający, a zarazem przytłaczający. Człowiek przerwał swoje rozmyślania. Ruszył w stronę areny. W kilka chwil rozpłynął się w krasnoludzkim tłumie.
Gdy był już blisko usłyszał niepokojący odgłos z jaskini obok. To szczęk oręża!
- Ciekawe czy niczego nie zapomniałem.- pomyślał.
Ruszył w stronę groty. Zza rogu wyłonił się zadziwiający widok. Ohydni szczuroludzie otoczyli potężnego ogra i wojownika chaosu. To byli uczestnicy areny.
- I po co ja im pomagam. - zadał sobie pytanie, po czym...
Runął na skaveny jak żywe wcielenie furii. Niczym Święty Sigmar na Przełęczy Czarnego Ognia.
- Gińcie gnoje! - wrzasnął. Ciął na odlew. To w lewo, to w prawo. Skarlałe szczury padały niczym koszone zboża. Jedno po drugim. Cięcie od lewej. Blok. Piruet. Cięcie. Jednak skavenów było coraz więcej. Najemnik wycofał się pod ścianę, wspomóc tymczasowych sojuszników. Szczury przedzierały się przez truchła pobratymców. Jakby niezrażone potęgą adwersarzy. Walka nie ustawała. Bestie Zatoczyły półokrąg w okół uczestników areny. Gladiatorzy dotykali plecami ściany jaskini. Z otchłani wylewały się kolejni i kolejni szczuroludzie. Wojownicy stali twarzą w twarz z przeznaczeniem...
- Klnę się na Sigmara - nigdy nie weźmiecie mnie żywcem, upadli słudzy ciemności!
- Nigdy nie zamierzaliśmy. Zastrzelcie go.
Takaris Fellblade, kapitan Czarnej Arki "Udręka"
- Nigdy nie zamierzaliśmy. Zastrzelcie go.
Takaris Fellblade, kapitan Czarnej Arki "Udręka"
Slaup, szerokim cięciem zdobył dla siebie nieco nieco przestrzeni (przestrzeń była w większości zasłana martwymi Skavenami). Widząc że część Skavenów ruszyła na ciężko opancerzonego wojownika chaosu i najemnika, który również dołączył się do walki, Trzewia popchnęły swoje naczynie wgłąb korytarza, nie zszedł tu w końcu bez powodu... Już z daleka wyczuł duszę którą mógł spokojnie się się pożywić, tym bardziej że głód stawał się powoli nie do zniesienia. Wyrąbując krwawą ścieżkę przez zastępy Szczuroludzi, dostrzegł za załomem korytarza Szczuroczłeka z rogami wyrastającymi ze skroni. Trzewia nie mogły uwierzyć że w tak mizernym ciałku mogła mieścić się tak silna dusza, dodatkowo zaprawiona magią i spaczeniem... Ogr ruszył na maleńką sylwetkę która zapiszczała z przerażenia, gdy z cienia wybiegło coś dorównujące niemal wielkością Slaupowi.
- Tak, tak! Zabij go Kościorwij, prędko! prędko! - Zapiszczał Skaven i pomknął wgłąb tunelu
Szczurogr z furią rzucił się na Slaupa, zadając potężny cios ostrzem wszytym w miejsce dłoni. Ogrze bóstwo, któremu właśnie odebrano smaczny kąsek, zirytowane zwróciło swego wyznawcę przeciwko kreaturze. Podjudzany przez Trzewia, Slaup ciosem maczugi zbił lecące ku niemu ostrze, łamiąc przy okazji łokieć potwora, po czym z furią zaczął rąbać cielsko szczurogra aż to nie przestało się ruszać. Slaup zamknął oczy, dusza była już za daleko by ją gonić.
Raaarrrr!
Z prędkością o którą niewielu podejrzewało by ogra, Slaup natarł na tyły topniejących szeregów szczuroludzi, kilku pierwszych zabił wściekłymi ciosami swych broni, po czym dojrzawszy nieco ciężej opancerzonego szczura, podniósł go w górę i wgryzł się w jego głowę. Po chwili jego szczęka została wyłamana z zawiasów i popiskujący cicho szturmoszczur znalazł śmierć w ogrzym żołądku.
To musi wystarczyć... oby następna dusza była smaczna...
Po czym zaczął wyrąbywać sobie drogę na wyższe poziomy, nie miał już czego tu szukać...
W ten oto sposób szary prorok Thanquol stracił kolejnego szczuroogra model "kościorwij"
.
- Tak, tak! Zabij go Kościorwij, prędko! prędko! - Zapiszczał Skaven i pomknął wgłąb tunelu
Szczurogr z furią rzucił się na Slaupa, zadając potężny cios ostrzem wszytym w miejsce dłoni. Ogrze bóstwo, któremu właśnie odebrano smaczny kąsek, zirytowane zwróciło swego wyznawcę przeciwko kreaturze. Podjudzany przez Trzewia, Slaup ciosem maczugi zbił lecące ku niemu ostrze, łamiąc przy okazji łokieć potwora, po czym z furią zaczął rąbać cielsko szczurogra aż to nie przestało się ruszać. Slaup zamknął oczy, dusza była już za daleko by ją gonić.
Raaarrrr!
Z prędkością o którą niewielu podejrzewało by ogra, Slaup natarł na tyły topniejących szeregów szczuroludzi, kilku pierwszych zabił wściekłymi ciosami swych broni, po czym dojrzawszy nieco ciężej opancerzonego szczura, podniósł go w górę i wgryzł się w jego głowę. Po chwili jego szczęka została wyłamana z zawiasów i popiskujący cicho szturmoszczur znalazł śmierć w ogrzym żołądku.
To musi wystarczyć... oby następna dusza była smaczna...
Po czym zaczął wyrąbywać sobie drogę na wyższe poziomy, nie miał już czego tu szukać...
W ten oto sposób szary prorok Thanquol stracił kolejnego szczuroogra model "kościorwij"

kubencjusz pisze:Młody. Było powiedziane czwartek. Spójrz na kalendarz. Spójrz na ten post. Spójrz jeszcze raz na kalendarz. Dziś nie jest czwartek. Siedzę na koniu.
Leonard razem z Gromgirem Ogrobójcom, krasnoludzkim zabójcą nieśli nieprzytomnego inżyniera. W celu jak najszybszego dotarcia do karczmy przechodzili przez słabiej uczęszczane korytarze krasnoludzkiej twierdzy.
Taa, jak ja zemdleję to jestem słabeuszem. – myślał czarodziej – A jak on padnie nieprzytomny to mu biją brawa i niosą na rękach. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie… - jego rozmyślania zostały przerwane przez dudnienie i sypanie się skał. Czyżby krasnoludka robota nie była wcale tak mistrzowska?
Nagle ściana w odległości dwudziestu metrów za nimi rozpadła się i wyłonił się z niej świecący zielonymi błyskawicami świder. Obsługiwała go para szczuropodobnych istot, a za nimi podążały kolejne szeregi napastników. Zarówno ludzie jak i skaveni zatrzymali się zaskoczeni niespodziewanym spotkaniem. Tylko krasnolud ruszył bez namysłu do szarży wznosząc jakiś pradawny okrzyk bojowy. Rozgorzała walka.
Leonard klęknął obok nieprzytomnego przyjaciela. Dzięki magicznej miksturze rany częściowo się zasklepiły, a krwawienie ustało, skutkiem uboczny była jednak parogodzinna śpiączka. Czarodziej uderzył inżyniera w twarz. Nie poskutkowało. Krasnolud wałczył dzielni, jednak ustępował pod naporem kłębiącej się masy futra i kłów. Trzeba było podjąć natychmiastowe działanie. Mag zaczerpnął moc z wiatru Azyr, formując inkantację, która miała przywrócić Carliniemu umysł jasny niczym serca gwiazd. Niestety, głęboko pod górami watry magii wiały słabo, dodatkowo cały eter przesiąknięty był zielonkawymi nitkami spaczmagii. Mimo to zaklęcie podziałało, jednak z mocno osłabionym efektem. Inżynier otworzył oczy.
-Wstawaj! Atakują nas skaveni! – krzyczał czarodziej – musimy uciekać! – Carlini próbował wstać, jednak zatoczył się i upadł na kolana. Zobaczył Zabójcę podającego pod ciosami zardzewiałych mieczy, i przelewającą się nad nim szczurzą hordę.
- Leon, plecak.- wychrypiał. Przyjaciel bez zbędnych pytań podał mu torbę. Wydobył z niej metaliczną czarną kule z przyciskami na wierzchu. Carlini nabył je za ogromną sumę od krasnoludzkiego inżyniera, w celu przebadania nowego rodzaju granatu, niewymagającego zapalania. Mając nadzieję że teraz zadziałają, wcisną guzik i rzuciła w nacierających napastników. Upadła prosto pod obsługę miotacza spaczognia. Efekt był piorunujący. Odłamki rozszarpały obsługę na kawałki, przebiły tłok urządzenia. W ostatniej chwili inżynier odwrócił wzrok. Zobaczył długie cienie rzucane przez wybuch zielonkawego ognia, usłyszał huk spadających kamieni i plaśnięcia zgniatanych szczuroczłeków. Obejrzał się za siebie. Tunel nadwyrężony podkopami zawalił się w wyniku eksplozji. Jednak stwierdził z przerażeniem, że znów rozległ się odgłos wiercenia i zapora zaczęła się powoli rozpadać.
Carlini oparty o ramię przyjaciela pobiegł w głąb tunelu. Po chwili z tyłu rozległy się piski nadchodzącej pogoni. Pędem wpadli do jaskini, jednakże tu też toczyła się zacięta walka. Najemnik i sługa Korna stali plecami do siebie, ogr z wywaloną szczęką latał i pożerał kolejne nieszczęsne ofiary, a stojący na poszatkowanym sczurzoogrze rogaty skaven piskliwym tonem wykrzykiwał jakieś straszliwe klątwy. Inżynier niewiele z tego rozumiał, jednak zdołał uchwycić wyrazy ,, plan, genialny, spisek, Skryre, układ, Moulder”. Gdyby nie okoliczności sytuacja wydawała by się naprawdę komiczna.
Choć był mocno osłabiony, impet szarży oraz atak na tyłu przeciwników spowodował zamierzony efekt. Szczury padały pod uderzeniami mieczy (zabrakło paliwa do cepa) i cofały się przed ludźmi. Jednak w połowie drogi zostali zatrzymani przez przeważającego przeciwnika i zostali zepchnięci po ścianę w odległości trzydziestu metrów od walczących sprzymierzeńców. Carlini poczuł odpływające od niego siły, a mgła przed jego oczami zrobiła się gęstsza podobnie jak nacierający na nich przeciwnicy.

Taa, jak ja zemdleję to jestem słabeuszem. – myślał czarodziej – A jak on padnie nieprzytomny to mu biją brawa i niosą na rękach. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie… - jego rozmyślania zostały przerwane przez dudnienie i sypanie się skał. Czyżby krasnoludka robota nie była wcale tak mistrzowska?
Nagle ściana w odległości dwudziestu metrów za nimi rozpadła się i wyłonił się z niej świecący zielonymi błyskawicami świder. Obsługiwała go para szczuropodobnych istot, a za nimi podążały kolejne szeregi napastników. Zarówno ludzie jak i skaveni zatrzymali się zaskoczeni niespodziewanym spotkaniem. Tylko krasnolud ruszył bez namysłu do szarży wznosząc jakiś pradawny okrzyk bojowy. Rozgorzała walka.
Leonard klęknął obok nieprzytomnego przyjaciela. Dzięki magicznej miksturze rany częściowo się zasklepiły, a krwawienie ustało, skutkiem uboczny była jednak parogodzinna śpiączka. Czarodziej uderzył inżyniera w twarz. Nie poskutkowało. Krasnolud wałczył dzielni, jednak ustępował pod naporem kłębiącej się masy futra i kłów. Trzeba było podjąć natychmiastowe działanie. Mag zaczerpnął moc z wiatru Azyr, formując inkantację, która miała przywrócić Carliniemu umysł jasny niczym serca gwiazd. Niestety, głęboko pod górami watry magii wiały słabo, dodatkowo cały eter przesiąknięty był zielonkawymi nitkami spaczmagii. Mimo to zaklęcie podziałało, jednak z mocno osłabionym efektem. Inżynier otworzył oczy.
-Wstawaj! Atakują nas skaveni! – krzyczał czarodziej – musimy uciekać! – Carlini próbował wstać, jednak zatoczył się i upadł na kolana. Zobaczył Zabójcę podającego pod ciosami zardzewiałych mieczy, i przelewającą się nad nim szczurzą hordę.
- Leon, plecak.- wychrypiał. Przyjaciel bez zbędnych pytań podał mu torbę. Wydobył z niej metaliczną czarną kule z przyciskami na wierzchu. Carlini nabył je za ogromną sumę od krasnoludzkiego inżyniera, w celu przebadania nowego rodzaju granatu, niewymagającego zapalania. Mając nadzieję że teraz zadziałają, wcisną guzik i rzuciła w nacierających napastników. Upadła prosto pod obsługę miotacza spaczognia. Efekt był piorunujący. Odłamki rozszarpały obsługę na kawałki, przebiły tłok urządzenia. W ostatniej chwili inżynier odwrócił wzrok. Zobaczył długie cienie rzucane przez wybuch zielonkawego ognia, usłyszał huk spadających kamieni i plaśnięcia zgniatanych szczuroczłeków. Obejrzał się za siebie. Tunel nadwyrężony podkopami zawalił się w wyniku eksplozji. Jednak stwierdził z przerażeniem, że znów rozległ się odgłos wiercenia i zapora zaczęła się powoli rozpadać.
Carlini oparty o ramię przyjaciela pobiegł w głąb tunelu. Po chwili z tyłu rozległy się piski nadchodzącej pogoni. Pędem wpadli do jaskini, jednakże tu też toczyła się zacięta walka. Najemnik i sługa Korna stali plecami do siebie, ogr z wywaloną szczęką latał i pożerał kolejne nieszczęsne ofiary, a stojący na poszatkowanym sczurzoogrze rogaty skaven piskliwym tonem wykrzykiwał jakieś straszliwe klątwy. Inżynier niewiele z tego rozumiał, jednak zdołał uchwycić wyrazy ,, plan, genialny, spisek, Skryre, układ, Moulder”. Gdyby nie okoliczności sytuacja wydawała by się naprawdę komiczna.
Choć był mocno osłabiony, impet szarży oraz atak na tyłu przeciwników spowodował zamierzony efekt. Szczury padały pod uderzeniami mieczy (zabrakło paliwa do cepa) i cofały się przed ludźmi. Jednak w połowie drogi zostali zatrzymani przez przeważającego przeciwnika i zostali zepchnięci po ścianę w odległości trzydziestu metrów od walczących sprzymierzeńców. Carlini poczuł odpływające od niego siły, a mgła przed jego oczami zrobiła się gęstsza podobnie jak nacierający na nich przeciwnicy.
Mnustwo to jest orkowych chopakuf, skaveny występują hordami.Karlito pisze: Skavenów było mnustwo więc prędzej, czy później on i Slaup mogą potrzebować pomocy żeby wyjść z życiem z tej walki...


Giacomo pisze:Mnustwo to jest orkowych chopakuf, skaveny występują hordami.Karlito pisze: Skavenów było mnustwo więc prędzej, czy później on i Slaup mogą potrzebować pomocy żeby wyjść z życiem z tej walki...![]()
Giacomo pisze:razem z Gromgirem Ogrobójcom

- Naviedzony
- Wielki Nieczysty Spamer
- Posty: 6354
Ósma Walka: Svarsson Mocarny vs Garron Rufinson
Następna w serii walka, zwieńczenie pierwszego etapu areny, odbyć się miała w warunkach, jakich Areny doświadczyły po raz pierwszy. Początkowo tłum gęstniał, jak zwykle, gdy zawodnicy mieli zaprezentować swoje możliwości. Potem jednak wśród zasiadających na trybunach krasnoludów zaczęli przemykać się obwieszeni starym złotem oficerowie, a przekazywane cicho rozkazy potoczyły się szmerem wśród rzędów brodaczy.
Svarsson Mocarny i Garron Rufison, dwaj barbarzyńcy stanęli na przeciwko siebie na świeżo usypanym piasku. Obydwaj byli postawni, a ich naprężone mięśnie błyszczały w świetle pochodni. Bliźniaczo wyekwipowani, zdawali się być braćmi, których okrutny los postawił naprzeciw sobie w śmiertelnym boju.
Rozległ się gong i obydwaj zawodnicy ruszyli bez zwłoki, by stawić czoła swemu przeznaczeniu. Rozległ się świst i toporek wyfrunął z ręki Svarssona. Na naprężonym muskule Garrona ukazała się lśniąca czerwienią rana, pierwsza przelana tej nocy krew. Garron nie pozostał dłużny. On też zamachnął się swym toporkiem. Svarsson usiłował uniknąć wirującego ostrza, lecz okazał się zbyt wolny i zimna stal naznaczyła szramą jego bark.
Na trybunach tymczasem zapanował straszliwy chaos. Ściana eksplodowała w zielonym rozbłysku, a zgarbione sylwetki szczuroludzi wysypały się z wyłomu. Bojowy okrzyk krasnoludów rozbrzmiał niczym grom i w jednej chwili na trybunach rozgorzała bitwa nie mniej zacięta, niż ta, rozgrywająca się kilka stóp niżej.
- Chronić walczących! - zagrzmiał jeden z najbardziej postawnych Zabójców - Chwalebna śmierć!
Zawodnicy tymczasem zwarli się w boju, nieświadomi faktu, że nad krasnoludzką twierdzą zawisło widmo upadku. Garron nie mógł trafić swego lekko opancerzonego adwersarza, natomiast Svarsson Mocarny najwyraźniej nie był w stanie dostać się blisko wroga i jednocześnie uniknąć miażdżącego ciosu oburęcznym młotem. Walka przeciągała się.
Na trybunach niepodzielnie panował już duch wojny. Piski Skavenów mieszały się z hukiem wystrzałów, a krew wartkim strumieniem spływała po ścianach areny znacząc biały kamień karminowymi strugami. Pod nogi walczących zawodników zaczęły sypać się krasnoludzki oręż i truchła pokonanych szczuroludzi. Odcięta głowa wyleciała szerokim łukiem i uderzyła Garrona w plecy. Nie zwrócił na nią uwagi.
Svarsson tymczasem coraz bardziej zatracał się w walce. Czuł dokoła smród krwi, a bitewne odgłosy powyżej dodawały mu wigoru, budząc wspomnienia niezliczonych potyczek, w których brał udział. Coraz śmielej atakował swojego wroga, nie zważając na wybite trzonkiem młota zęby i podbite oko.
Bitwa, która toczyła się na trybunach zaczęła przygasać, przenosząc się do skaveńskich tuneli. Echa wystrzałów i magicznych eksplozji były coraz dalsze, a spośród łomotu oręża dało się już wyróżnić pojedyncze głosy i wołania rannych.
Garron i Svarsson tkwili nadal w samym sercu zamieszania tocząc śmiertelny bój. Byli sobie równi, lecz któryś z nich musiał przegrać. Tym, który pierwszy popełnił błąd był Garron Rufnson. Cofając się przed berserkerską furią Svarssona, zwanego Mocarnym, potknął się o zgruchotane truchło martwego skavena i stracił na chwilę równowagę. To wystarczyło, żeby krótki toporek przebił się przez obronę Garrona. Proste ostrze gładko przecięło nadgarstek, pozbawiając tamtego dłoni. Svarsson zaryczał triumfująco i wbił barbarzyńcy w szyję kant tarczy, miażdżąc tchawicę i pozbawiając Garrona tchu. Chwilę później czaszka tamtego pękła pod ciosem toporka i Svarsson odstąpił wreszcie, zdyszany, spocony i brudny.
Nikt nie klaskał i nikt nie zwracał uwagi na jego chwalebne zwycięstwo. Wszędzie dokoła lżej ranni wojownicy pomagali ciężej rannym, grupki oficerów dyskutowały nad czymś zawzięcie, a odgłosy walki powoli cichły w labiryncie korytarzy. Svarsson opuścił broń i odszedł, czując dumę, ale i rozgoryczenie.
Następna w serii walka, zwieńczenie pierwszego etapu areny, odbyć się miała w warunkach, jakich Areny doświadczyły po raz pierwszy. Początkowo tłum gęstniał, jak zwykle, gdy zawodnicy mieli zaprezentować swoje możliwości. Potem jednak wśród zasiadających na trybunach krasnoludów zaczęli przemykać się obwieszeni starym złotem oficerowie, a przekazywane cicho rozkazy potoczyły się szmerem wśród rzędów brodaczy.
Svarsson Mocarny i Garron Rufison, dwaj barbarzyńcy stanęli na przeciwko siebie na świeżo usypanym piasku. Obydwaj byli postawni, a ich naprężone mięśnie błyszczały w świetle pochodni. Bliźniaczo wyekwipowani, zdawali się być braćmi, których okrutny los postawił naprzeciw sobie w śmiertelnym boju.
Rozległ się gong i obydwaj zawodnicy ruszyli bez zwłoki, by stawić czoła swemu przeznaczeniu. Rozległ się świst i toporek wyfrunął z ręki Svarssona. Na naprężonym muskule Garrona ukazała się lśniąca czerwienią rana, pierwsza przelana tej nocy krew. Garron nie pozostał dłużny. On też zamachnął się swym toporkiem. Svarsson usiłował uniknąć wirującego ostrza, lecz okazał się zbyt wolny i zimna stal naznaczyła szramą jego bark.
Na trybunach tymczasem zapanował straszliwy chaos. Ściana eksplodowała w zielonym rozbłysku, a zgarbione sylwetki szczuroludzi wysypały się z wyłomu. Bojowy okrzyk krasnoludów rozbrzmiał niczym grom i w jednej chwili na trybunach rozgorzała bitwa nie mniej zacięta, niż ta, rozgrywająca się kilka stóp niżej.
- Chronić walczących! - zagrzmiał jeden z najbardziej postawnych Zabójców - Chwalebna śmierć!
Zawodnicy tymczasem zwarli się w boju, nieświadomi faktu, że nad krasnoludzką twierdzą zawisło widmo upadku. Garron nie mógł trafić swego lekko opancerzonego adwersarza, natomiast Svarsson Mocarny najwyraźniej nie był w stanie dostać się blisko wroga i jednocześnie uniknąć miażdżącego ciosu oburęcznym młotem. Walka przeciągała się.
Na trybunach niepodzielnie panował już duch wojny. Piski Skavenów mieszały się z hukiem wystrzałów, a krew wartkim strumieniem spływała po ścianach areny znacząc biały kamień karminowymi strugami. Pod nogi walczących zawodników zaczęły sypać się krasnoludzki oręż i truchła pokonanych szczuroludzi. Odcięta głowa wyleciała szerokim łukiem i uderzyła Garrona w plecy. Nie zwrócił na nią uwagi.
Svarsson tymczasem coraz bardziej zatracał się w walce. Czuł dokoła smród krwi, a bitewne odgłosy powyżej dodawały mu wigoru, budząc wspomnienia niezliczonych potyczek, w których brał udział. Coraz śmielej atakował swojego wroga, nie zważając na wybite trzonkiem młota zęby i podbite oko.
Bitwa, która toczyła się na trybunach zaczęła przygasać, przenosząc się do skaveńskich tuneli. Echa wystrzałów i magicznych eksplozji były coraz dalsze, a spośród łomotu oręża dało się już wyróżnić pojedyncze głosy i wołania rannych.
Garron i Svarsson tkwili nadal w samym sercu zamieszania tocząc śmiertelny bój. Byli sobie równi, lecz któryś z nich musiał przegrać. Tym, który pierwszy popełnił błąd był Garron Rufnson. Cofając się przed berserkerską furią Svarssona, zwanego Mocarnym, potknął się o zgruchotane truchło martwego skavena i stracił na chwilę równowagę. To wystarczyło, żeby krótki toporek przebił się przez obronę Garrona. Proste ostrze gładko przecięło nadgarstek, pozbawiając tamtego dłoni. Svarsson zaryczał triumfująco i wbił barbarzyńcy w szyję kant tarczy, miażdżąc tchawicę i pozbawiając Garrona tchu. Chwilę później czaszka tamtego pękła pod ciosem toporka i Svarsson odstąpił wreszcie, zdyszany, spocony i brudny.
Nikt nie klaskał i nikt nie zwracał uwagi na jego chwalebne zwycięstwo. Wszędzie dokoła lżej ranni wojownicy pomagali ciężej rannym, grupki oficerów dyskutowały nad czymś zawzięcie, a odgłosy walki powoli cichły w labiryncie korytarzy. Svarsson opuścił broń i odszedł, czując dumę, ale i rozgoryczenie.
Ostatnio zmieniony 15 paź 2011, o 14:52 przez Naviedzony, łącznie zmieniany 1 raz.